Strona główna • Niemieckie Skoki Narciarskie

Wytrwały, cierpliwy, rekordowy, pocieszony - czterej muszkieterowie niemieckich skoków

Dzisiejszy konkurs drużynowy przejdzie do historii jako jeden z najbardziej emocjonujących spośród tych rozegranych w ramach mistrzostw świata. Dramaturgią, której dziś dostarczyli nam skoczkowie, można by obdzielić co najmniej kilka zawodów zespołowych Pucharu Świata, które ostatnimi czasy nie należą do szczególnie ekscytujących. Zwyciężyła reprezentacja Niemiec, a dla każdego z jej członków dzisiejsze złoto stanowiło szczególną nagrodę.


Severin Freund - nagroda za wytrwałość

Problemy zdrowotne jednego z najbardziej utytułowanych skoczków XXI wieku rozpoczęły się w sezonie 2015/16. Broniący wówczas Kryształowej Kuli reprezentant Niemiec upadł podczas kwalifikacji w czasie zawodów TCS w Innsbrucku i doznał urazu biodra. Doskakał jakoś ten sezon do końca mimo doskwierającego bólu, ale  w kwietniu był zmuszony poddać się operacji. Po odbyciu kilkumiesięcznej rehabilitacji udało mu się wrócić na skocznie przed początkiem kolejnej zimy. Rozpoczął ją całkiem udanie, ale w styczniu podczas skoków treningowych w Oberstdorfie zerwał więzadła krzyżowe w kolanie. Motywacją do szybkiego powrotu do pełni siły były dla Freunda igrzyska olimpijskie w Pjongczangu. Po zaledwie pół roku wrócił na skocznię. W lipcu, znów w Oberstdorfie, doznał kolejnej kontuzji zerwania więzadeł. - Moje marzenia olimpijskie, muszą na razie zostać odłożone i zamierzam koncentrować się na Mistrzostwach Świata w Seefeld. Przeżyłem w swojej karierze już sporo rozczarowań i wiem, jak sobie z nimi radzić - mówił, nie tracąc nadziei. Zamiast mistrzostw świata była... kolejna operacja. Kontuzjowane wcześniej kolano nie dawało o sobie zapomnieć i utrudniało rywalizację na skoczni. W lutym 2019 roku konieczny stał się kolejny zabieg. U progu następnej zimy, kiedy wszystko w organizmie skoczka wydawało się wreszcie funkcjonować jak należy, na przeszkodzie w powrocie do startów stanął uraz pleców. Do Pucharu Świata wrócił dopiero w lutym 2020 roku. Od tego czasu nie wypadał z kadry trenera Horngachera. Ten sezon, pomimo kilku przebłysków, był dla skoczka z Rastbuechl raczej przeciętny. Jego tytaniczna praca, upór, konsekwencja i wytrwałość zostały dziś sowicie wynagrodzone. 

Pius Paschke - nagroda za cierpliwość

Paschke regularne występy w Pucharze Świata zaczął dopiero w sezonie 2017/18, licząc sobie 27 lat.  Na "salony" dostał się zatem w wieku, w którym Matti Nykaenen żegnał się już ze skocznią. Niemiec wcześniej błąkał się po zawodach niższej rangi, a w konkursach zaliczanych do najważniejszego cyklu uzbierał przez kilka lat łącznie cztery punkty. Co więcej, w zimowym Pucharze Kontynentalnym też nie robił furory. Do czasu wspomnianej zimy 2017/18 ledwie trzy razy stawał na podium, ani razu nie był to jego najwyższy stopień.-  Nie powiem, czasami było ciężko, gdy na dłużej utknąłem gdzieś w 2. lidze i trudno było mieć nadzieje na szybki awans - tłumaczył w jednym z wywiadów w ubiegłym roku. - Nigdy jednak nie uważałem swojej drogi za wyboistą. Byłem szczęśliwy, że mogę uprawiać sport, który kocham. Swojej sytuacji nigdy nie traktowałem jako ciężaru, a raczej jako nieustaną możliwość doświadczania piękna skoków - dodawał. Przełomem w karierze Niemca był letni sezon 2017 roku. Wówczas zajął trzecie miejsce w klasyfikacji Letniego Pucharu Kontyntalnego, co pozwoliło mu zimą po raz pierwszy w życiu na dłużej zagościć w cyklu PŚ. Ta historia powtórzyła się rok później. - Niezwykle ważne było dla mnie to, że wywalczyłem sobie starty w Pucharze Świata przez Puchar Kontynentalny. W moim wieku była to jedyna szansa, by się tam dostać i cieszę się, że ją wykorzystałem. Wszystko zaczęło dobrze funkcjonować od pierwszego weekendu, a z biegiem czasu wyglądało to jeszcze lepiej. Gdy zacząłem uznawać lokaty w trzeciej dziesiątce za satysfakcjonujące, okazało się, że mogę uzyskiwać jeszcze lepsze wyniki - mówił w ubiegłym roku. W ostatnim czasie miał już niepodważalne miejsce w kadrze Horngachera. W grudniu był o włos od zdobycia drużynowego tytułu mistrza świata w lotach, dziś udało się zdobyć najcenniejsze trofeum.

Karl Geiger - nagroda o smaku rekordu

Geiger rozpoczął mistrzostwa od srebrnego medalu na mniejszej skoczni. W mikście było złoto. Wczoraj doskoczył do trzeciego miejsca na podium w indywidualnym konkursie na dużej skoczni, dziś zapewnił drużynie pierwsze miejsce w konkursie drużynowym. Zdobywając cztery medale podczas jednej edycji mistrzostw świata, dołączył do wąskiego grona zawodników posiadających taką właśnie liczbę krążków jednej imprezy. W 2001 roku w Lahti Martin Schmitt wywalczył indywidualnie złoto i srebro, a także złoto i brąz w drużynie. 10 lat później w Oslo Thomas Morgenstern był  pierwszy i drugi w indywidualnych zmaganiach oraz razem z ekipą Austrii najlepszy w dwóch konkursach drużynowych. W 2015 roku w Falun Norweg Rune Velta również kończył mistrzostwa z czterema krążkami - złotym i brązowym indywidualnie oraz złotym w drużynie i srebrnym w mikście. Geiger jednak przebija całą wyżej wymienioną trójkę. Otóż dodając mu dwa medale zdobyte w grudniu podczas Mistrzostw Świata w Lotach w Planicy, złoty i srebrny w drużynie ma w swoim dorobku łącznie sześć krążków wywalczonych w imprezach rangi mistrzowskiej podczas jednego sezonu. I w takim ujęciu może na długie lata okazać się niedościgniony.

Markus Eisenbichler - nagroda pocieszenia

Dwa złote medale Eisenbichlera w zawodach zespołowych, tradycyjnych i mieszanych mogą stanowić dla mistrza z Innsbrucku całkiem okazałą nagrodę pocieszenia, bowiem wiceliderowi klasyfikacji generalnej Pucharu Świata zupełnie nie udały się konkursy indywidualne w Oberstdorfie. W obu finiszował na 17 miejscu, co stanowiło rezultat znacznie poniżej oczekiwań.