Strona główna • Polskie Skoki Narciarskie

"Nie przyniosło nam to sławy" - jak Wisła sprzed ery Małysza zawaliła Puchar Kontynentalny

Nie udało się na początku stycznia, powinno udać się na koniec miesiąca. Po odwołaniu FIS Cup na Wielkiej Krokwi, w najbliższy weekend skoczkowie w zawodach tego samego cyklu mają przetestować nowy kompleks Średniej Krokwi przed mistrzostwami świata juniorów. Historia FIS-owskich zawodów cykli niższej rangi sięga w Polsce lat 80. i cyklu Pucharu Europy. Warto jednak przy tej okazji wrócić do sezonu 1996/97, kiedy to w Polsce miał zostać rozegrany eksperymentalny weekend z  Pucharem Kontynentalnym.


W sobotę 25 stycznia 1997 roku Wisła miała zadebiutować w roli gospodarza zawodów Pucharu Kontynentalnego. Obiekt w Wiśle-Malince był już wtedy w kiepskim stanie, mimo to jeszcze na tyle dobrym, by stać się areną zawodów niższej rangi. W niedzielę rywalizacja miała się przenieść z Beskidów w Tatry na Wielką Krokiew. Powiedzieć, że zmagania na wiślańskiej skoczni były zawodami kuriozalnymi to nie powiedzieć absolutnie nic. W czasie serii treningowej, po skoku 21. zawodnika delegat techniczny FIS Austriak Max Sandbichler stwierdził, że na wieży sędziowskiej nie ma komputera. Trening został przerwany, a organizatorów poinformowano, że zawody nie dojdą do skutku, jeżeli ów komputer nie znajdzie się tam, gdzie docelowo powinien się znajdować.

W tym samym czasie rozpoczęły się konsultacje z wszystkimi 16 trenerami ekip zagranicznych odnośnie widoków na dalsze przeprowadzenie konkursu w takich warunkach. Grono szkoleniowców jednogłośnie orzekło, że nie widzi przeszkód, by zawody rozegrać zgodnie z planem. W międzyczasie organizatorom udało się dostarczyć komputer pod skocznię. Kiedy sprzęt był na miejscu, poszczególne ekipy głodne rywalizacji czekały na wznowienie zawodów, a wiślańska skocznia na swój debiut w zawodach FIS Sandbichler zdecydował... o odwołaniu konkursu. Nie konsultując się zresztą z jury konkursu.

"Nie byliśmy odpowiednio przygotowani i to jest oczywiste. Organizacja nie przyniosła nam sławy, choć prawdą też jest, że delegat FIS wykazał wyjątkową niechęć i złośliwość." - relacjonował Przegląd Sportowy. W następstwie decyzji austriackiego działacza lista 77 zawodników uszczupliła się o przedstawicieli reprezentacji Austrii, Niemiec, Norwegii, Szwecji, Szwajcarii, Francji i Włoch. Gospodarze nie chcieli jednak sprawić zawodu licznie zgromadzonej wiślańskiej publiczności i naprędce przemianowali zawody na Puchar Beskidów, w którym wzięło udział 47 zawodników z Czech, Białorusi, Słowacji, ,Ukrainy, Gruzji, Rosji i Polski. Zwyciężył Czech Roman Krenek (100,5 i 109 m) przed swoim rodakiem Jaroslavem Kahankiem (99 i 105,5 m). Trzecie miejsce zajął Wojciech Skupień (95 i 105,5 m.), a tuż za podium znaleźli się Robert Mateja, Aleksandr Siniawski z Białorusi i Gruzin Kahaber Tsakadze. 

Nazajutrz, już zgodnie z planem w Zakopanem odbył się konkurs zaliczany do klasyfikacji generalnej. Wydarzeniem weekendu był start Primoza Peterki, aktualnego wtedy lidera Pucharu Świata. Słoweniec nie zdecydował się na wylot do Japonii na zawody najwyższej rangi i czas ten postanowił spędzić treningowo na drugoligowych zawodach w Polsce. Na nieobecności Peterki skorzystał między innymi Adam Małysz, który wygrał konkursy Pucharu Świata w Sapporo i Hakubie. W Wiśle i Zakopanem zabrakło też Łukasza Kruczka, który w dniu rywalizacji na Krokwi wywalczył w Korei Południowej swój pierwszy z czterech tytułów mistrza Uniwersajdy. Wspomniany Peterka był siłą rzeczy zdecydowanym faworytem zmagań na Wielkiej Krokwi, niespodziankę sprawił jednak zwycięzca z Wisły Roman Krenek, triumfując w swoich drugich w ten weekend zawodach. Odległości 120,5 i 119 m pozwoliły mu wyprzedzić Peterkę o 7,5 pkt. Trzecie miejsce zajął Niemiec Christof Duffner, a za czołową trójką uplasował się Andreas Widhoelzl. 

Krenek tamtej zimy zanotował swój jedyny dobry sezon w karierze. W styczniu zdominował cykl PK, w nagrodę został powołany do kadry na Puchar Świata w drugiej części sezonu. W Willingen zdołał nawet wskoczyć do czołowej dziesiątki. W kolejnych sezonach  zasadzie już nie istniał. Peterce japońska absencja nie wyrządziła większej krzywdy. Spokojnie do końca zimy kontrolował sytuację w klasyfikacji generalnej i pewnie sięgnął po swoją pierwszą w karierze Kryształową Kulę.