Strona główna • Historia Skoków Narciarskich

"Umierał na naszych oczach" - historia tragicznego skoku młodego Polaka

Norweska wersja Wikipedii zawiera artykuł opisujący względnie dokładnie, na tyle na ile jest to możliwe, tragiczne wypadki na skoczniach narciarskich, które zakończyły się śmiercią. Zarejestrowano na niej ponad sto takich przypadków. Niestety znajdują się tam również polskie akcenty, jakim jest choćby śmierć Mirosława Pacygi, 16-latka ze Szklarskiej Poręby, która miała miejsce w 1975 roku.


Tragiczna lista

Wikipedyczny rejestr śmiertelnych wypadków, do których doszło na skoczniach rozpoczyna się od historii dziewięcioletniego skoczka z 1888 roku, która wydarzyła się w szwedzkiej miejscowości Ottsjo. Doszło tam do sytuacji tyleż samo tragicznej, co kuriozalnej. Jeden z trenujących chłopców leżał pod progiem skoczni, a pozostali mieli za zadanie przeskakiwać nad nim. W pewnym momencie podniósł głowę, chcąc się rozejrzeć. W tym momencie po zeskoku sunął jego brat. Doszło do zderzenia nart z głową chłopaka, który zginął na miejscu. Wśród opisanych przerażających historii znajdują się przypadki skoczków zupełnie nieznanych z różnych stron świata, ale również i te, które odbiły się szerokim echem, jak śmierć Paula Ausserleitnera na skoczni w Bischofshofen, nazwanej później jego imieniem.

Według Wikipedii w 1969 roku na skoczni w niemieckiej miejscowości Zella-Mehlis podczas skoku treningowego zginął 17-latek z Zakopanego, Jan Kwak. Bliższe okoliczności tego zdarzenia nie są jednak znane. Sześć lat później do tragedii z udziałem innego młodego polskiego skoczka doszło na obiekcie w czechosłowackiej Łomnicy...

"Umierał na naszych oczach"

8 listopada 1975 roku. Co prawda zima była już za pasem, ale w Sudetach panowała typowo jesienna aura. To było to łagodne oblicze jesieni. Rano na trawie pojawiał się już szron, ale w ciągu dnia panowały dodatnie temperatury. Było wilgotno, choć nie padało. Wiatr też niespecjalnie przeszkadzał w treningu ekipie młodych skoczków Julii Szklarska Poręba, która przyjechała do Łomnicy nad Popełką na jedno z ostatnich przedsezonowych zgrupowań. Cisza i rześkie jesienne powietrze. Świetne warunki. Nic tylko skakać.

Podczas trzeciej kolejki skoków treningowych 16-letni Mirosław Pacyga stracił równowagę na rozbiegu i przewrócił się w odległości około 10 metrów od progu. Zahaczył nartą o bandę, a następnie z dużą siłą spadł na zeskok. W polskiej prasie pisano, że zmarł po przewiezieniu do szpitala, w rzeczywistości nastąpiło to jeszcze na skoczni.

- Umierał na naszych oczach - mówi nam Mirosław Graf, były skoczek, który próbował jeszcze w latach 70. skakać stylem V, a dziś burmistrz Szklarskiej Poręby, piastujący to stanowisko już drugą kadencję. - Jego życie zakończyło się jeszcze na zeskoku, choć na początku nie chcieli nam o tym powiedzieć. Pamiętam czeską karetkę, która z dużym impetem wjechała na teren skoczni i to jak ospale ją opuszczała bez świateł i sygnałów. Byliśmy wstrząśnięci. Nie tylko my. Policjant prosił nas o legitymację Mirka. Ale nie był w stanie się wysłowić i dokończyć zdania.

Nikt nie zawinił

- To był absolutny przypadek. Wypadek, w którym nikt nie zawinił - uważa Graf. - Zbieg bardzo nieszczęśliwych okoliczności. Nie można mówić, że skocznia była źle przygotowana, bo do czasu tego feralnego zdarzenia zdążyliśmy oddać już prawdopodobnie kilkadziesiąt skoków. On nie był też jakimś nowicjuszem. Skakaliśmy już wcześniej na skoczniach podobnej wielkości jak ta, której punkt konstrukcyjny wynosił około 50 metrów. Należy pamiętać, że skoki były wtedy dużo bardziej niebezpieczną dyscypliną. Na rozbiegu nie było torów, zjeżdżało się po prostu po igelicie, co dziś trudno sobie wyobrazić. I nie mieliśmy kasków, skakaliśmy w czapeczkach.

Baza wyników zawodów w skokach narciarskich Adama Kwiecińskiego wspomina o dwóch konkursach, w których udział wziął młody Pacyga. Nie był w nich skoczkiem z czołówki, ale też nie zamykał stawki zawodników, musiał więc dysponować przynajmniej przyzwoitymi umiejętnościami. W 1971 roku podczas mistrzostw Polski młodzików w Zakopanem zajął 23. miejsce w gronie 35 zawodników. Trzy lata później w Wiśle był 20. w stawce 75 skoczków. Spora część zawodników Julii Szklarska Poręba wówczas w Łomnicy oddała swoje ostatnie skoki w życiu.

Reszta miała dość

- Po tym wypadku trener zdecydował, że sekcja skoków w klubie zostaje zawieszona - wspomina obecny burmistrz Szklarskiej Poręby. - Trwało to chyba dwa miesiące. Następnie zakomunikowano nam, że kto chce dalej uprawiać skoki, ma zjawić się w konkretnym terminie na skoczni w Karpaczu. Spośród piętnastu skoczków przyjechało tylko czterech czy pięciu. Reszta miała dość. No i warunkiem wznowienia treningów było skakanie w kaskach.

- Mirek był z mojego rocznika. Razem poszliśmy do karpackiego liceum sportowego. Znaliśmy się dobrze, lubiliśmy się. To był spokojny, utalentowany chłopak, może trochę lekkoduch. Zdarzało mu się czasem czegoś zapomnieć. Nie zawsze był do treningu w stu procentach przygotowany sprzętowo - przypomina sobie Mirosław Graf, któremu jednak udało się otrząsnąć z traumatycznego przeżycia i jeszcze przez kilka lat kontynuował karierę skoczka.

Śmierć skoczka-lekarza

W ostatnich dekadach liczba tragicznych wypadków na skoczniach na szczęście mocno zmalała. W wyniku rozwoju technologii, zmian w w profilach skoczni, dyscyplina stała się dużo bezpieczniejsza. Do pewnego oczywiście stopnia, na tyle na ile sport ekstremalny można uczynić bezpiecznym. Przed niespełna dwoma laty miał miejsce ostatni jak dotąd śmiertelny upadek na skoczni narciarskiej. 

9 lipca 2020 roku w godzinach wieczornych tragiczne informacje nadeszły ze szpitala uniwersyteckiego Besancon w Doubs. Poinformowano o śmierci 40-letniego Thomasa Lacroix, który kilka dni wcześniej doznał ciężkich obrażeń po upadku na skoczni w Premanon. Bezpośrednio po niefortunnym skoku nikt nie był w stanie znaleźć przyczyn tak dramatycznego wydarzenia. Lacroix miał nadal ważną licencję skoczka narciarskiego, pomimo iż od lat nie był czynnym sportowcem, skakał w pełnym sprzęcie, a na skoczni panowały bardzo dobre warunki. Po lądowaniu upadł i stracił przytomność.

Natychmiast przetransportowano go helikopterem do szpitala, gdzie został wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej. Jego stan od początku określano jako krytyczny. Na co dzień pracował jako lekarz internista w pobliskim Les Rousses. W 2010 roku był lekarzem ekipy francuskiej podczas igrzysk olimpijskich w Vancouver.