"Skoczek mijający słońce". Ostatni lot Torgeira Brandtzæga

  • 2026-08-31 00:16

Na skoczni Pitkävuori w fińskiej miejscowości Kaipola leciało się na wysokości 10 metrów nad zeskokiem. Utarło się z czasem, że to skocznia dla samobójców. 23-letni Torgeir Brandtzæg, dwukrotny medalista olimpijski i zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni miał oddać pokazowy skok z okazji otwarcia nowej areny. Znajdując się w powietrzu, otrzymał tylny podmuch wiatru. Tym razem przegrał z przestrzenią...

W początkowym okresie kariery Brandtzæga nie dało się go na skoczni pomylić z kimkolwiek innym. Latał bardzo odważnym, wręcz agresywnym stylem lotu, rzucając raz po raz wyzwanie powietrzu. Podobno jego głowa niemal dotykała przodów nart, co w epoce stylu klasycznego trudno sobie wyobrazić. Trener norweskiego skoczka początkowo entuzjastycznie odnosił się do sposobu, w jaki pokonywał przestrzeń jego podopieczny, z czasem jednak, gdy ten brutalnie przekraczał granicę ryzyka, zaczął namawiać go do latania w bardziej bezpieczny sposób. Doszło do tego, że interweniować musiała sama federacja narciarska, wymuszając na skoczku zmianę techniki lotu, uzależniając od tego możliwość jego dalszych startów  - Moje skoki stały się przez to nijakie - uważa Brandtzæg. Skłonność do bezkompromisowości w powietrzu tak naprawdę jednak nigdy go do końca nie opuściła.

Kolekcjoner ptasich jaj

Przyszły medalista olimpijski przyszedł na świat 26 października 1941 roku w niewielkiej wiosce Ogndal, położonej niedaleko Steinkjer. Od szkoły dzieliła go odległość 10 kilometrów, którą zimą pokonywał na nartach. Razem z kolegami po drodze budował większe lub mniejsze skocznie i w ten sposób odbywał pierwsze "treningi". W okolicy Steinkjer znajdowała się profesjonalna skocznia ze sztucznym oświetleniem, na której mógł trenować w każdą środę po lekcjach. Na czas letni znalazł sobie inną pasję. Było nią... zbieranie ptasich jaj. Uczył się rozpoznawać głosy ptaków, by znajdować ich gniazda. Następnie wymieniał się jajami z kolekcjonerami z innych miejscowości.

Był bardzo chorowitym dzieckiem, zdarzało się, że całymi tygodniami opuszczał zajęcia lekcyjne. Jego zmorą była astma, która męczyła młodego Torgeira przez większą część roku. - Jesienią i wiosną byłem bardzo często chory, ale zimą, kiedy był śnieg i zimno, moja kondycja zdrowotna była znakomita. Wtedy nie było żadnych problemów. Nie pojawiały się u mnie trudności z oddychaniem, ani nic takiego - wspominał Brandtzæg. 

To zima była więc dla niego najlepszą porą roku. Od 10 roku życia zaczął startować w zawodach. Były to czasy gdy w szranki podczas lokalnych zawodów stawały setki dzieci. Torgeir mocno wyróżniał się na ich tle, odnosząc liczne sukcesy. Ważną postacią w jego młodości był starszy o rok skoczek Gunnar Henning. Jego tata posiadał samochód ciężarowy, którym woził okoliczne dzieciaki na zawody w dalej położonych miejscowościach. Dzięki temu Brandtzæg mógł regularnie mierzyć się z rówieśnikami z całego regionu i czynić kolejne postępy. - To dzięki Gunnarowi i jego tacie zostałem skoczkiem - podkreśla Torgeir. 

W wieku 14 lat zaczął pojawiać się na ogólnokrajowych zawodach. Skakał m.in na skoczniach w Oslo, Trondheim i Hønefoss. Regularnie plasował się w czołowej dziesiątce. W wieku 15 lat wygrał konkurs na Gråkallen w Trondheim,  pokonując mistrza Norwegii juniorów Sverre Stalvika. - Kiedy z nim wygrałem i oddałem najdłuższy skok dnia, zaczęło się robić o mnie coraz głośniej - wspomina. 

Friskusen fra Ogndalen

W 1958 roku Brandtzæg zajął piąte miejsce podczas mistrzostw Norwegii seniorów na Gjøvik. Ten wynik otworzył mu możliwość występu na skoczni w Holmenkollen w bardzo dobrze obsadzonych zawodach międzynarodowych. To było dla niego gigantyczne przeżycie, była to wszak kolebka norweskiego i światowego narciarstwa, na której sześć lat wcześniej rywalizowano o olimpijskie medale. Skakał wtedy przed słynnym Gruzinem Kobą Cakadze, który był jego idolem.

Nic dziwnego, że całym wydarzeniem był wręcz oszołomiony. Postarał się jednakowoż o dobry wynik sportowy, został drugim najlepszym juniorem konkursu. To podczas tych zawodów narodził się jego przydomek "Friskusen fra Ogndalen", czyli zawadiaka z Ogndalen. Nadał mu go spiker konkursu, słynny Bjørge Lillelien będący pod wrażeniem jego brawury demonstrowanej podczas lotu.

Wkrótce Brandtzæg został zabrany do Szwecji, do Storlien, gdzie norwescy skoczkowie mieli demonstrować technikę przed zagranicznymi trenerami z Włoch, Austrii, Francji i Niemiec zainteresowanymi norweską szkołą skoków.

Z morza na olimpijskie areny

W pewnym momencie świat sportu stał się jednak dla niego za ciasny. Młodzieńcze serce rozpala wizja przeżycia wielkiej przygody i chęć poznania świata. W wieku 17 lat Torgeir wyjechał do Trondheim poszukać pracy na morzu. Na miejscu dowiedział się, że wystarczy spakować walizkę. Za tydzień statek miał wypływać do Ameryki. Był rok olimpijski, 1960 r., a gospodarzem najważniejszej imprezy czterolecia było Squaw Valley. Tęsknota za sportem dopadła go szybciej niż się spodziewał. Brandtzæg, będąc w USA, nie przepuścił okazji, by znaleźć się w samym sercu rywalizacji. Poprosił o wolne w pracy i udał się na miejsce sportowych zmagań.

Zamieszkał w przyczepie kempingowej, choć był to środek zimy. Ale nie narzekał, ważne, że był tam gdzie toczy się walka o najcenniejsze laury i mógł  obserwować ją z najbliższej odległości. Brandtzægowi nie udało się otrzymać oficjalnej akredytacji, ale i ten problem udało się obejść. - Dostałem aparat fotograficzny i opaskę na ramię. Dzięki temu mogłem wszędzie wejść razem z dziennikarzami - śmieje się były skoczek.

Na miejscu spotkał kolegów z reprezentacji, a także kombinatorów norweskich. Ich reakcja była bezcenna: „Co ty, do cholery, tutaj robisz?” Szef skoków Schjelderup nie był zachwycony jego morską przygodą. Surowym tonem nakazał mu przestać się wygłupiać i wracać do treningów. Skoczek posłuchał. Rozwiązał przedwcześnie osiemnastomiesięczny kontrakt na statku i przed kolejną zimą był już w kraju.

Od Wembley do Planicy

W 1961 roku bohater tekstu był jednym ze skoczków, którzy wzięli udział w zawodach rozegranych na słynnym stadionie Wembley w Londynie, gdzie zbudowano sztuczną skocznię. Zeskok stanowił specjalnie przygotowaną nawierzchnię z rozdrobnionego lodu. Na trybunach pojawiały się dziesiątki tysięcy widzów. Było to wielkie widowisko. Niektórzy zawodnicy wykonywali nawet salta w przód i w tył. Brandtzæg zauważa, że było to coś w rodzaju sportowego spektaklu, który wyprzedzał swoje czasy – „na długo przed X Games”. Zawody wygrał Fin Veikko Kankkonen, ale to właśnie Torgeir popisał się najdłuższym skokiem konkursu. Uzyskał 34,5 metra i już na zawsze został rekordzistą jednej z najbardziej niezwykłych skoczni, jakie powstały w Europie.

W sezonie 1961/62 Norweg pojechał na swoją pierwszą wielką imprezę, na mistrzostwa świata do Zakopanego. Zapłacił tam frycowe i nic wielkiego nie osiągnął. 13 i 34 miejsce były wynikami zdecydowanie poniżej jego oczekiwań. Gwiazdą reprezentacji Norwegii był wtedy Toralf Engan, złoty medalista z mniejszej skoczni. - Toralf był ode mnie zawsze o krok lepszy, trochę  patrzyłem na niego z podziwem. On miał zwykle dziewiętnastki i dwudziestki za styl, ja najczęściej piętnastki. Byliśmy trochę jak ogień i woda. Engan był raczej ostrożny, niechętnie skakał w trudnych warunkach, ja wręcz przeciwnie, zawsze szedłem na całość - charakteryzuje swojego kolegę z reprezentacji, ale i rywala Brandtzæg. 

W sezonie 1962/63 Norweg zanotował udany występ podczas Turnieju Czterech Skoczni. 8, 4, 10 i 2 miejsce złożyły się na piątą lokatę w końcowej klasyfikacji. Pod koniec marca pierwszy i ostatni raz miał okazję wystartować na skoczni do lotów. Dobrze zapamiętał wizytę w Słowenii. Do startu na mamucie podszedł bez respektu. Tym razem był to błąd. Przekonał się jak wielkim niebezpieczeństwem grozi styl, w jakim porusza się w powietrzu. - Tor był całkiem oblodzony, osiągnąłem niesamowitą prędkość, wyszedłem z progu jak zwykle bardzo agresywnie, tylko że poczułem jakby pode mną w ogóle nie było powietrza. Straciłem kontrolę nad nartami i cudem wyratowałem się przed upadkiem, omal nie przekoziołkowałem - wspomina. Ta treningowa sytuacja nie wpłynęła jednak na jego postawę w samych zawodach. Zajął dwa razy piąte miejsce i łącznie siódme w klasyfikacji Tygodnia Lotów, ale wydarzenie to było dla  norweskiego ryzykanta cenną lekcją. Lekcją, z której, jak się później okaże, nie wyciągnął właściwych wniosków. 

Dogonić Kankkonena

W sezonie 1963/64 pojechał na igrzyska do Innsbrucka. Tym razem nie jako kibic z oszukaną akredytacją, ale jako pełnoprawny uczestnik. Ba, wyjechał stamtąd z dwoma brązowymi medalami. Złoto i srebro na dużej jak i na średniej skoczni podzielili między sobą Toralf Engan i Veikko Kankkonen, ale Torgeir w obu konkursach deptał im po piętach. - To było bardzo inspirujące i wspaniale być częścią czegoś takiego. Jako młody człowiek nigdy, nawet w najśmielszych marzeniach, nie spodziewałem się, że wezmę udział w igrzyskach. Cała ta impreza była fantastyczna. Na dużej skoczni w pewnym momencie doszło do zamieszania z wynikami, wskutek którego ogłoszono mnie nawet zwycięzcą konkursu. Potem się dopiero okazało, że jestem trzeci. Ale nie byłem zawiedziony. Medal to medal - opowiada podwójny brązowy medalista ze stolicy Tyrolu. 

Co ciekawe, nawet po sukcesie w Austrii wciąż nie był profesjonalnym sportowcem w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Pracował jako sprzedawca samochodów. Jednocześnie pozostawał członkiem reprezentacji i regularnie podróżował na zawody.

W marcu 1964 roku podczas próbnego skoku w Holmenkollen Brandtzæg poleciał aż 97 metrów. Była to odległość o 13 metrów dłuższa od ówczesnego rekordu skoczni. Przy lądowaniu poważnie uszkodził piętę. Kość pękła, a uraz był na tyle poważny, że przez dwa tygodnie musiał siedzieć z nogą uniesioną i obłożoną lodem.

Miał jednak ogromną motywację do tego, by jeszcze tej zimy stanąć na nogi. Na 30 marca zaplanowano prestiżowe zawody otwarcia skoczni w Ruce. Brandtzæg pałał żądzą rewanżu na Veikko Kankkonenie za igrzyska w Innsbrucku. Do Finlandii pojechał prosto z zakończonej rekonwalescencji. Z powodu kontuzji musiał zastosować specjalne rozwiązanie przy bucie, żeby wyrównać obciążenie. Nie trenował przez dłuższy czas, a mimo to już w pierwszym skoku treningowym poleciał na 120 metrów na skoczni, której punkt K wynosił 105 metrów. W samych zawodach uzyskał 108 i 112 metrów i o ponad sześć punktów wyprzedził faworyta gospodarzy.

Najlepszy skoczek świata

Następnej zimy Norweg osiągnął swój największy sukces w karierze - wygrał Turniej Czterech Skoczni. Odnotujmy jednak, że było o niego o tyle łatwiej, że ze względów politycznych zabrakło w nim zawsze mocnych skoczków ze Wschodnich Niemiec. Brandtzæg wygrał już na dzień dobry konkurs w Oberstdorfie. To osiągnięcie tym większe, że ekipa norweska przybyła do Niemiec dopiero późnym wieczorem dnia poprzedzającego zaplanowaną na 27 grudnia inaugurację TCS. W Wigilię i Boże Narodzenie nie było bowiem lotów ze Skandynawii do Europy Środkowej. 

Potem przyszła pora na Garmisch-Partenkirchen. - Śnieg był tam bardzo mokry i przyklejał się do nart. Używałem nowych, wąskich nart z charakterystycznymi rowkami. Wieczorem zamiast odpoczywać musiałem sam poprawiać sprzęt. Używałem noża i papieru ściernego, próbując zmienić rowki tak, aby śnieg nie blokował ślizgu. Mimo piątego miejsca utrzymałem prowadzenie w Turnieju - wspomina Norweg. 

W Innsbrucku znów wygrał, w Bischofshofen oddał bardzo daleki skok na treningu, którego nie był w stanie ustać i mocno się poturbował. Mimo to wystartował w zawodach i zajął w nich siódme miejsce. To spokojnie wystarczyło, by odnieść triumf w całym cyklu. Po Turnieju poleciał do Stanów Zjednoczonych na dwa konkursy w Fox River Grove. Oba wygrał. W marcu zwyciężył w piekielnie mocno obsadzonych zawodach w Lahti. Nie było wątpliwości, był wtedy najlepszym skoczkiem świata.

Skoczek mijający słońce

Na zakończenie sezonu wybrał się wraz z Bjoernem Wirkolą do fińskiej miejscowości Kaipola na zaproszenie miejscowego klubu. Obaj skoczkowie mieli uświetnić ceremonię otwarcia tamtejszej skoczni Pitkävuori, oddając pokazowe skoki. Była godzina 17.30. Brandtzæg ruszył w dół rozbiegu, mocno odbił się z progu i sunął w powietrzu na wysokości niemal 10 metrów. Nagle otrzymał silny podmuch wiatru z tyłu, co w połączeniu z jego agresywną sylwetką w locie miało dramatyczne skutki. Skoczek upadł z ogromną siłą i pogruchotał sobie obie nogi. Doszło do złamań w kilku miejscach. To był jego ostatni skok. Został zabrany do samochodu stojącego na dole skoczni, a następnie przewieziony do szpitala. Później trafił do Tampere, gdzie spędził około dwóch tygodni.

Szczególnie gorzkim elementem tej historii był fakt, że Brandtzæg, skacząc w Finlandii nie posiadał ubezpieczenia. Jeżeli zawodnik reprezentował Norwegię oficjalnie, obejmowało go ubezpieczenie. Jeżeli jednak wyjeżdżał prywatnie, poza oficjalnym programem reprezentacji, sytuacja wyglądała inaczej. Skoczek miał już wtedy rodzinę i musiał znaleźć sposób na jej utrzymanie. Podjął pracę jako drwal, mimo że na co dzień poruszał się o kulach! 

Na szczęście Brandtzæg nie został całkowicie sam. Grupa norweskich artystów postanowiła mu pomóc. Dziesięciu znanych twórców namalowało obrazy, które następnie sprzedano. Zebrane pieniądze trafiły do specjalnego funduszu. Jednym z najbardziej symbolicznych dzieł był obraz Nielsa Aasa „Skihopperen forbi sola” – „Skoczek narciarski mijający słońce”. Pomoc artystów miała również szersze konsekwencje. Powstał fundusz, dzięki któremu norwescy skoczkowie mogli zostać objęci ubezpieczeniem.

Z czasem Torgeir wrócił do normalnego życia. Został rolnikiem w Sparbu. W 1994 roku przekazał swoją kolekcję nagród macierzystemu Ogndal IL. Klub pamiętał o swoim najbardziej znanym wychowanku również wiele lat później. W 2015 roku, pięćdziesiąt lat po zwycięstwie Brandtzæga w Turnieju Czterech Skoczni, Ogndal IL zorganizował specjalny wieczór wspomnieniowy. Pojawił się na nim sam Brandtzæg, a rolę prowadzącego rozmowę otrzymał inny wielki norweski skoczek – Anders Bardal. Na dużym ekranie pojawił się również legendarny komentator Arne Scheie.

Tytuł "skoczek narciarski mijający słońce" dobrze oddaje historię Torgeira Brandtzæga. To człowiek, który lubił przekraczać granice. Raz była to granica możliwości, raz granica ryzyka. Aż wreszcie jeden skok okazał się być granicą między dwoma różnymi życiami.


Adrian Dworakowski, źródło: Olympiastadion.no+Olympedia.org+Wyniki-skoki.pl+Skisprungschanzen.com+źródła własne
oglądalność: (329) komentarze: (1)

Komentowanie jest możliwe tylko po zalogowaniu

Zaloguj się

wątki wyłączone

Komentarze

  • Sigmusiaxd weteran

    Bardzo ciekawy artykuł. Oby takich więcej.

Regulamin komentowania na łamach Skijumping.pl