Strona główna • Skocznie Narciarskie

Z wizytą w Tumlinie, czyli o największej polskiej skoczni na północ od Karpat i Sudetów

Żadna polska skocznia położona na północ od Karpat i Sudetów nie dawała takich możliwości skaczącym narciarzom jak ta na Górze Łajscowej w podkieleckiej wiosce Tumlin. Już w latach 50. latano tam pod sześćdziesiąty metr. By zobrazować wielkość tego obiektu w odniesieniu do realiów, w których funkcjonował, wypada nadmienić, że w tym samym czasie rekord królewskiej, olimpijskiej skoczni w Holmenkollen wynosił 70 metrów. W kolebce światowych skoków nie skakano zatem o wiele dalej niż w wiosce położonej w Górach Świętokrzyskich, którą niedawno przyszło nam odwiedzić.


Kołdry na skoczni

Jedyny ślad sportowej aktywności, jaki dziś można dostrzec w okolicy dawnych tumlińskich skoczni to motocrossowcy, którzy brawurowo przemierzają tamtejsze wzniesienia. Zimą na Górze Wykieńskiej (zwanej wcześniej Łajscową) funkcjonuje stok narciarski o długości 500 metrów, szerokości 43 metrów i różnicy poziomów 75-95 metrów, który trzeba pokonać, chcąc dotrzeć do pozostałości większej ze skoczni. Tumlin i narty nierozerwalnie wiążą się ze sobą od wielu dekad. Ponad 70 lat liczy sobie miejscowy klub Skała Tumlin, którego największą chlubą byli niegdyś sportowcy na dwóch deskach. Jeden z przedstawicieli tumlińskiego teamu wywalczył nawet mistrzostwo Polski juniorów w biegach narciarskich, dwaj inni trafili do narodowej kadry młodzieżowej. W skokach, które są dużo trudniejszą technicznie dyscypliną takich sukcesów tumlinianie nie odnosili, co nie znaczy, że skakanie na nartach nie cieszyło się tam popularnością. 

- W dawnych czasach, gdy była bieda i śnieg po pas dzieci z chęcią szły na zajęcia z narciarstwa, nikt nie narzekał, jak teraz - opowiadał portalowi Echo Dnia Mariusz Zapała, związany od wielu lat z tamtejszym środowiskiem narciarskim. - Biegi narciarskie i skoki były istotą tego klubu. Kiedyś w Tumlinie była skocznia, na której skakał Wojtek Fortuna. Dzieci też tak chciały. Po wsi chodzą do tej pory opowieści, że rodzice rozkładali kołdry na skoczni, aby pociechom nic się nie stało.

Rekord Wieczorka

Pierwsza tumlińska skocznia narciarska o punkcie K-25 posiadająca sztuczne oświetlenie stanęła w 1952 roku na Górze Grodowej. W inauguracyjnych zawodach triumfował Zbigniew Kozerski, który uzyskał 18 metrów w swoim zwycięskim skoku. Rekord obiektu należał do Jana Starzyńskiego, wynosił 32 metry. Rozmiary skoczni nie zaspokajały jednak potrzeb coraz bardziej rozochoconej lokalnej młodzieży. Już rok później rozpoczęto budowę drugiej, większej skoczni, a na miejsce jej lokalizacji wybrano Górę Łajscową. Było to olbrzymie przedsięwzięcie, budowa pochłonęła 270 981 ówczesnych złotych. Obiekt powstawał przez trzy lata. Był bardzo nowoczesny jak na tamte czasy, przyjeżdżali tu na treningi i zawody skoczkowie z Podhala i Beskidów. Na jego otwarcie 11 marca 1956 roku przybyli niemal wszyscy mieszkańcy Tumlina i okolic. Oszacowano, że skoczków dopingował 2,5-tysięczny tłum. Inauguracyjne zawody wygrał rekordzista mniejszej skoczni Jan Starzyński, latając pod pięćdziesiąty metr. Był reprezentantem Budowlanych Kielce, miał jednak swego rodzaju handicap w stosunku do kolegów z regionu Gór Świętokrzyskich, pochodził bowiem z Zakopanego. 

"Na dużo wyższym poziomie stał konkurs rozegrany w ramach „turnieju dwóch skoczni" w Tumlinie 7 lutego 1960 r." - pisał Janusz Kędracki na łamach Gazety Wyborczej" w cyklu 'Odkrywamy Świętokrzyskie'. "Wygrał olimpijczyk i dwukrotny mistrz Polski Antoni Wieczorek z LKS Szczyrk, skacząc 51,5 i 53 m. Kolejnych pięć miejsc zajęli także skoczkowie ze Szczyrku. Walkę z nimi usiłował nawiązać kielczanin Starzyński. Nie był bez szans, ponieważ w pierwszej próbie skoczył 51,5 m. Niestety, podczas lądowania pękła mu narta i musiał wycofać się z rywalizacji. Już po zakończeniu konkursu Wieczorek oddał jeszcze kilka skoków. Zawodnik ten, który 12 lat wcześniej jako pierwszy Polak skoczył 100 m na skoczni w Planicy, w Tumlinie poszybował na odległość 56 m."

Tyle wynosił oficjalny rekord skoczni, jednak, gdy stojąc na progu, spojrzy się w dół naprawdę monumentalnie prezentującej się skoczni, nietrudno odnieść wrażenia, że ten ówczesny "gigant" pozwalał na osiąganie jeszcze bardziej okazałych odległości. I rzeczywiście tak miało być. Kędracki pisze, że od dawnych działaczy słyszał, iż miejscowi na treningach dolatywali niemal do sześćdziesiątego metra. Nikt tego jednak nie udokumentował. Niemniej na żadnej innej polskiej skoczni położonej poza południem kraju nie osiągano takich odległości.

Fortuna nie mógł ustać

Dużo bardziej znana skocznia Pierścienica w pobliskich Kielcach pozwalała na skoki do 45 metra. Najdłuższy skok na jeszcze popularniejszej "Skarpie" w Warszawie miał wynieść 48 metrów. Jak informuje portal Urzędu Gminy Miedziana Góra, zawody na wszystkich trzech wymienionych wyżej skoczniach składały się na nizinny Turniej Trzech Skoczni, który odbywał się do początku lat 60. O tej porze roku trudno jednak uchwycić na fotografii dawny obiekt sportowy w ten sposób, by wyeksponować jego faktyczne rozmiary. Miejsce to, a zwłaszcza zeskok, znajdujące się w gęstym lesie znalazło się we władaniu i szponach natury. 

Dość osobliwe wspomnienia przywiózł z Tumlina mistrz olimpijski z Sapporo, Wojciech Fortuna. -  Byłem tam dwa razy, chyba rok przed Sapporo i rok po igrzyskach w 1972 roku. Fajna skocznia tu była, ale nie mogłem ustać skoku. Ciężko było mi tak trafić, żeby skoczyć w dolinkę i ustać. Ale zawsze fajnie się kończyły te imprezy, był bankiecik. Za drugim razem nie chciałem już jechać, bo i tak podejrzewałem, że się przewrócę, ale powiedzieli: jedź, bo jest motocykl SHL za zwycięstwo. Przyjechałem, ale motocykla nie było. Pamiętam Józek Zubek, który był dwuboistą, ładnie skoczył i ustał - opowiadał Wojciech Fortuna portalowi Sportowy24.pl.

Warto dodać, że na skoczni niemal zawsze panowały sprzyjające warunki atmosferyczne, śnieg leżał tu bardzo długo, gdyż skocznia znajduje się na północnym stoku góry. Większa z tumlińskich skoczni uległa jednak z czasem zupełnej dewastacji. W latach 80 zawaliła się drewniana wieża sędziowska i część najazdu tej w dużej mierze naturalnej skoczni. Ostatnie oficjalne zawody w Tumlinie odbyły się na mniejszej ze skoczni w połowie lat 80-tych. Rozpadła się następnie sekcja narciarska klubu LZS Skała Tumlin i od tamtego czasu również i ten obiekt stopniowo popadał w ruinę. Po sukcesach Adam Małysza grupa zapalonych amatorów odbudowała arenę i rozpoczęła regularne skakanie. Inicjatorem reaktywacji skoków w Tumlinie był Marcin Dziwon, który z własnej kieszeni sfinansował część przedsięwzięcia i razem z kolegami zabrał się do odbudowy obiektu. Należało wyciąć krzaki na zeskoku, pokryć najazd deskami, wyremontować próg. To były jednak tylko doraźne działania. Dziś skocznia znów jest ruiną.

Stok narciarski znajdujący się nieopodal większej skoczni

 

Najazd większej skoczni

 

Kamienny próg skoczni na Górze Łajscowej

Szkielet konstrukcji najazdu skoczni na Górze Grodowej

 

Kamienny próg skoczni na Górze Grodowej

Widok na zeskok skoczni na Górze Grodowej