Strona główna • Polskie Skoki Narciarskie

"Idzie ku dobremu" - Dawid Kubacki wraca na skocznię!

- To niczym jazda na rowerze. Tego się nie zapomina. Człowiek wie, co ma robić, kiedy zakłada kask, kombinezon i narty na nogi - powiedział Dawid Kubackim przed kamerą Skijumping.pl w przededniu powrotu na rozbieg. W najbliższych dniach 33-latek odda pierwsze skoki treningowe od marca, kiedy z powodu problemów zdrowotnych żony postanowił przedwcześnie zakończyć starty w Pucharze Świata.


- Powoli się ogarniamy. To na pewno nie jest proste po tym wszystkim, co nas spotkało, ale idzie ku dobremu. Powoli wracamy do normalności, choć na pewno nie w stu procentach. Małymi kroczkami do niej wrócimy. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że normalnie wznowiłem treningi i mogę przygotowywać się do kolejnego sezonu - mówi nam Dawid Kubacki o swojej aktualnej sytuacji.

Przypomnijmy, iż 19 marca Marta Kubacka trafiła do szpitala z powodu poważnych problemów kardiologicznych. Niespełna miesiąc później rodzina Kubackich w komplecie zameldowała się w domu. - Lekarze wykonali kawał solidnej roboty, był to cud dokonany ich rękoma. Dzięki temu możemy mierzyć się z troszkę innymi problemami, ale je mamy i możemy nad nimi pracować. Wszyscy jesteśmy w domu, mamy drobne problemy, ale to są drobnostki, patrząc wstecz. Mam na myśli rehabilitację Marty, czasami potrzebujemy trochę pomocy, a ja niekiedy będę potrzebował wyrwać się wcześniej z obozu treningowego, ponieważ będę potrzebny w domu. To przy tym wszystkim jednak niewielkie rzeczy. Cieszę się, że mogłem wrócić do trenowania i tak szybko to zaczęło wracać na normalne tory. Była obawa i świadomość tego, że na przykład do września nie będę mógł wznowić pełnych treningów. Wszystko się fajnie rozwija, więc mogę chodzić na treningi i jeździć z grupą na obozy i ćwiczyć! - zaznacza reprezentant Polski.

- Największe podziękowania chciałbym skierować w stronę naszych rodzin. Przez ten czas, kiedy byłem z Martą w szpitalu, a mieszkałem tam przez prawie miesiąc, to najbliżsi zajęli się córkami. Dzieciaki miały co robić i dzięki temu nie miały możliwości za bardzo myśleć o tej sytuacji, szczególnie starsza córka - kontynuuje.

Młodsza z córek Marty i Dawida Kubackiego przyszła na świat w styczniu bieżącego roku, podczas 71. Turnieju Czterech Skoczni. - Po powrocie do domu musiałem poświęcać trochę więcej uwagi dzieciom, mam na myśli codzienne czynności. Ale to nie jest tak, że wcześniej tego nie robiłem i musiałem się uczyć. Po prostu było tego więcej. Zwłaszcza na pierwszym etapie większość czynności to ja musiałem wykonywać, ale przychodziło mi to naturalnie. Nie było z tym problemów. Różnica była taka, że w nocy częściej trzeba było wstawać, by przebrać pieluchę. Jakoś tego bardzo nie odczułem - opowiada skoczek.

Dawid Kubacki dowiedział się o problemach żony przed finałowym dniem Raw Air 2023, kiedy światowa elita mierzyła się w Vikersund. - Sytuacja była bardzo poważna. Na początku trenerzy pytali się, jak to zorganizować? Czy może wezmę udział w tym ostatnim konkursie Raw Air? Wiem jednak, że nie byłbym w stanie w nim skoczyć. To były takie emocje i powaga sytuacji, że niczego bym nie zrobił, gdybym pojechał na skocznię. Nie wiem, czy dla własnego bezpieczeństwa nie zszedłbym z belki, bo z tak rozwaloną głową mógłbym sobie nie poradzić na skoczni. Umiem to robić i wiem, co mam robić, ale to nie był ten poziom skupienia - wspomina.

- Zdecydowałem, że wracam do domu, jak najszybciej się da. Nie udało się jednak wrócić tak szybko, jak bym chciał. Na samolot, który miał być około 13:00, nie zdążyłbym dojechać na lotnisko. Musiałem poczekać na kolejny, który był pod wieczór. W trakcie trwania konkursu nadal byłem w Norwegii i zerkałem na niego w telewizji, by choć na chwilę spróbować zająć głowę czymś innym. Kursowałem w hotelu ze stołówki do pokoju po kawę i sam nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić... - wraca myślami.

- To taka sytuacja życiowa, na którą nikt nie jest i chyba nie może być przygotowany. Wydaje mi się, że każdy postąpiłby w ten sam sposób, kiedy dzieje się tragedia w rodzinie. Wiem, że na miejscu nie byłbym w stanie pomóc, ponieważ to praca lekarzy, którym mogę co najwyżej przeszkadzać, ale w takiej sytuacji człowiek chce być z bliskimi i zaopiekować się dziećmi. Chce się zrobić cokolwiek - uzupełnia.

Kubacki nie wznowił zimowych startów, odpuszczając także zawody w Lahti oraz Planicy. - Na drugi dzień wiedziałem, że dla mnie oznacza to koniec sezonu. To było dla mnie oczywiste. Rozmawiałem z lekarzami i powiedzieli, że w szpitalu spędzimy miesiące, a nie dni. Teraz zajmujemy się tym, co jest ważne, a czy w przyszłym sezonie będę mógł wrócić do skakania? Chęci i zapału mi nie brakuje. Czas pokaże, jakie będą możliwości, ale cieszę się, że jak na razie one są - podkreśla.

- W tym okresie wiele razy płakałem, ale szczególnie te obrazki z Planicy wryły mi się w głowę. Nie tylko mi, bo oglądaliśmy ten konkurs wspólnie z żoną. To były mocne przeżycia, które szarpnęły człowiekiem... Kamil Stoch przekazał mi informację, że Sandro Pertile miał pomysł, by w obliczu zaistniałej sytuacji odwołać tę imprezę w Planicy. W tamtym momencie sytuacja zaczynała się stabilizować i obrała dobry kurs. Nie widziałem powodu, by odwołać tę imprezę. Wszyscy by mnie zjedli następnym razem na skoczni, gdybym teraz stwierdził, że nikt nie może się bawić, skoro ja nie mogę <śmiech>... Uznałem, że najlepszym rozwiązaniem będzie odgórny przykaz, że na tej imprezie wszyscy mają przechylać szklankę za zdrowie Marty <śmiech>... Była wtedy wybudzona i odłączona od większości maszyn podtrzymujących życie. To były duże kroki naprzód i czas na to, by ucieszyć się z postępu - mówi indywidualny medalista olimpijski z Pekinu.

- Finalnie wyszliśmy ze szpitala po niecałym miesiącu, to bardzo szybko. Parametry serca żony wracały do normy bardzo szybko. Było bardzo źle, jeżeli nie tragicznie, kiedy trafiła do szpitala. Dużo było szukania rozwiązania, w którą stronę iść w takiej sytuacji, ale może dobre jest to, że uprawiała kiedyś sport i ma żyłkę sportowca. Serce zaczęło bardzo szybko wracać do właściwych parametrów. To wręcz cud. Potem zapadła decyzja o wszczepieniu rozrusznika, więc jeszcze chwilę musieliśmy zostać w szpitalu. Kiedy ostatnie rurki i monitory mogły być odłączane, wówczas był to dla nas sygnał, że wkrótce wrócimy do domu - słuchamy mistrza świata z Seefeld.

Kubacki od początku okresu przygotowawczego trenuje z resztą kadry Thomasa Thurnbichlera. Na początek nasz zespół udał się na lekkoatletyczne zgrupowanie do Spały. - Jechałem na nie z uśmiechem, ale już z takim nie wracałem <śmiech>... Dali nam tam w kość i wszystko bolało, ale potrzebowałem tego. Pod koniec kwietnia zaczęliśmy treningi na miejscu i od początku czułem, że wracam do normalności, którą znam. W danym tygodniu kilka razy trzeba wybrać się na trening i człowiek czuje się dziwnie, kiedy tego nie ma. W momencie rozpoczęcia przygotowań, mając możliwość zmęczenia się fizycznie, a nie psychicznie, do czego moje ciało jest przyzwyczajenia, czuć ładowanie bateryjek - uważa.

Na początku maja Biało-Czerwoni polecieli do Szwecji, by popracować nad fazą lotu w przystosowanym do tego miejscu w Sztokholmie. - Tunel aerodynamiczny to bardzo fajne narzędzie do naszej pracy. W zeszłym roku bardzo dużo z niego wyniosłem, skorzystałem na ćwiczeniach i analizach. W tym roku podszedłem do tego bardzo podobnie. Udało się przetestować kilka rozwiązań, latając w tunelu z nartami i bez nart. Narty na nogach już miałem, a niedługo zaczynamy typowe przygotowania z treningami na skoczni. Znowu będę mógł usiąść na belce. Nie tylko usiąść, ale i puścić się z niej! - raduje się Kubacki.

- Pierwsze skoki pokażą, czy jeszcze pamiętam, jak to się robi <śmiech>... W sumie minęło już trochę czasu, ale myślę, że dla nas to niczym jazda na rowerze. Tego się nie zapomina. Człowiek wie, co ma robić, kiedy zakłada kask, kombinezon i narty na nogi - zapewnia.

Pierwszą okazją do sprawdzenia się będą Igrzyska Europejskie Kraków-Małopolska, w których skoczkowie wezmą udział na przełomie czerwca i lipca. - Sytuacja rzeczywiście będzie nietypowa, ale zawsze musimy się do takich dostosowywać. To będzie dla nas ciekawe doświadczenie. Po kilku treningach na skoczni i długiej przerwie przystąpimy do pierwszych zawodów. Będzie ciekawie, ale w stu procentach damy sobie radę - zapowiada Kubacki.

- Plan A zakłada normalny trening z resztą grupy. Głównie przy nim zostaniemy, z drobnymi modyfikacjami. Zdaję sobie sprawę z tego, że będą momenty, kiedy będę musiał być w domu. Jeżeli kadra będzie na zagranicznym zgrupowaniu, a ja będę musiał zostać w kraju, wówczas będę skakał w Zakopanem, pod okiem trenerów bazowych. Treningi siłowe czy inne? Także mogę zrealizować je ze szkoleniowcami bazowymi, a część luźniejszych mogę wykonać w domu. Na tym będzie polegała elastyczność w moim kontekście. Mam nadzieję, że w przypadku startów nie będzie przeciwwskazań. Zdaję sobie sprawę, że może wyniknąć taka sytuacja. Coś wypadnie i nagle się okaże, że nie będę mógł pojechać na zawody, ale jestem dobrej myśli, że takich sytuacji będzie bardzo mało lub w ogóle, a wszystko się unormuje - kończy.

Z Dawidem Kubackim rozmawiał Dominik Formela