Strona główna • Historia Skoków Narciarskich

12. i 13. TCS - dwie wielkie szanse Józefa Przybyły i dwa upadki w Bischofshofen

Jeszcze o Turnieju Czterech Skoczni w ujęciu historycznym. Pierwsza część tej historii jest raczej dobrze znana zaawansowanym kibicom skoków. Nie wszyscy jednak wiedzą, że Józef Przybyła nieszczęście na samym finiszu 12. Turnieju Czterech Skoczni, w którym znajdował się o krok od zwycięstwa, mógł sobie powetować już rok później. Na przeszkodzie znów stanął jednak upadek w Bischofshofen.


Polnische Rekord Jaeger

"Beskidzki Jastrząb" z Buczkowic, Józef Przybyła na 12. TCS w 1963 roku jechał jako młody, niedoświadczony skoczek. Jednak już w treningach przed konkursem w Oberstdorfie postraszył rywali oddając bardzo dalekie skoki, a w samych zawodach znalazł się na szóstym miejscu. W swych próbach uzyskał 72 i 74 metry i gdyby brać pod uwagę tylko uzyskane przez skoczków odległości zająłby trzecie miejsce, jednak jego skoki zostały nisko ocenione przez sędziów. W Garmisch Polak zajął trzecie miejsce, choć łączną długość skoków miał taką samą jak zwycięzca, Fin Kankkonen. Polak niewątpliwie był w gazie. W Innsbrucku także zajął trzecie miejsce, ustanawiając nowy rekord skoczni – 95,5 m. Problemem Przybyły nadal były niskie noty sędziowskie, bo i tym razem łączną długość skoków miał taką jak triumfator, którym znów był latający pięknie i daleko Kankkonen.

Po trzech konkursach Polak zajmował drugie miejsce. Do prowadzącego w klasyfikacji Fina brakowało mu zaledwie 1,5 punktu, Kankkonenowi bowiem nie wyszedł pierwszy konkurs, gdzie za sprawą upadku znalazł się na 26 miejscu. Zanosiło się na sensację. W Bishofshofen w pierwszej serii Przybyła uzyskał 100 metrów i objął prowadzenie w Turnieju. Na zeskoku otrzymał specjalną odznakę "stumetrowca", gdyż jako pierwszy na tej skoczni osiągnął tę odległość. Niestety drugi skok Przybyły zakończył się upadkiem. Polak najechał na kamień na zeskoku, skutkiem czego sędziowie odjęli mu 30 punktów. Skoczek z Beskidów zajął w konkursie 41, a w klasyfikacji całej imprezy i tak świetne, siódme miejsce. Gdyby ustał skok na 90 metrów w drugiej serii znalazłby się na podium TCS, może nawet na jego najwyższym stopniu. Niemniej jednak wyczyny polskiego skoczka zrobiły duże wrażenie na niemieckich i austriackich mediach, które ochrzciły Przybyłę mianem "Polnische Rekord Jaeger" (polski łowca rekordów). 

Nieudany rewanż

Minął rok i Przybyła pojechał na swój drugi Turniej. Na starcie ze względów zdrowotnych zabrakło dwóch podiumowiczów poprzedniej edycji. Veikko Kankkonen zachorował na żółtaczkę, a Austriak Baldur Preiml doznał kontuzji po poważnym upadku. Konkurs w Oberstdorfie wygrał Torgeir Brandtzaeg, późniejszy zwycięzca całego cyklu, co było o tyle niezwykłe, że Norwegowie dotarli na miejsce zawodów dopiero wieczorem poprzedniego dnia, czyli 26 grudnia. W wigilię i pierwsze święto Bożego Narodzenia nie kursowały bowiem żadne samoloty ze Skandynawii do Europy Środkowej. Drugie miejsce zajął Piotr Kowalenko z ZSRR, a na trzeciej pozycji niespodziewanie uplasował się Amerykanin Dave Hicks, dla którego był to największy sukces w karierze.  Zawody w Ga-Pa wygrał Fin Erkki Pukka przed dwoma zawodnikami z Zachodnich Niemiec, Heinim Ihle i Helmutem Kurzem. Co z Józefem Przybyłą? W niemieckiej części imprezy skakał przeciętnie, zajmując 11. i 15. miejsce. Jednak za sprawą licznych przetasowań w czołówce na półmetku zmagań zajmował wysokie piąte miejsce, co wydawało się być dobrym punktem wyjścia przed drugą częścią Turnieju, a na austriackich skoczniach czuł się jak ryba w wodzie.

Potwierdził to w Innsbrucku, gdzie zajął trzecie miejsce, notując najdłuższą łączną odległość w dwóch skokach. Lepiej stylowo skakali jednak Norwegowie, Brandtzaeg i Bjoern Wirkola, którzy zajęli dwa pierwsze miejsca. Przybyła po tym konkursie awansował, podobnie jak rok wcześniej, na drugie miejsce łącznej klasyfikacji i do końcowej rywalizacji przystępował jako wicelider całego cyklu. Triumf był poza jego zasięgiem, bo do Brandtzaega tracił blisko 50 punktów, ale podium wydawało się całkiem realne. Przyszedł jednak konkurs w Bischofshofen i wróciły demony sprzed roku. Niezły skok na 98,5 m w pierwszej serii zakończył upadkiem. W drugiej próbie podłamany i poobijany Polak uzyskał 95 metrów i dało mu to 22 miejsce w konkursie i piąte w całym cyklu. Na dodatek stracił swój ubiegłoroczny rekord skoczni, gdy najpierw zwycięzca zwodów, Bjoern Wirkola uzyskał 103 metry, a potem drugi w konkursie Czechosłowak Dalibor Motejlek aż 104,5.

Kolejność na podium turnieju wyglądała następująco: 1. Brandtzaeg, 2. Wirkola, 3. Motejlek. Za sprawą kapitalnych skoków Norwega i Czechosłowaka, mogło być tak, że nawet ustany pierwszy skok Przybyły nie dałby mu w takim układzie podium cyklu, z drugiej strony Polak, będąc do końca w grze o "pudło", na pewno nie skoczyłby w drugiej serii na "pół gwizdka", a walczył o jak najdłuższą odległość. Przybyła zanotował jeszcze jeden udany TCS. Sześciokrotny mistrz Polski w sezonie 1966/67 zajął dziewiątą pozycję. Ogólnie jednak można powiedzieć, że był skoczkiem niewykorzystanych szans. Sprzed nosa uciekły mu nie tylko dwa podia Turnieju Czterech Skoczni, ale i medal mistrzostw świata. Po pierwszej serii zmagań na mniejszej skoczni w Oslo w 1966 roku zajmował trzecie miejsce, jednak słaby drugi skok zepchnął go na 13. pozycję.

Przybyła zakończył karierę w 1972 roku po upadku na skoczni, wskutek którego mógł nawet stracić wzrok. Zmarł w 2009 roku w wieku 64 lat na chorobę nowotworową.

Opracowano na podstawie:

Wojciech Szatkowski, "Od Marusarza do Małysza"

Wyniki-skoki.hostingasp.pl

Gazeta Krakowska

De.wikipedia.org