Eva Pinkelnig wróciła na skocznię. "To mały cud"

  • 2026-09-17 16:19

364 dni. Tyle czasu minęło od chwili, gdy Eva Pinkelnig po raz ostatni odbiła się z progu. W Predazzo jeden z jej skoków zakończył się dramatycznym upadkiem, a diagnoza postawiła pod znakiem zapytania nie tylko kolejny sezon, ale nawet dalszą karierę Austriaczki. W czwartek, niemal dokładnie rok później, znów znalazła się na skoczni. „Wreszcie!” – mogła powiedzieć po pierwszym locie.

18 września 2025 podczas LGP w Predazzo Eva Pinkelnig zerwała więzadło krzyżowe, uszkodziła łąkotkę przyśrodkową i boczną, a także doznała obrażeń chrząstki w lewym kolanie.

Później przyszły miesiące rehabilitacji, a powrót na skocznię długo pozostawał niewiadomą. W pewnym momencie trzeba było brać pod uwagę nawet najczarniejszy scenariusz – zakończenie kariery.

Tym większe znaczenie miał dzisiejszy poranek w Tschagguns. Właśnie tam, w Schanzenzentrum Montafon, Pinkelnig ponownie założyła narty i stanęła na rozbiegu. Na 60-metrowej skoczni oddała pierwsze treningowe próby po blisko roku przerwy. Pierwszy skok rozpoczął się o godzinie 10:17. Tym razem nie było jednak walki o odległość ani punktów do zdobycia. Była walka o coś dużo ważniejszego – o odzyskanie zaufania do własnego ciała.

Pierwszy lot zakończył się bezpiecznym lądowaniem. Nad przebiegiem treningu czuwał między innymi trener reprezentacji Austrii Thomas Diethart. Najważniejsze pytanie dotyczyło oczywiście lewego kolana. Jak poinformował serwis Ski Austria, po pierwszych skokach nie pojawiła się żadna negatywna reakcja kontuzjowanej nogi.

Dla Pinkelnig był to moment, którego jeszcze kilka miesięcy temu nie mogła być pewna.

- Po tak długim czasie ponownie usiąść na górze skoczni i rzeczywiście ruszyć w dół było dla mnie jednocześnie bardzo emocjonalne i po prostu niezwykle piękne. Oczywiście czułam też respekt, ale z każdym skokiem wracało zaufanie – powiedziała Austriaczka.

- To, że po prawie roku znów mogę skakać i robić to, co kocham najbardziej, jest dla mnie jak mały cud. Za tym kryje się jednak ogrom pracy – przyznała zawodniczka.

Zanim Pinkelnig ponownie pojawiła się na rozbiegu, przechodziła kolejne etapy rehabilitacji i przygotowań. Trenowała między innymi w tunelu aerodynamicznym, a następnie stopniowo zbliżała się do najważniejszego testu – powrotu na prawdziwą skocznię.

Teraz ten test ma już za sobą. I choć pierwsze skoki przyniosły powody do zadowolenia, nikt w austriackiej ekipie nie zamierza wybiegać zbyt daleko w przyszłość.

- Teraz chodzi o to, aby krok po kroku iść dalej i niczego nie przyspieszać – podkreśliła Pinkelnig.

Podobnie patrzy na sytuację Thomas Diethart. Trener Austriaczki zwraca uwagę przede wszystkim na ogrom pracy, jaki zawodniczka wykonała od dnia kontuzji.

 - Eva przez ostatnie miesiące pracowała niezwykle konsekwentnie i ciężko zapracowała na ten dzień. Pierwsze skoki były dla nas oczywiście ważnym kamieniem milowym – powiedział szkoleniowiec.

Kamień milowy nie oznacza jednak mety. Teraz trzeba sprawdzić, jak organizm Pinkelnig zareaguje na kolejne treningi i większe obciążenia.

- Decydujące jest teraz przede wszystkim to, jak zareaguje jej ciało, a szczególnie kolano. Jeśli wszystko nadal będzie przebiegało tak pozytywnie, będziemy mogli stawiać kolejne kroki. Dzisiejszy dzień daje nam jednak dużo powodów do optymizmu – zaznaczył Diethart.

Sama Pinkelnig również studzi emocje. Pierwszy skok po 364 dniach jest dla niej ważnym wydarzeniem, ale nie zamierza jeszcze nazywać go pełnym powrotem.

 - O udanym powrocie będę mogła mówić dopiero wtedy, gdy będę po pierwszym konkursie – stwierdziła.

Kiedy ten konkurs nastąpi? Tego na razie nie wiadomo. Austriaczka, co zrozumiałe, nie chce składać deklaracji, że pojawi się podczas zaplanowanej na 20 listopada inauguracji Pucharu Świata w Lillehammer.


Adrian Dworakowski, źródło: Skiaustria.at+Krone.at
oglądalność: (488) komentarze: (2)

Komentowanie jest możliwe tylko po zalogowaniu

Zaloguj się

wątki wyłączone

Komentarze

  • Odlotowo_4567 weteran

    Powodzenia dla Pinkelnig, oby jej powrót okazał się udany i nie musiała już dłużej mierzyć się ze skutkami kontuzji, a oddawanym przez Evę skokom oby nigdy już nie towarzyszył ból kolana. Zapamiętam Pinkelnig jako zawodniczkę unikatową, wyróżniającą się na tle pozostałych, nie tylko tym, że zaczęła uprawiać skoki w późniejszym wieku, ale przede wszystkim okazywanymi spontanicznie, a zarazem jakże zrozumiale emocjami po swoich próbach. To potwierdza, że jest niezwykle pogodną osobą i czerpie autentyczną radość ze skoków.

  • Arturion profesor

    Niech się na inauguracji nie pojawia, ale żeby już więcej kontuzji u niej nie było.

Regulamin komentowania na łamach Skijumping.pl