Strona główna • Skoki Narciarskie

Walter Hofer: "Jesteśmy wciąż na poczatku drogi"...

... czyli wszystko, co zawsze chcieliście wiedzieć o Nowym Systemie, ale nie mieliście kogo zapytać. Prezentujemy wyjątkowy wywiad z dyrektorem Pucharu Świata, Walterem Hoferem. Spytaliśmy go o zasady Nowego Systemu w skokach narciarskich a także kilka innych rzeczy. Przed naszymi czytelnikami odkrywamy kuchnię Pucharu Świata i prezentujemy informacje, których nie znajdziecie w żadnym innym miejscu. Zapraszamy do lektury!


Skijumping.pl: Kiedy po raz pierwszy pojawił się pomysł, by zrobić by wprowadzić zmiany w ocenie skoczków? Skąd wziął się pomysł, by rekompensować skoczkom warunki wietrzne, oraz przesuwać belkę bez przerywania konkursu i rozgrywania go od nowa?

Walter Hofer: Przez ostatnie lata coraz częściej miałem wrażenie, że kwestia warunków wietrznych rzutuje na wizerunek skoków narciarskich. Ilekroć po zawodach otwierało się gazetę, lub włączało telewizor, okazywało się, że jest jeden zwycięzca i 49 pechowców narzekajacych na warunki. I że takie zawody nie są fair, bo każdy skakał świetnie. I coraz więcej mówiło się o tym, że warunki pogodowe mają coraz większy wpływ na odległości. Po drugie, jako jury coraz częściej spotykaliśmy się z sytuacjami, z problemami które były bardzo trudne do rozwiązania. Na przykład: kończy się seria rozegrana w bardzo dobrych warunkach i nagle pod sam koniec pojawia się wiatr. Cóż można było zrobić? Belka w dół i restart. Ale to oznacza że po pierwsze anulujemy wielu zawodnikom ich wyniki, często świetne, z kórych byli zadowoleni a po drugie, kibice się nudzą, bo wiedzą, że teraz z niskiej belki będą krótkie skoki. No i jeszcze kwestia bezpieczeństwa. Na przykład: zawodnik bije rekord skoczni a po nim jest jeszcze wielu innych. Czy oni też skoczą daleko, narażając się na kontuzję? Było wiele różnych kłopotów i pojawiały się nowe, bo skoczkowie i ich sztaby coraz bardziej się szkolili i ulepszali sprzęt, by maskymalnie wykorzystywać warunki wietrzne. Pewnym kamieniem milowym w procesie powstawania nowego systemu były dalekie skoki Gregora Schlierenzauera w Vikersund. Pewnego razu, a siedziałem akurat w furgonetce, przyszedł do mnie mój kolega Horst Nilgen (dyrektor-koordynator ds. mediów w Międzynarodowej federacji Narciarskiej) i powiedział mi: "Walter, musisz coś z tym zrobić". Wysiadłem z furgonetki, obszedłem ją trzy razy dookoła i wpadłem na ten pomysł - kompensacja punktowa. Zaczęliśmy rozwijać ten pomysł z Miranem Tepesem i po kilku tygodniach doszliśmy do wniosku, że potrzebujemy pomocy wyspecjalizowanych ludzi, profesorów, matematyków, którzy opracują nam szczegółowe przeliczniki, tabele. Trzeba też było przekonać wielu ludzi, by przełamać ten dogmat, że wszyscy muszą startować z tej samej belki. I trzeba było odpowiedzieć na pytania: na ile metrów lotu na tej czy innej skoczni przełoży się metr najazdu? Na ile metrów lotu przełoży się jeden metr na sekundę wiatru? A potem musieliśmy jeszcze skonsultować to z ludźmi znającymi się dobrze na aerodynamice. System kompensacji za długość najazdu przygotował dla nas Hans Heini Gasser z Politechniki Federalnej w Zurychu (Eidgenössische Technische Hochschule Zürich, ETHZ) a system kompensacji za wiatr to dzieło Gerharda Hochmutha z Instytutu Stosowanych Nauk Szkolenia w Lipsku (Das Institut für Angewandte Trainingswissenschaft - IAT).

Skijumping.pl: Tabele były od razu odpowiednie?

W.H.: Najpierw porównywaliśmy je teoretycznie. Potem zaczęliśmy je testować w praktyce, najpierw latem a potem a potem w wybranych konkursach zimowych. Ale zauważyliśmy, że w niektórych konkursach jury zaczęło go używać zbyt śmiało, zbyt swobodnie. Rola nowego systemy była zbyt duża. Dlatego tej zimy zasady są nieco ograniczone - zmiana belki może nastąpić tylko w określonych, awaryjnych że tak powiem, przypadkach.

Skijumping.pl: Co ma Pan na myśli, mówiąc, że jurorzy używali systemu zbyt śmiało?

W.H.: Ustawiano od początku wysoki rozbieg, bez oglądania się na to, jak daleko mogą skoczyć najlepsi, bo przecież jakby co, to zawsze można obniżyć. A ideą systemu było to, by go jednak nie nadużywać, bo to zawsze ingerencja w sport. Chodziło o to, by również bramki najazdowej używać tylko wtedy, gdy zmieni się wiatr. I tak zostali ostatniej zimy poinstruowani - prędkość najazdowa ma być od razu dobrana do najlepszych skoczków, by było mniej zabaw z belką.

Skijumping.pl: Kibice skarżą się jednak, że nowy system jest skomplikowany i zabija ducha sportu. Ktoś, kto skacze kilka metrów krócej, wygrywa z kimś, kto skacze kilka metrów dłużej.

W.H.: Ale przecież takie sytuacje zdarzały się już wcześniej. Czasem noty za styl też przeważały szalę na korzyść kogoś, kto skoczył kilka metrów krócej. Ale ludzie na to nie narzekali, bo się do tego przywyczaili. Do tego też się przyzwyczają.

Skijumping.pl: Ale jednak kontrowersje są dziś większe.

W.H.: Jesteśmy wciąż na początku drogi. Ten system wciąż musi być ulepszany, rozwijany, doskonalony. To jest strasznie skomplikowane i my musimy uczynić te nowe zasady jak najbardziej przejrzystymi i zrozumiałymi dla kibiców. Musimy informować kibiców jak najlepiej o warunkach na skoczni. Ale zauważyłem, że akceptacja dla nowego systemu rośnie. Rozmawiam wciąż na ten temat z różnymi osobami, przysłuchuję się też temu, co mówią na skoczniach kibice. Coraz więcej z niego rozumieją i fachowo o nim dyskutują. Ale ten system wciąż jest w fazie testów. Jeśli okaże się, że nie działa, tak jak powinien, zawsze można wrócić do starego.

Skijumping.pl: Kiedy więc widzowie telewizyjni będą mieli pełną informację na ekranie o tym, jakie są warunki? Chyba nie ma technicznych przeszkód, by przy każdym skoczku pokazywać aktualne warunki - siłę i kierunek wiatru?

W.H.: To jest skomplikowane ze względu na techniczne aspekty współpracy z telewizją. Co tydzień współpracujemy z innym nadawcą, nowym dyrektorem. Każdy z nich ma inne propozycje co do tego, jak graficznie ma to być przedstawione. Każdy z nich chce coś zmienić, by grafika była lepsza dla telewidzów. W końcu powiedziałem im, by się dogadali i przedstawili mi jakiś projekt, który się wszystkim spodoba. Ja jestem otwarty na propozycje. Jestem też otwarty na kontrolę tego systemu. Każdy może zobaczyć, jak system działa w praktyce. Trenerzy mają na platformie takie same narzędzia, jak Miran Tepes, który zapala zielone światło dla zawodników. To samo widzą komentatorzy telewizyjni. Pełna transparentność, każdy może patrzeć nam na ręce. To jedyny sposób, by uniknąć plotek i podejrzeń, że gdzieś może się pojawić jakaś nieuczciwość, jakiś element manipulacji wynikiem. Ale przekuć to wszystko na czytelny dla telewidzów obraz, to jeszcze co innego. Wciąż nad tym pracujemy.

Skijumping.pl: Czy jest możliwe, by relacji na żywo, którą FIS pokazuje w Internecie pokazywać punkty za belkę startową oraz siłę wiatru?

W.H.: Tak, pracujemy nad tym, ale przerobienie oprogramowania jest czasochłonne i kosztuje dużo pieniędzy. A przecież nowe zasady zostały wprowadzone na razie na próbę i wciąż nie wiadomo, czy z nich nie zrezygnujemy. A może je zmienimy. Więc wolimy na razie nie wyrzucać pieniędzy w błoto. Gdy będziemy stuprocentowo pewni, jak będzie działał nowy system, wtedy wprowadzimy zmiany w systemie informatycznym, by widzowie też mieli jak najszerszy podgląd.

Skijumping.pl: Czy w najbliższym czasie planujecie ulepszenie tego systemu i w jaki sposób?

W.H.: Planujemy, ale w tej chwili jesteśmy technologicznie ograniczeni. Na razie mamy pięć punktów pomiaru. I sprzęt mamy ustawiony pod pięć punktów. Rozpoczęliśmy od trzech, potem zaczęliśmy mierzyć wiatr w czterech a teraz już w pięciu. Przy czym punkty pomiaru wiatru są technologicznie zaawansowane i niezwykle dokładne. Nie mierzą one siły wiatru tak, jak wiatraczki używane przez meteorologów. To elektroniczne urządzenia, które mierzą przepływ cząsteczek powietrza. I nie tylko ich prędkość i kierunek ale też kąt - czyli trójwymiarowo. Kalkulują siłę wiatru oddziałującą faktycznie na skoczka, bo co to znaczy, że skoczkowi wieje pod narty? Może mu wiać od przodu, ale jednocześnie bardziej od dołu do góry lub od góry do dołu. Te czujniki również to biorą pod uwagę. W dodatku bierzemy pod uwagę dane tylko z tych czujników, obok których przelatuje skoczek. Jeśli ostatni czujnik stoi na 120. metrze a skoczek skoczył 115, to nie będziemy przecież brali pod uwagę odczytów z ostatniego czujnika, bo nie będą one miały wpływu na skok. W każdym razie jest to bardzo droga technologia, a my, zmieniając ilość czujników, musimy zmieniać nie tylko sprzęt, ale też oprogramowanie, które skalkuluje wyniki. To znów wymaga czasu. Nie ma możliwości, by zwiększyć ilość czujników podczas sezonu, gdy zawody odbywają się co tydzień. Pięć czujników całkiem nieźle odzwierciedla warunki panujące na skoczni. Ale chcemy być dokładniejsi. Myślę, że optymalna liczba to dziesięć. Po pięć po każdej stronie.

Skijumping.pl: Teraz pytanie z całkiem innej beczki. Dlaczego długość skoku mierzy się z dokładnością do pół metra? Czy jest możliwe, by kiedyś skok mierzono dokładniej? Przecież gdy doliczymy punkty za wiatr i oceny sędziowskie, punktacja skoczka jest przedstawiona z dokładnością do 0,1 punktu. Przeliczając to na metry, mamy 5 centymetrów. Maleńka odległość. Może się zdarzyć, że skoczek A skoczy 40 centymetrów dalej od skoczka B, ale zmierzą im tę samą odległość, a po dodaniu not za styl i punktów za wiatr różnica między nimi wyniesie 0,1 punktu. Czyli, choć faktycznie skoczył 40 centymetrów dalej, przegra o ekwiwalent pięciu centymetrów.

W.H.: Z punktu widzenia postępu technologicznego w dokładności pomiaru, byłoby to możliwe. Ale spowodowałoby masę komplikacji, które uczyniłyby to przedsięwzięcie nieefektywnym. Próbowaliśmy już tego kiedyś. W 1998 roku w Nagano, Japończycy ulepszyli system pomiaru. Mierzono skok z dokładnością do 10 cm. Ale pojawia się na przykład taki problem, że skoczek lądując ma prędkość około 100 kh/h. Główny sposób pomiaru w skokach narciarskich, to technik, który ogląda skok na ekranie z nałożoną siatką. System zapasowy, to sędziowie odległościowi stojący wzdłuż zeskoku. Ale zasadniczo polegamy na tym techniku. Taśma telewizyjna ma klatki. Klatki przesuwają się z określoną prędkością. Przy prędkości 100 km/h skoczek z klatki na klatkę pokonuje 10 cm. A przecież jest problem ostrości obrazu. Nie zawsze da się wybrać ze 100% pewnością właściwą klatkę. Gdyby operator wybrał złą klatkę, co w przypadku dokładności np do 10 cm zdarzałoby się pewnie często, dochodziłoby do przekłamań. Więc umówiliśmy się wszyscy, że w skokach dokładność do pół metra wystarczy, to eliminuje ewentualne pretensje.

Skijumping.pl: Przecież można użyć kamer nagrywających w zwolnionym tempie. Tych tak zwanych "superslowmotion", w tej technice są czasem nawet w telewizji pokazywane powtórki wybicia się z progu, czy lotu.

W.H.: Ale to stwarza inny problem. Aby wyeliminować niebezpieczeństwo błędów, zawsze porównujemy główny system mierzenia odległości, czyli technika oglądającego zeskok z systemem zapasowym, czyli wskazaniami sędziów odłegłościowych. Gdybyśmy przeszli na dokładniejszy system, zostalibyśmy bez systemu zapasowego. Bo sędziowie odległościowi nie są w stanie ocenić skoku dokładniej niż właśnie te pół metra. Przy prędkości skoczka oko ludzkie jest po prostu zbyt zawodne.Prawdopodobnie w przyszłości poszukamy jakiegoś rozwiązania, by oceniać skok dokładniej. Ale na razie nie jest to konieczne. W końcu dopiero zaczynamy wprowadzać punkty za wiatr i belkę.

Skijumping.pl: Ale dokładność oceny do 0,1 pkt była już dawno, od kiedy wprowadzono noty za styl. A przecież na Igrzyskach Olimpijskich w 2006 roku w Turynie Thomas Morgenstern wygrał złoto olimpijskie przed Andreasem Koflerem właśnie o 0,1 punktu. A może Kofler skoczył o te 40 cm dalej niż Morgenstern?

W.H.: Tak to prawda, ale naprawdę spowodowałoby to wiele komplikacji. Na przykład gdy skoki rozgrywane są na igelicie wieczorem, przy sztucznym świetle, igelit jest polewany wodą, w niektórych miejscach igelit bardzo mocno odbija światło w innych jest cień. To jest problem dla obiektywu kamery a także wielki problem dla komputerów, które dokonują obróbki tego obrazu. Potrzebna jest bardzo duża moc obliczeniowa. Komputer mógłby w nieskończoność szukać odpowiednej klatki i jej nie znajdować. To by prowadziło do sytuacji że przez kilka minut po skoku nadal nie mielibyśmy odległości osiągniętej przez skoczka. Im więcej danych wprowadzasz do komputera, tym dłużej czekasz na wynik obliczeń.

Skijumping.pl: A gdyby tak sędziów odległości zastąpić czujnikiem w bucie skoczka?

W.H.: To jest dobry pomysł i nawet trwają już pewne próby. Mamy taki system, nadajnik jest w bucie, odbiornik jest stacjonarny. Ale to na razie faza prób. Z chipem jest taki problem, że ślad po takim pomiarze nie jest czytelny do weryfikacji. Jak mamy udowodnić na przykład trenerom składającym protest, że pomiar był właściwy? Teraz pokazujemy nagranie z kamery i trener może stwierdzić naocznie, że błędu nie było. Z chipem nie da się tego szybko naocznie stwierdzić. Dlatego obecny system jest najlepszy do weryfikacji. Tak czy owak, by zwiększyć wynik ustalać na podstawie pomiaru dokładniejszego, niż pół metra, potrzebujemy opracować jasne i przejrzyste dla wszystkich procedury, które zostaną zaakceptowane. Na razie takich nie mamy.

Skijumping.pl: Znów nieco inne pytanie. Otóż na stadionach lekkoatletycznych, gdy mierzymy odległość w rzucie młotem, czy oszczepem, linie są zaokrąglone. Na skoczni są proste. Każdy skoczek wychodzi z progu w tym samym punkcie, ale lądują na całej szerokości, szczególnie gdy wieje wiatr. Wiec jedni skoczkowie w rzeczywistości przelatują dłuższy dystans niż inni, lądują na tej samej lini, bo lecą po skosie.

W.H.: Ależ my to mamy wkalkulowane w nasz system. Cały zeskok pokryty jest zasięgiem kilku kamer. Każda kamera obrazuje część zeskoku i jest dostrojona do konkretnego obszaru konkretnej skoczni, za każdym razem przed zawodami jest to ustawiane na nowo, bo przecież zeskoki różnych skoczni mają różne szerokości. Każda kamera pokrywa od 30 do 40 metrów kwadratowych. Inna strefa jest na środku skoczni, inna strefa, oceniana przez inną kamerę po bokach. Oczywiście obrazy nakładają się na siebie, lądujący skoczek zawsze jest oceniany przez co najmniej dwie kamery. Po bokach skoczni linie, które widzi technik na ekranie nie pokrywają się z tymi na śniegu czy igelicie, tylko są dopasowane do faktycznej odległości przelecianej przez skoczka. Naprawdę za tym wszystkim, co widać w telewizji stoi cały sztab techników.

Z Walterem Hoferem rozmawiali Marcin Hetnał i Anna Szczepankiewicz.

Za pomoc w opracowaniu tekstu redakcja dziękuje Grzegorzowi Talarkowi.