Strona główna • Historia Skoków Narciarskich

Na południe od Los Angeles, czyli egzotyczne epizody skokowe

Od początku swego istnienia skoki narciarskie związane są głównie z Europą. Mimo wielu prób przeszczepienia tego sportu poza Stary Kontynent skoki przyjęły się w niewielu pozaeuropejskich państwach. Poza Japonią właściwie tylko USA i Kanada należą do wąskiego grona krajów, w których tradycje tego sportu kultywowane są nieprzerwanie od początków XX wieku. Tereny na południe od tych dwóch północnoamerykańskich państw dla większości kibiców skoków narciarskich uznawane są w kontekście tej dyscypliny za terra incognita.


Najbliżej położonym równika miejscem na świecie, gdzie funkcjonowały skocznie narciarskie było Los Angeles i jego okolice. Od lat 30. do 60. postawiono tam kilka tymczasowych obiektów tego typu na stadionach Los Angeles Memorial Coliseum i Dodger Stadium, czy w miejscach takich jak amfiteatr Hollywood Bowl bądź miasto Pomona. Wielu kibicom skoków narciarskich wydaje się zapewne, że była to najbardziej egzotyczna amerykańska lokalizacja związana z ich ukochanym sportem – nic jednak bardziej mylnego.

Mimo że związki zarówno Ameryki Środkowej, jak i Południowej z tym sportem nie są szczególnie bogate to jednak dla obu tych regionów znaleźć można szereg mniej bądź bardziej poważnych powiązań ze światem skoków narciarskich. I choć nigdy nie doczekały się jeszcze swojego reprezentanta w oficjalnych zawodach międzynarodowych rozgrywanych pod egidą FIS to w Ameryce Południowej istniało co najmniej kilka lokalizacji, w których w przeszłości skakano na nartach.

Poniższy artykuł przedstawia mniej i bardziej znane przypadki, gdy z pozoru kompletnie rozbieżne światy skoków narciarskich i Ameryk Środkowej oraz Południowej wzajemnie się przenikały. Ze względu na specyfikę omawianej tematyki podkreślić należy, że często przedstawiane informacje opierają się na mocno szczątkowych i niekompletnych danych – choć postępujący rozwój internetu pozwala co jakiś czas odkryć kolejny, nieznany wcześniej zakątek historii wciąż wiele informacji o tak egzotycznych kwestiach pozostaje nierozwikłaną tajemnicą. Opracowanie to siłą rzeczy nie będzie więc kompletne – autor z chęcią zapozna się ze wszelkimi uzupełnieniami ze strony czytelników posiadających takowe informacje.

Ameryka Środkowa

Ameryka Środkowa to obszar, który zdecydowanie nie kojarzy się nikomu ze skokami narciarskimi. Brak śniegu i bardzo wysokie temperatury sprawiają, że praktycznie nikt nie myśli tutaj o sportach zimowych. Próby podbicia niedostępnego świata tych dyscyplin sprowadzają się wyłącznie do pojedynczych pasjonatów, bądź sportowców, którzy postanowili wykorzystać swoje korzenie, startując w barwach egzotycznej reprezentacji.

W skokach narciarskich dotychczas nie mieliśmy okazji zobaczyć na skoczniach żadnego przedstawiciela państwa z tego regionu. W poprzednich latach pierwsze poważniejsze starty zaliczył jednak skoczek pochodzący z Dominikany. Jordalyn Pichardo, bo o nim mowa, mieszka i uczy się w Austrii, jednak urodził się w 2002 roku w miejscowości Salvaleón de Higüey. W październiku 2018 roku zawodnik klubu SV Villach zadebiutował w seniorskich mistrzostwach Austrii – na skoczni dużej, po skokach na odległość 80 i 77 m, zajął ostatnią, 46. pozycję, a na obiekcie normalnym uzyskał 64,5 m, plasując się na 53. miejscu i wyprzedzając dwóch rywali. Choć Pichardo zdążył wyrobić sobie austriacki FIS Code uprawniający do udziału w zawodach międzynarodowych to nie dane mu było jeszcze w nich wystartować, a w październiku br. nie pojawił się na liście startowej tegorocznych mistrzostw kraju w Tschagguns.

Prawdopodobnie najbliżej uzyskania swojego reprezentanta na skoczniach Ameryka Środkowa była tuż przed sezonem zimowym 1997/1998. W ramach trwającej kilka miesięcy „telenoweli”, której osią był spór z ÖSV – Austriackim Związkiem Narciarskim (wynikający z półrocznego zawieszenia za stosowanie kokainy, a także braku zgody związku na treningi zawodnika wyłącznie z prywatnym trenerem) Andreas Goldberger bliski był reprezentowania Grenady – liczącego niewiele ponad 100 tysięcy mieszkańców karaibskiego państwa, które nigdy nie wystartowało w zimowych igrzyskach olimpijskich i które jedynego dotąd medalisty olimpijskiego (specjalizujący się w biegu na 400 metrów lekkoatleta Kirani James) doczekało się dopiero kilkanaście lat później. Sprawa była na tyle zaawansowana, że 19 listopada 1997 roku wyrok w tej kwestii wydał sąd w Ried im Innkreis, który orzekł, że Goldberger może zmienić reprezentację bez konieczności odbycia rocznej karencji, która, zgodnie z przepisami FIS, zostałaby na niego nałożona w razie braku zgody na zmianę barw ze strony ÖSV. Na podobny krok w tym samym czasie zdecydowała się również narciarska alpejska Elfi Eder, która jednak, mimo niemal identycznej sytuacji i faktu bycia reprezentowaną przez tegoż samego prawnika co Goldberger, uzyskała... odwrotny wyrok sądu.

Zdaniem wymiaru sprawiedliwości Eder miała możliwość startów w komercyjnych zawodach, organizowanych niezależnie od FIS, w związku z czym ewentualne karencja ze strony ÖSV nie uniemożliwiłaby jej możliwości wykonywania jej zawodu – w przeciwieństwie do Goldbergera, który w skokach narciarskich nie miał komercyjnej alternatywy dla zawodów organizowanych przez FIS. Mimo korzystnego rozstrzygnięcia ze strony sądu Goldberger ostatecznie nie miał okazji wystąpić w barwach Grenady, a cały pomysł rozbił się o kwestie proceduralne – w tym czasie Grenada bowiem nie posiadała zarejestrowanego związku narciarskiego, który byłby członkiem FIS, a bez takowego Goldberger nie mógłby startować w zawodach organizowanych przez FIS (zawodników mogą zgłaszać tylko wspomniane związki). Nie pomogły tu nawet działania wspólnego prawnika Eder i Goldbergera, który usiłował doprowadzić do jak najszybszego dołączenia Grenady do FIS. Gdy ostatecznie to się udało mistrz świata w lotach narciarskich z 1996 roku powrócił już do reprezentowania swojej ojczyzny (pierwszy start międzynarodowy po zawieszeniu odnotował 20 grudnia 1997, zajmując 10. lokatę w Pucharze Świata w Engelbergu), zażegnując konflikt z macierzystym związkiem narciarskim.

Co ciekawe Grenada nie była jedynym kierunkiem, który „Goldi” wówczas rozważał – sam otwarcie wspominał w mediach, że zainteresowane jego startami były 3 lub 4 kraje (choć, poza Grenadą, nie chciał ujawniać ich nazw, aby, jak sam to określił „uniknąć presji na te związki ze strony ÖSV”). W mediach wymieniano także San Marino, jednak najpoważniejszym oprócz Grenady kandydatem była Jugosławia – latem 1997 20-krotny zwycięzca zawodów Pucharu Świata miał nawet uzyskać obywatelstwo tego państwa, a za jego działaniami miał stać koncern Red Bulla, oferujący całkowite pokrycie kosztów treningów Goldbergera, na które jugosłowiańskiego związku nie było wówczas stać. Ostatecznie jednak, podobnie jak w przypadku Grenady, do transferu nie doszło, a jednym z głównych powodów jaki stał za niepowodzeniem tych działań był fakt, że tak późna zmiana reprezentacji, ze względu na obowiązujące przepisy (który ofiarą padł m.in. Wilson Kipketer – słynny biegacz specjalizujący się w biegu na 800 metrów, który w 1994 uzyskał duńskie obywatelstwo, jednak nie został dopuszczony przez MKOl do startu na igrzyskach w Atlancie), uniemożliwiłaby Goldbergerowi udział w Zimowych Igrzyskach Olimpijskich 1998. Warto dodać, że podczas gdy „Goldi” powrócił do startów dla swojej ojczyzny, wspominana wcześniej Elfi Eder konsekwentnie pozostała przy swoim nowym wyborze i, po odbyciu rocznej karencji, w sezonie 1998/1999 przywdziała grenadyjskie barwy. I choć nie nawiązała do rezultatów sprzed konfliktu ze swoimi rodakami to jako Grenadyjka trzykrotnie punktowała w Pucharze Świata (17. w slalomie w Park City i dwukrotnie 11. w tej konkurencji w Veysonnaz i Semmering) i wystartowała w mistrzostwach świata w lutym 1999 roku (32. w slalomie gigancie, nie ukończyła rywalizacji w slalomie), po kilku tygodniach kończąc swoją sportową karierę.

Co ciekawe na skoczni swoich sił miał okazję spróbować także Linford Christie. Legendarny sprinter (mistrz olimpijski w biegu na 100 m z 1992 roku) w czasie swojej kariery lekkoatletycznej reprezentował oczywiście Wielką Brytanię, jednak urodził się na Jamajce, skąd wyjechał w wieku 7 lat. W 2016 roku wziął udział w trzeciej edycji kontrowersyjnego telewizyjnego show „The Jump”, w którym brytyjscy celebryci rywalizują w szeregu dyscyplin zimowych. Jedną z konkurencji są skoki narciarskie. Będący już grubo po „50” Christie wziął udział w programie za namową swoich dzieci, jednak starcie ze skocznią nie skończyło się dla niego najlepiej – podczas treningów w przerwie między kolejnymi odcinkami w trakcie lądowania naciągnął ścięgno i musiał wycofać się z dalszego udziału. Nie był zresztą jedynym uczestnikiem show, który doznał kontuzji w jego trakcie – program ten jest uznawany za jeden z najniebezpieczniejszych tego typu, a zwłaszcza trzeci sezon był pod tym względem bardzo pechowy.

Wielka Brytania to nie jedyny kraj, który, choć sam nie odnosił w tym sporcie wielkich sukcesów, to w ramach telewizyjnego show postanowił wysłać tzw. celebrytów na skocznie narciarskie. Podobnie uczyniła również Holandia. W odróżnienie od „The Jump” program „Vliegende Hollanders: Sterren van de Schans” nie obejmował prób w różnych dyscyplinach, a ograniczył się wyłącznie do jednego sportu – skoków narciarskich. Choć nie zdobył zbyt dużej popularności i został anulowany już po pierwszym, wydanym w 2013 roku, sezonie to w jego ramach mieliśmy okazję zobaczyć próby kilku osób o egzotycznych jak na tę dyscyplinę korzeniach. Zwycięstwo w show odniosła aktorka i prezenterka telewizyjna Chimène van Oosterhout. Holenderka ta ma wyjątkowo ciekawą historię rodzinną – sama urodziła się w stolicy Curaçao (wówczas będącego jeszcze częścią Antyli Holenderskich), Willemstad, a do Holandii trafiła w wieku 7 lat. Jej ojciec był Holendrem, matka pochodziła z Antyli Holenderskich, prababcia z Indii, a pradziadek z Surinamu. Mimo to blisko 50-letnia celebrytka radziła sobie na skoczni najlepiej ze wszystkich uczestników, a w swojej najlepszej próbie oddanej w całym programie uzyskała odległość 27 metrów.

Ameryka Południowa

Choć Ameryka Południowa w przeszłości gościła już zawody najwyższej rangi w narciarstwie alpejskim (Mistrzostwa Świata w Narciarstwie Alpejskim 1966 rozegrano w chilijskim Portillo – były to zresztą zawody wyjątkowe, bo jedyne w historii tej imprezy odbywające się na półkuli południowej, co wprowadziło niemały zamęt w przygotowaniach zawodników, dla których nie lada wyzwaniem było przygotowanie formy na imprezę sezonu w... sierpniu) to jest to kontynent, który dla przeciętnego kibica skoków narciarskich nie budzi żadnych konkretnych kojarzeń z tym sportem. Ta część świata także miała jednak swoje związki z tą dyscypliną.

Kilkanaście lat temu niemałą sensację na skoczni wzbudził Anders Beisvåg. Urodzony w 1990 roku w Kolumbii czarnoskóry skoczek w wieku 2 lat przyjechał do Norwegii, a do skoków trafił w czasie jednego z naborów prowadzonych w jego szkole. Zawodnik ten miał dużą ambicję – w przeprowadzonym latem 2006 roku wywiadzie dla Verdens Gang mówił, że celuje w mistrzostwa świata w 2011 roku w Oslo. Jego ówczesnym rekordem życiowym była odległość 138 metrów osiągnięta podczas treningu w Lillehammer. I choć trenujący go wówczas Tore Sneli podkreślał, że Beisvåg, mimo niedoborów technicznych, ma wyjątkowo dobre warunki fizyczne, to skaczący w barwach Norwegii zawodnik nigdy nie przebił się na wyższy poziom. Na arenie międzynarodowej zanotował jedynie start w nieoficjalnych letnich mistrzostwach świata w Garmisch-Partenkirchen w 2005 roku (indywidualnie był 10. w kategorii do lat 16, wyprzedzając jedynie Holendra Domingo Bolanda i Słowaka Matúša Mistríka i tracąc ponad 90 punktów do Gregora Schlierenzauera), a także w słabo obsadzonych (w 1. konkursie punkty zdobyło aż 10 Szwedów!) zawodach FIS Cupu w Örnsköldsvik we wrześniu 2006 roku (skoki na odległość 70 metrów pozwoliły mu jedynie na zajęcie lokat w drugiej połowie czwartej dziesiątki). Ciekawostką pozostaje fakt, że we wrześniu 2005 roku w zawodach lokalnych w Falun Beisvåg pokonał późniejszego mistrza olimpijskiego – Roberta Johanssona. W kolejnych latach losy obu rówieśników potoczyły się jednak zupełnie inaczej...

Jeszcze krótsza była międzynarodowa kariera pochodzącej także z Kolumbii Marii Hurtado Beisvåg. Choć faktu tego nie udało się nam ustalić można przyjąć z duża dozą prawdopodobieństwa, wręcz graniczącą z pewnością, iż Norweżka to rodzina (najprawdopodobniej siostra bądź siostra przyrodnia) Andersa. W lutym 2012 roku, blisko pół roku przed skończeniem 14 roku życia zadebiutowała w Pucharze Kontynentalnym, zajmując w Libercu bardzo dobrą, 18. pozycję (74 i 74,5 m), wyprzedzając kilka rywalek w tamtym sezonie punktujących w Pucharze Świata (z Iriną Awwakumową na czele). Na tym jednak jej kariera międzynarodowa... się zakończyła. W 2014 roku była jeszcze blisko zdobycia medalu mistrzostw krajów nordyckich juniorów (przeszkodziła jej dyskwalifikacja w 2. serii, po której została sklasyfikowana na 5. pozycji), a jej ostatnim przebłyskiem był brązowy krążek wywalczony w tym samym roku na mistrzostwach Norwegii na skoczni średniej (Beisvåg pokonała tam między innymi startującą gościnnie Katharinę Althaus, która w 2018 roku sięgnęła po olimpijskie srebro). Mimo niewątpliwie dużego talentu pochodząca z Kolumbii zawodniczka w kolejnych latach na dobre zniknęła ze skoczni, wybierając inną drogę życiową.

Więcej od Marii Hurtado Beisvåg osiągnęła już inna utalentowana skoczkini, której korzenie wywodzą się z Ameryki Południowej. Arantxa Lancho to urodzona w 2000 roku Niemka pochodzenia peruwiańskiego. W 2012 roku w Garmisch-Partenkirchen zdobyła tytuł nieoficjalnej letniej mistrzyni świata dzieci, zwyciężając w kategorii do lat 13, w pokonanym polu zostawiając m.in. Nikę Križnar. Polskim kibicom zawodniczka z Oberwiesenthal po raz pierwszy zaprezentowała się w sierpniu 2015 roku, gdy w Szczyrku dwukrotnie zajmowała 2. lokatę w zawodach FIS Cupu. Wkrótce później zadebiutowała w Pucharze Świata – w styczniu 2016 roku w

Oberstdorfie najpierw odpadła w kwalifikacjach do 1. konkursu, a w 2. zawodach była blisko zdobycia punktów, plasując się na 32. lokacie. Kilka miesięcy później po raz pierwszy stanęła na podium zawodów Alpen Cupu. Wkrótce jednak rozwój jej dobrze zapowiadającej się kariery nieco zwolnił, a Lancho nie osiągała spektakularnych rezultatów, nie potrafiąc przebić się do bardzo silnej niemieckiej kadry A. W lutym 2018 roku po raz pierwszy wzięła udział w mistrzostwach świata juniorów, gdzie co prawda indywidualnie awansowała do drugiej serii (30. pozycja), ale w konkursie drużynowym niemiecka reprezentacja głównie za sprawą jej słabych skoków (w obu seriach nie potrafiła osiągnąć odległości choćby 70 metrów) przegrała z Francuzkami rywalizację o brązowy medal. Od tego czasu mająca peruwiańskie korzenie zawodniczka pozostaje w pewnej stagnacji, nie mogąc osiągnąć poziomu sportowego, który pozwoliłby jej powalczyć o punkty Pucharu Świata i wygryzienie z kadry starszych i bardziej znanych zawodniczek.

Choć na pierwszy rzut oka stwierdzenie to wygląda co najmniej dziwnie, to najdalej wysunięta na południe stała skocznia narciarska leżała w... Wielkiej Brytanii. Oczywiście nie na wyspie o tej nazwie, a w brytyjskim terytorium zamorskim Georgia Południowa i Sandwich Południowy. Obszar ten przed II wojną światową był terenem, na którym swoją działalność prowadzili wielorybnicy. To właśnie za sprawą trudniących się tym zajęciem imigrantów z Norwegii w największej wówczas osadzie i stacji wielorybniczej o nazwie Grytviken (co ciekawe dziś nie ma już na niej stałych mieszkańców, a zamieszkana jest tylko w trakcie sezonu turystycznego przez pracowników znajdującego się tutaj muzeum) powstała skocznia narciarska, która pozwalała na oddawanie blisko 40-metrowych skoków. Powód jej powstania był prozaiczny – wielorybnicy szukali sposobu na rozrywkę, a w miejscu położonym niemal na końcu świata nie było o to łatwo – Norwedzy sięgnęli więc po sport, który doskonale znali ze swojej ojczyzny. Nie bez przyczyny obiekt ten powstał tuż obok innego miejsca, w którym spędzali swój czas wolny, czyli kościoła. Skocznia stała się miejscem zażartej rywalizacji rybaków, a najdalszy skok oddano na niej w 1939 roku, gdy Sigurd Hansen osiągnął tu dystans 39 metrów. Choć osada została opuszczona w latach 60., gdy populacja wielorybów w okolicznych wodach uległa drastycznemu zmniejszeniu, to do dzisiaj można tu jeszcze znaleźć drewniane pozostałości dawnej wieży najazdowej.

Choć Chile zapisało się trwale w historii narciarstwa alpejskiego to jego związki ze skokami narciarskimi długo wydawały się wyłącznie iluzoryczne. W kategorii «miejskiej legendy» traktować należy pojawiające się opowieści o mającym pochodzić z tego państwa skoczku, który miał pełnić rolę przedskoczka w zawodach Pucharu Świata – zwłaszcza, że Włodzimierz Szaranowicz, któremu przypisawano rzekome podawanie informacji o istnieniu tegoż Chilijczyka w rozmowie z prowadzącym bloga «Okiem Skoczniołaza» Mikołajem Szuszkiewiczem wyraźnie zaprzeczył jakoby kiedykolwiek z jego ust padły takie słowa. Podobnie traktować należy także podejść do dwóch postaci zarejestrowanych w bazie FIS jako kombinatorzy norwescy – zarówno Catalina Olivares, jak i Juan Luis Uberuaga to narciarze alpejscy, których profile na stronie międzynarodowej federacji znalazły się w niewłaściwej sekcji w efekcie błędu Chilijczyków przy ich rejestracji. Olivares ze wspomnianym wyżej «mitycznym» przedskoczkiem łączy również fakt, że o obu «legendarne» wręcz historie można było swego czasu wyczytać w... komentarzach na naszej stronie (wg nich Olivares na przykład miała doznać poważnego upadku podczas treningów na skoczni w Niemczech, choć, jako narciarska alpejska, w rzeczywistości nigdy na takim obiekcie nie trenowała).

W ostatnich latach pojawiły się jednak dane, które potwierdzają, że w tym południowoamerykańskim państwie także próbowano uprawiać skoki narciarskie. Jako pierwsi, co nie powinno być żadnym zaskoczniem, działania takie podjęli tutaj Norwedzy. Na przełomie XIX i XX wieku w miejscowości Punta Arenas usypywali oni niewielkie śnieżne skocznie, na których skakano na odległość do 10 metrów. Sport ten prawdopodobnie jednak nie przyjął się wśród miejscowych i kolejne kilkadziesiąt lat pozostaje «białą plamą» dla skoków narciarskich w Chile. Po II wojnie światowej sytuacja ta jednak ponownie się zmieniła. Nie znamy pełnych danych, a informacje te opieramy na szczątkowych danych, które zachowały się w zarchiwizowanych wydaniach czasopism «Revista Andina» oraz «Estadio», jednak z całą pewnością można stwierdzić, że, przynajmniej w połowie lat 50. Chile zyskało naturalną skocznię narciarską, wykorzystującą stromiznę zbocza (około 40° nachylenia), na której można było skakać nawet ponad 30 metrów i na której swych sił próbowali co odważniejsi narciarze alpejscy. Obiekt ten zlokalizowany był w ośrodku narciarskim Farellones. W 1954 i 1955 roku gościł on zawody o nazwie «Trofeo Copa de Oro», które wyłonić miały najbardziej wszechstronnego narciarza – zawodnicy z kilku państw rywalizowali w narciarstwie alpejskim, biegach narciarskich i skokach. W pierwszej edycji Chilijczycy zdecydowanie odstawali od swoich gości w skokach – podczas, gdy najlepszy w tej części zmagań Norweg Stein Eriksen (dwukrotny medalista olimpijski i czterokrotny mistrz świata w narciarstwie alpejskim, który w Chile pojawił się kilka miesięcy po zakończeniu profesjonalnej kariery sportowej) dwukrotnie zbliżał się do granicy 30. metrów (29 i 28 m) najlepszy z miejscowych zawodników – Hernán Oelckers (także narciarz alpejski, olimpijczyk z 1948) nie potrafił dolecieć do 20. metra, uzyskując odległości 18 i 17 metrów. Rok później w konkursie tym poziom rywalizacji stał na jeszcze wyższym poziomie, a jego zwycięzca – Amerykanin John Cress (dwukrotny mistrz USA juniorów w skokach, późniejszy olimpijczyk z 1960 w kombinacji norweskiej) dwukrotnie przekroczył «magiczną» dotąd barierę 30. metrów, uzyskując dystanse 32 i 32,5 metra. Do jego dyspozycji próbowali dostosować się także Chilijczycy – pięciu z nich osiągnęło dystans co najmniej 20. metrów, a najlepszy z nich – Alfredo Aliaga, który w rywalizacji na skoczni zajął 3. lokatę, w 2. serii uzyskał doładnie 30. metrów – wynik ten można uznać za nieoficjalny rekord Chile w długości skoku narciarskiego mężczyzn, nie jest bowiem znany żaden lepszy rezultat uzyskany przed skoczka z tego kraju. Mimo niewielkiej liczby informacji jakie posiadamy o historii skoków w Chile wiadomo, że przynajmniej raz rozegrano też zmagania o tytuł najlepszego skoczka tego kraju. Podczas 9. edycji narciarskich mistrzostw Chile w Farellones w rywalizacji tej najlepszy okazał się Canuto Errázuriz.

Choć Argentyna to jeden z najbardziej związanych ze sportami zimowymi krajów Ameryki Południowej, w którym działacze sportowi nieśmiało wysuwali nawet propozycje organizacji zimowych igrzysk olimpijskich, to skoki narciarskie nie podbiły miejscowych serc. Pierwsze próby zaszczepienia tego sportu na argentyńskiej ziemi były, podobnie jak w wielu innych państwach, zasługą Norwegów – skoki lokalnym amatorom sportu tuż po I wojnie światowej demonstrował Eilert Sundt, późniejszy norweski konsul w Argentynie, który sam był wielkim miłośnikiem nie tylko narciarstwa, ale i wspinaczki górskiej. Choć jego wysiłki spełzły na niczym to po II wojnie światowej znalazł on następcę. Został nim Andrzej Noworyta, nazywany przez miejscowych Andrésem. Niesamowitą historię zakopiańczyka, którego wichry losu rzuciły na drugi koniec świata poznaliśmy kilka miesięcy temu za sprawą wspominanego wcześnie Mikołaja Szuszkiewicza, który opisał ją w nieistniejącym już czasopiśmie internetowym Hill Size Magazine. A historia jest to niezwykle ciekawa. Polak tuż po wojnie trafił do swojej nowej ojczyzny, gdzie z miejsca zaangażował się w rozwój lokalnej społeczności. W tym samym czasie do kraju tego trafili także inni europejscy imigranci, z którymi Noworyta rozpoczął pracę nad popularyzacją sportów zimowych. Choć, rzecz jasna, skupiała się ona głównie na narciarstwie alpejskim i biegach narciarskich, których Argentyńczycy próbowali zdecydowanie chętniej, to działania Europejczyków objęły również skoki narciarskie.

Argentyńskim przyczółkiem tego sportu stała się ośrodek narciarski El Catedral położony na południowy-zachód od miasta San Carlos de Bariloche. To tam w latach 1945-1955 działała niewielka skocznia narciarska, na której regularnie rozgrywano zawody – niestety do dzisiaj nie zachowały się ich rezultaty, więc nie wiemy nawet jakie odległości osiągali zawodnicy (przyjmuje się, iż skakano tam ponad 20 metrów). Wiadomo tylko, że Noworyta zdecydowanie przewyższał lokalnych zawodników, a pamięć o jego wyczynach jest żywa aż do dzisiaj – tak bardzo, że doczekał się on nawet po śmierci ulicy nazwanej swym imieniem. Oprócz niego najlepiej na skoczni w El Catedral prezentowali się – argentyński narciarz alpejski i dwukrotny olimpijczyk, Luis de Ridder oraz inny z europejskich przybyszów – Bruno Pértile. Niestety skoki narciarskie nie znalazły w Argentynie zbyt wielu entuzjastów i po kilku latach na dobre zniknęły z lokalnego krajobrazu. Miejscowi zawodnicy zdążyli jednak zaprezentować się w międzynarodowej rywalizacji. Choć nie wiemy niestety czy był to jednorazowy start czy też może zdarzało się to częściej, to dzięki digitalizacji archiwalnych numerów południowoamerykańskiej prasy (w tym wypadku wydawanego w Chile magazynu «Revista Andina») wiadomo, że we wrześniu 1954 roku Argentyńczycy wzięli udział w opisywanych wyżej zawodach «Trofeo Copa de Oro» rozegranych w chilijskim Farellones. Najlepszym z reprezentantów Argentyny w rywalizacji w skokach był wspomniany wcześniej Luis de Ridder, który uzyskał odległości 25 i 23 metrów, zajmując 3. lokatę. Pozostali Argentyńczycy skakali dużo krócej, nie potrafiąc pokonać dystansu 13 metrów. Ze względu na brak danych o dłuższych próbach wynik de Riddera z 1. serii można uznać na nieoficjalny rekord kraju, choć przypuszczać można, że bądź sam zainteresowany bądź któryś z jego rodaków z dużą dozą prawdopodobieństwa mógł osiągnąć lepszy rezultat – jednak póki co nie dysponujemy takimi informacjami. Choć wkrótce później argentyńskie próby dołączenia do świata skoków narciarskich się zakończyły to pamiętano o nich jeszcze wiele lat później, a wizerunek skoczka narciarskiego oddającego swą próbę na obiekcie w El Catedral pojawił się nawet na jednym z wydanych w tym kraju znaczków pocztowych.

Zawody «Trofeo Copa de Oro» w 1954 roku mogły zapisać się także w historii trzeciego południowoamerykańskiego państwa. Wziął w nich bowiem udział jeden boliwijski narciarz. Niestety nie znamy jego danych, a zachowane do dzisiaj wyniki rywalizacji na skoczni obejmują tylko czołową dziesiątkę – nie wiemy więc czy wystartował w tej konkurencji i, jeśli tak, jakie uzyskał rezultaty. A szkoda, bo jest to jedyny znany dotąd potencjalny związek Boliwii ze skokami narciarskimi.

Wspominany już wcześniej program „Vliegende Hollanders: Sterren van de Schans” przyniósł ze sobą także występy osób pochodzących z Ameryki Południowej. Trzecią lokatę zajął w nim raper Keizer (pełne imię i nazwisko: Rozelsky Steve Lie-A-Jen). Urodzony w stolicy Surinamu, Paramaribo, Holender trafił do swojej europejskiej ojczyzny w wieku 2 lat. W telewizyjnym show bardzo zależało mu na zwycięstwie, jednak w obu skokach zaliczył upadki – 1. próbie uzyskał 27,5 m (najdłuższy skok oddany w całym programie), jednak upadł na odjeździe, a w 2. finałowym skoku upadł przy próbie lądowania na odległości 24,5 m. We wcześniejszym, eliminacyjnym odcinku nie miał za to dwukrotnie problemu z ustaniem skoków na odległość 23 metrów. Na nieco gorszym poziomie swój udział w show zakończył Jody Bernal. Holenderski piosenkarz, który urodził się kolumbijskiej Bogocie w swojej najlepszej próbie uzyskał 21 m, a rywalizację zakończył na 1. części finałowej rywalizacji.

Na początku lat 90. Surinam nieoczekiwanie miał szansę zyskania pełnoprawnego przedstawiciela na skoczniach świata. Zniesmaczony absurdalnie, jego zdaniem, wysokimi wymaganiami stawianymi mu przez macierzysty komitet olimpijski (do wyjazdu na igrzyska musiał co najmniej raz zająć lokatę w czołowej 8 konkursu Pucharu Świata) Gerrit-Jan Konijnenberg po igrzyskach w Calgary poważnie rozważał możliwość zmiany reprezentacji. Jego pierwszym wyborem był Luksemburg, a w razie niepowodzenia tego kierunku alternatywą miał być Surinam - była holenderska kolonia, która nigdy nie wystąpiła na zimowych igrzyskach olimpijskich. Ostatecznie jednak, podobnie jak w przypadku opisywanej wcześniej sprawy Andreasa Goldbergera, która miała miejsce kilka lat później, pomysł nie wypalił i zarówno Surinam, jak i Konijnenberg (który powrócił do startów w barwach Holandii) nie zaznali smaku olimpijskiego debiutu na zimowych arenach.

Antarktyda

Swój niewielki epizod ze skokami narciarskimi zaliczył także najdalej na południe wysunięty kontynent – Antarktyda. Sprawcą tego zamieszania był podróżnik Tryggve Gran, który fakt ten opisał w swoich pamiętnikach. Norweg, uczestnicząc w odbywającej się w latach 1910-1913 ekspedycji Terra Nova (zwanej również Brytyjską Ekspedycją Antarktyczną), której dowodził Robert Falcon Scott, postanowił zaznajomić badane tereny z wywodzącym się z jego ojczyzny sportem. W 1911 roku zbudował on niewielkie, bardziej symboliczne niż praktyczne skocznie, na których skakał na swoich nartach – na przylądku Evansa obiekt taki powstał z kamieni i piasku, a na lodowcu Barne'a ze śniegu. I choć była to bardziej zabawa z kilkumetrowymi skokami niż prawdziwy sport, to ten jednokrotny reprezentant Norwegii w piłce nożnej przeszedł w ten sposób do historii skoków, zapisując w niej kolejną ciekawostkę.