Strona główna • Artykuły

Marzenia o lataniu, czyli opowieść o ludziach z pasją

Żaden z bohaterów tego tekstu nie stanie nigdy na starcie zawodów Pucharu Świata. Nie poczuje dreszczyku emocji wywołanego chóralnym dopingiem wypływającym z gardeł tysięcy kibiców zgromadzonych pod skocznią, żadnego z tych chłopaków nie oślepi prawdopodobnie blask fleszy wysyłany z szalejących sprzętów fotoreporterów sportowych. Nie o to tu jednak chodzi. William Shankly, znakomity przed laty szkocki trener piłkarski powiedział kiedyś: "Piłka nożna nie jest sprawą życia i śmierci, jest czymś o wiele, wiele ważniejszym". Zamieńmy tylko piłkę nożną na skoki i mamy gotowy obraz sytuacji odnoszący się do pasjonatów, których historie za chwilę bliżej poznacie. To tylko niewielki, choć reprezentantywny wycinek zjawiska, które w Polsce rozwinęło się do stadium nieznanego w innych krajach. Zjawiska, które zadaje kłam teorii, że skoki narciarskie to dyscyplina, którą uprawiać można tylko wyczynowo.

Uścisk dłoni Helmuta Recknagla

Krzysztof Leśniak z podkrakowskiej Skawiny sam mówi o sobie, że jest "niezawodowym profesjonalistą". Bo choć zaczynał jak typowy amator, to przynależy dziś do istniejącego od blisko już stu lat klubu LKS Klimczok Bystra, jest licencjonowanym zawodnikiem Polskiego Związku Narciarskiego i skacze na w pełni profesjonalnym sprzęcie. Zaczęło się klasycznie – Małysz w tv, fascynacja lotem na nartach, skoki na zjazdówkach na usypanych ze śniegu hopkach. Na tym etapie najczęściej kończy się zabawa w skoki narciarskie wśród dzieci i młodzieży. W przypadku zapaleńca ze Skawiny tak stać się nie mogło. Siła jego pasji i marzeń dalece wykraczała poza skawińskie hopki.


Jak tu jednak spełniać sen o lataniu skoro do gór trochę jednak daleko, a skocznie, które niegdyś znajdowały się w Krakowie, od wielu dziesięcioleci pokryte są grubą warstwą wszelakiej roślinności? Sprzyjający młodemu marzycielowi splot okoliczności polegał na tym, że pół profesjonalna skocznia pozwalająca na skoki w okolicach 20 metra znajdowała się o niecałe pół godziny drogi od Skawiny, w miejscowości Jawornik. Zbudowała ją okoliczna młodzież według planów konstrukcyjnych skoczni w Wiśle i Zakopanem. Drewno na budowę dostarczyli nieodpłatnie mieszkańcy wioski. Obiekt wraz z funkcjonującym przy nim klubem LKS Jawor Jawornik stanowił fenomen na skalę krajową. Była to więc dobra baza do stawiania pierwszych kroków w skokach narciarskich w tym odrobinę bardziej poważnym wydaniu. Ambicje Leśniaka sięgały jednak i wyżej i dalej. Na tak małej skoczni trudno przeskoczyć pewien pułap, poza tym opiekujący się obiektem klub przechodził rozmaite trudności, aż w końcu zawiesił swoją działalność.

Od ponad 10 lat skoczek ze Skawiny jest reprezentantem klubu z leżącej nieopodal Bielska-Białej Bystrej. Przy wyborze miejsca do rozwoju w świecie profesjonalnych skoków najważnieszym czynnikiem była sprzyjająca lokalizacja, najmniej odległa od miejsca zamieszkania w porównaniu z lokalizacją innych klubów, ale również życzliwość z jaką już na dzień dobry spotkał się w teamie z Bystrej. Dziś ma 30 lat. Na co dzień jest pracownikiem stacji benzynowej, szczęśliwym mężem i ojcem. Gdy tylko czas mu na to pozwala wsiada w samochód i jedzie na skocznie oddalone o 80 kilometrów od domu. - Obowiązki sprawiają, że ostatnimi czasy trenuję głównie w weekendy, sporadycznie tylko uda mi się wyskoczyć w tygodniu. To już nie etap szkoły, kiedy miałem dużo więcej czasu na moją pasję i mogłem trenować kilka razy na tydzień. Za każdym razem jednak daję z siebie wszystko – zapewnia. Od początku obecności w klubie trenuje pod okiem Jarosława Koniora, cenionego w Beskidach pedagoga, szkoleniowca i wychowawcy młodzieży, dyrektora Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Szczyrku. Współpracę tę skoczek ze Skawiny niezwykle sobie ceni. Od niedawna trenerem w klubie jest także Bartłomiej Kłusek, trochę niespełniony były reprezentant Polski, który przed dwoma laty definitywnie zakończył karierę. - Bartek ma zadatki na naprawdę dobrego trenera – uważa skoczek - Po raz pierwszy bliżej współpracowałem z nim podczas niedawnego memoriału w Wiśle. Otrzymałem od niego cenne wskazówki, głównie dotyczące kierunku odbicia.

 

Leśniak ma od dawna świadomość, że zbyt późno zaangażował się w profesjonalne próby zwojowania skoczni, by móc kiedykolwiek konkurować z czołowymi skoczkami kraju, którzy trenują od wczesnego dzieciństwa. Robi jednak swoje. Tyle ile może, tyle na ile starcza czasu. Blisko dekada treningów spędzona na skoczniach w Bystrej zaowocowała wieloma sukcesami podczas rozmaitych zawodów rozgrywanych na mniejszych skoczniach w kategorii Open. Półki w domu Krzysztofa zdobione są licznymi trofeami wywalczonymi za zwycięstwa czy miejsca na podium na skoczniach w Gilowicach, Szczyrku, Skawicy czy Goleszowie. Najbardziej jednak ceni sobie wynik osiągnięty poza granicami kraju. - W 2017 roku zająłem drugie miejsce w niemieckim Bad Freienwalde, to chyba mój największy sukces. Nie znałem tej skoczni, nigdy wcześniej na niej nie skakałem, była dla mnie zagadką. Jednak w konkursie oddałem dwa skoki na 40 metr, które dały mi bardzo dużo satysfakcji i drugie miejsce w konkursie. Nagrodę wręczał mi Helmut Recknagel, mistrz świata, mistrz olimpijski i trzykrotny zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni. To że mogłem uścisnąć mu dłoń to wielki zaszczyt. Takie chwile zostają w głowie do końca życia. Leśniak skakał już na skoczni K-65 w Zakopanem i na Średniej Krokwi.W ostatnim czasie wrócił jednak na mniejsze obiekty, by skuteczniej korygować błędy techniczne. Poza tym zawody, w kórych startuje odbywają się właśnie na mniejszych obiektach, stąd taki trening jest bardziej konstruktywny.

 

Kiedyś inspirował go Adam Małysz, dziś głównie długowieczny Noriaki Kasai. Sam też stał się inspiracją dla innych. Jego młodszy kolega ze Skawiny, Wiktor Pękala, natchniony pasją Krzysztofa zapragnął pójść w jego ślady. Kontakt z poważnym sportem w jego przypadku zaczął się stosunkowo wcześnie, dzięki czemu 19-letni dziś skoczek ma znacznie szersze perspektywy związane ze skakaniem na nartach niż starszy ze skawińskich skoczków. Minionej zimy, pomimo poważnej kontuzji odniesionej na początku sezonu zadebiutował w zawodach z cyklu FIS Cup.

Z pomocą Tomkowi Pilchowi

Jest wiosna 2009 roku. W głowach dwóch nastolatków z województwa łódzkiego, Dawida Jurgi i Bartłomieja Marczaka pojawił się pomysł odtworzenia dawnej skoczni narciarskiej znajdującej się na Rudzkiej Górze, częściowo sztucznie usypanym wzniesieniu znajdującym się Łodzi. Pierwszy obiekt do skakania na nartach stanął tam już w latach 30. ubiegłego wieku, w latach 60. powstała 15-metrowa skocznia posiadająca licencję PZN-u. Chłopcy znaleźli szerokie grono chętnych do pomocy, zakasali rękawy i ciężko pracując przez okres wakacji, przystosowali ponownie zaniedbany teren do sportowej rywalizacji. Sami jednak przed dekadą nie sądzili, że sprawy w kolejnych latach przybiorą taki obrót... Ogólny zarys historii łódzkiej grupy oraz swojej amatorskiej kariery skoczka przybliżył nam wspomniany inicjator skoków w centralnej Polsce, Dawid Jurga:

 

- Działamy nieprzerwanie od jesieni 2009 roku. Obecnie grupa „skoczków z Łodzi” liczy około 10 osób i co zabawne tylko jeden zawodnik jest z tego miasta, pozostali pochodzą z innych miejscowości województwa łódzkiego takich jak Pabianice, Zgierz, Sieradz, Grotniki czy Łask. Ponadto trenują z nami zawodnicy z innych części kraju, nie zamykamy się na nikogo. Od 2016 roku, kiedy to odbyła się ostatnia, III edycja Mistrzostw Polski Centralnej nie utrzymujemy już skoczni na Rudzkiej Górze. Prawie wszyscy mają już auta i zamiast szykować skocznię przez kilka godzin po opadach śniegu, wolimy wsiąść w auto i wyskoczyć w góry.

- Trenujemy głównie na polskich skoczniach, jednak mamy za sobą skoki także na obiektach czeskich, niemieckich, austriackich czy włoskich. Połączyła nas pasja do skoków, która początkowo objawiała się w ten sposób, że cały dzień spędzaliśmy na skoczni. Wtedy głównie była to "siedemnastka" w Szczyrku, K20 w Gilowicach lub K35 w Zakopanem. Z biegiem czasu podejście do skoków trochę się nam zmieniło, dziś są bardziej dodatkiem do wycieczek górskich, rowerowych, czy wyjazdów ze swoimi drugimi połówkami. Niemniej zapał do skoków nie zanika. Część naszej ekipy oddaje coraz odważniejsze skoki na K70 w Szczyrku. Na skoczni od wielu lat, gdy tylko może, pomaga nam były skoczek i trener Adam Kilis, wsparcie otrzymujemy też od wielu trenerów klubowych. Ubolewamy tylko, że tak niewiele organizowanych jest zawodów z kategorią Open.

- W lipcu 2017 po upadku na K-35 i naderwaniu więzadeł krzyżowych myślałem, że w moim przypadku to już koniec ze skokami, jednak perspektywa Mistrzostw Świata Weteranów w Szczyrku w 2018 roku, podczas których rozgrywana jest też kategoria dwudziestoparolatków, zmotywowały mnie do podjęcia kolejnej próby. Od czasu powrotu na skocznię zawsze towarzyszy mi orteza, dla której musiałem uciąć lewą nogawkę w kombinezonie. W Szczyrku udało mi się wywalczyć brązowy medal, a całe podium przypadło zawodnikom łódzkiej grupy. Od tego czasu trenuję ze zdwojoną motywacją, chcę obronić tę pozycję podczas kolejnej edycji imprezy, która odbędzie się w tym roku we włoskim Predazzo. Zawody te były na pewno dużym przeżyciem. Widok będących w świetnej formie i nadal skaczących 70-latków na pewno dodał nam sporo motywacji. Fajnie było również reprezentować Polskę u boku Łukasza Rutkowskiego, Krzyśka Miętusa czy Wojtka Tajnera.

- Przez te wszystkie lata miałem okazję trenować z wieloma zawodnikami, którzy są teraz w kadrach. Pamiętam jak wiele lat temu pomagałem na jeszcze starej skoczni K-17 w Wiśle zapiąć nowe wiązania Tomkowi Pilchowi, które dostał od swojego wujka Adama Małysza. Jeszcze parę lat temu wspólnie z juniorami reprezentującymi teraz Polskę w zawodach FIS startowaliśmy w tych samych konkursach, w Gilowicach czy Goleszowie. Widziałem początki Kamili Karpiel, kiedy zaczynała skoki na K15 pod okiem Krystiana Długopolskiego. Parę lat temu skakałem nawet z jednej belki startowej na K65 w Zakopanem z Jakubem Wolnym. Kuba skakał z belki numer 2, ponieważ przeskakiwał tę skocznię, ja ponieważ panicznie się wtedy bałem (śmiech). W tym roku we włoskim Pellizano odbyłem treningi pod okiem Davide Bresadoli. Wykorzystując pasję do skoków napisałem pracę inżynierską, w której zaprojektowałem mechanicznie poruszającą się belkę startową na skoczni w Wiśle Malince oraz program nią sterujący.

Pierwszy po latach

Okolice Górnego Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego to pomimo teoretycznie sprzyjającego ukształtowania terenu i stosunkowej bliskości gór, region bez wielkich tradycji związanych ze skokami. Dyscyplina ta nawet na odległym Pomorzu rozwijała się kiedyś bujniej. Wiadomo, że przed wojną funkcjonowała skocznia w Jastrzębiu-Zdroju. Co ciekawe, jednym z najlepszych okolicznych skoczków był Feliks Cnota, ojciec Jerzego Cnoty, popularnego aktora, znanego między innymi z seriali "Janosik" i "Świat według Kiepskich". W latach 50. skakano na Górze św. Doroty w Będzinie. Pod koniec lat 90. w uchwale Rady Miejskiej w Będzinie z 1999 roku pojawił się postulat zorganizowania ośrodka sportów zimowych na tzw. Górze Dorotka. W planach było ponowne wybudowanie skoczni narciarskiej wraz z wyciągiem narciarskim i trasą saneczkową. Nigdy do tego nie doszło. Była też w latach 60. skocznia w Raciborzu, o niej jednak nie wiadomo zbyt wiele.

26-letni Marcin Kaleta z Dąbrowy Górniczej, na co dzień student Wydziału Prawa i Administracji na Uniwersytecie Śląskim, jest być może pierwszym od dziesięcioleci przedstawicielem tego regionu, który przypiął narty skokowe. Także w jego przypadku wszystko potoczyło się według utartego i sprawdzonego schematu: Małysz – fascynacja skokami – małe skocznie ze śniegu... no i w końcu coś więcej. - Po kilku latach zabawy w skakanie udało mi się zdobyć profesjonalny sprzęt do skoków narciarskich i w 2006 roku nastąpił mój debiut na skoczni "Adaś" K-15 w Zakopanem – opowiada mieszkaniec Dąbrowy Górniczej - W 2010 roku pojechałem na swoje pierwsze zawody. Były to Mistrzostwa Centralnej Polski w Łodzi. Zająłem tam 4 miejsce. Tam też poznałem grupę pasjonatów z Łodzi i okolic, z którymi do chwili obecnej uprawiam ten sport. W wolnym czasie wyjeżdżam z tą grupą w góry, najczęściej w Beskidy lub na Podhale, aby realizować swoją pasję. Staram się uczestniczyć również w zawodach w Polsce i za granicą, gdzie rozgrywana jest tzw. kategoria Open. W Szczyrku ustanowiłem swój rekord życiowy, który w tej chwili wynosi 32 metry. Pomimo kilku upadków na skoczni oraz braku, póki co, większych sukcesów, absolutnie nie brakuje mi zapału i motywacji do dalszego uprawiania skoków. Na pewno przez długi jeszcze czas pozostanie to dla mnie sport numer 1. Moja przygoda stanowi też doskonałą okazję do poznania osób ze świata skoków narciarskich, byłych i obecnych reprezentantów Polski z Kamilem Stochem i Piotrem Żyłą na czele, wybitnych trenerów, którzy chętnie dzielili się swoimi uwagami. Od początku realizowania mojej pasji wspierają mnie w niej rodzice, choć do dziś towarzyszy im obawa o mojej bezpieczeństwo.

Z fabryki butów prosto na skocznię

Wspomniane już wcześniej Bad Freienwalde to niewielkie, liczące ok.13 tysięcy mieszkańców miasteczko, położone zaledwie 10 kilometrów od polskiej granicy. Jest najbardziej wysuniętym na północ ośrodkiem sportowym w Niemczech, w którym uprawia się skoki narciarskie. Tradycje uprawiania skoków sięgają tam lat 20. ubiegłego stulecia, natomiast w pierwszej dekadzie XXI wieku zbudowano cztery skocznie od K-10 do K-66. Sekcję skoków wraz z powstaniem tamtejszych skoczni powołał Uczniowski Klub Sportowy "Zieloni" z Zielina koło Mieszkowic, która dziś jednak już nie istnieje.

Od ubiegłego roku w Bad Freienwalde trenuje 23-letni Mateusz Las, student z Koszalina, miasta, które ze skokami narciarskimi ma tyle wspólnego co Zakopane z windsurfingiem. Pasjonatem skoków jest od kiedy tylko pamięta, i od kiedy tylko pamięta, marzył o tym, by przypiąć prawdziwe narty i zrobić to, co na skoczniach świata robili jego idole. W 2017 roku przegrzebując w internecie materiały o skoczniach narciarskich, trafił na informacje dotyczące wspomnianego niemieckiego ośrodka, które od Koszalina położone jest w odległości, bagatela, 260 kilometrów. Choć jest to niemały dystans, to i tak to właśnie niemieckie centrum narciarskie jest najbliżej położonym jego miejscowości kompleksem czynnych skoczni. Mateuszowi udało się nawiązać kontakt z miejscowym trenerem, od którego otrzymał pozytywną informację zwrotną na zapytanie o możliwość trenowania w tamtejszym ośrodku. Jedynym problemem był brak w klubie butów o odpowiednim dla niego rozmiarze. - Przez kolejne parę miesięcy szukałem odpowiednich butów. Nietrudno jest się chyba domyślić jak ciężko jest znaleźć amatorowi sprzęt skokowy. Jedną z opcji był zakup nowych butów od firmy Rass-Sportschue, co stanowiło kosztowną ostateczność. Pod koniec lutego 2018 zdecydowałem się zakupić jednak nowe buty. Po tygodniu przyszła paczka. Okazało się, że obuwie jest zbyt ciasne i trzeba je wymienić na inne. W tamtym czasie miałem już tak duże ciśnienie na to, żeby w końcu zacząć trenować, że specjalnie wybrałem się do fabryki Rassa w Schoenheide w celu wymianu butów na większe. Bezpośrednio z fabryki pojechałem na swój pierwszy trening...

Zaczęło się od skoków na K-10, po kilku tygodniach przyszedł czas na obiekt K-21. Był to trochę rzut na głęboką wodę, bo pierwsze skoki na nim oddał tuż przed zawodami, w których wziął udział, nie znając wcześniej obiektu o takim rozmiarze. Dodatkowo skakał z kontuzją, której nabawił się podczas upadku odniesionego dzień wcześniej. Mimo że już samo chodzenie sprawiało mu trudność, zdecydował się zacisnąć zęby i wystartować w konkursie. Innym razem trenując samodzielnie zapomniał polać wodą igelitu, co skończyło się tarciem suchej nawierzchni o narty i bardzo bolesnym upadkiem. Żadne z tych zdarzeń nie zniechęciło mieszkańca Koszalina do dalszych treningów. - Pod koniec roku zacząłem oddawać pierwsze skoki na K-40. Pierwszy zjazd z pod progu na pewno zapamiętam do końca życia. Obecnie mój najlepszy rezultat wynosi 33m. Wiem, że przede mną jeszcze ogrom pracy, głównie jeśli chodzi o technikę. Myślę, jednak, że w najbliższym czasie uda się poprawić życiówkę. Moim kolejnym celem jest osiągnięcie 50 m, ale z tym jeszcze spokojnie. Czuję do tego sportu ogromny respekt i pośpiech na pewno nie jest tu wskazany.

Treningi w Bad Freienwalde odbywają się w środy od 16 do 18 i w soboty w godzinach 10-12. Mateusz trenuje zazwyczaj raz w tygodniu i najczęściej wybiera tę pierwszą opcję. W przypadku wyjazdu na sobotnie zajęcia, o 5.30 musi być już w aucie.

Zabawa, z którą trudno się rozstać

Historia pochodzącego ze Szklarskiej Poręby Mateusza Witusiaka jest zgoła inna od sportowych przygód wyżej opisanych pasjonatów. Początkiem XX wieku polskie Sudety stanowiły całkiem dobrą bazę do rozwoju młodych adeptów skoków narciarskich. Na ich terenie funkcjonowały dwa kluby narciarskie, UKS Graf-ski oraz Śnieżka Karpacz, a braki w infrastrukturze rekompensowano młodym skoczkom wyjazdami na treningi do pobliskich ośrodków ulokowanych na terenie Niemiec i Czech. Mateusz w wieku 8 lat trafił do pierwszego z wymienionych klubów.

- Było nas kilkunastu chłopaków, a trener Mirosław Graf świetnie wprowadził nas w świat tego sportu – opowiada Mateusz - Tworzyliśmy zgrany zespół dobrych kolegów, w którym nie brakowało humoru i dobrej zabawy. Początkowo rywalizowaliśmy w zawodach organizowanych przez czeskie kluby sportowe. Z czasem zaczęliśmy jeździć również na zgrupowania oraz zawody do Zakopanego i Wisły. Konkurencja podczas tych sportowych spotkań w Polsce była duża i ciężko było walczyć o miejsca w czołówce.

- Jednym z ważniejszych wydarzeń, w których brałem udział były zawody na skoczniach w Wiśle Łabajowie w ramach Ogólnopolskich Spotkań Uczniowskich Klubów Sportowych – wspomina były reprezentant klubu ze Szklarskiej Poręby - Byłem w dobrej formie, oddawałem dalekie skoki na treningach i przewodziłem w naszym klubie wśród rówieśników. W konkursie rozegranym na skoczni o punkcie konstrukcyjnym K-35 oddałem skoki na odległość 34,5 m oraz 37 m. Niestety z powodu problemów przy lądowaniu otrzymałem niskie noty i ostatecznie zająłem 22 miejsce. Wygrał znakomity Paweł Słowiok, zawodnik klubu KS Wisła Ustronianka, dziś były już reprezentant Polski w kombinacji norweskiej. Do moich największych sukcesów zaliczam zwycięstwa w Mistrzostwach Szklarskiej Poręby rozegranych Harrachovie w 2002 roku oraz w Mistrzostwach Karpacza w roku 2003, które odbyły się na skoczni Karpatka o punkcie konstrukcyjnym K-35.

Kondycja sudeckich klubów z czasem stawała się coraz słabsza, a perspektywy rozwoju młodych skoczków coraz mniej wyraźne. Mateusz w czasie gimnazjum zdecydował się odstawić narty na bok, w życiu pojawiły się inne priorytety, a zabawa na skoczni, która nie miała już szans zamienić się w profesjonalne skakanie, pochłaniała dużo czasu i energii. Kilkakrotnie myślał o powrocie do skoków, brakowało jednak konkretnego bodźca. Dopiero pod koniec studiów, gdy zbratał się z grupą skoczków z Łodzi, przypiął ponownie narty skokowe. Po ukończeniu uczelni, na kierunku budownictwo, pracuje w biurze konstrukcyjnym. Gdy tylko czas na to pozwala znów pojawia się na rozbiegu skoczni. W ostatnich latach pełnił rolę przedskoczka w Harrachovie podczas dużych międzynarodowych zawodów weteranów. Cały czas ma nadzieję, że skoki powrócą jeszcze w Karkonosze i będzie mógł kiedyś rywalizować w swoich rodzinnych stronach. - Nie wiem, czy mogę mówić o jakichś sukcesach, które odniosłem w amatorskim skakaniu, bo tu tak naprawdę nie o sukces chodzi. Staram się bawić tym co robię, a jest to przednia zabawa, z którą trudno się rozstać - konstatuje Witusiak.