„Chcemy wychować kolejne pokolenia skoczków”. Rusza projekt skoczni K-60 w Strachocinie
– Na Podkarpaciu zawsze był ten problem, że skoczkowie mieli ograniczone możliwości. Mieliśmy utalentowanych zawodników, ale tutaj rozwój kończy się na skoczni K-40 – mówi nam Adrian Cecuła, przedstawiciel STS „Strachoczanka”. Pasjonaci ze Strachociny, znani z budowy amatorskiego obiektu K-30, stawiają sobie nowe wyzwanie: stworzenie skoczni K-60, największej w regionie.
Strachocina od kilku lat jest na ustach fanów skoków narciarskich. To właśnie tam powstała amatorska skocznia K-30, zbudowana własnymi siłami przez grupę pasjonatów. Początkowo projekt miał charakter czysto hobbystyczny, jednak szybko przerodził się w coś znacznie większego. Dzięki pracy społecznej i wsparciu lokalnych mieszkańców udało się stworzyć obiekt z prawdziwego zdarzenia – z bandami, torami najazdowymi i igelitem, który pozwolił oddawać skoki także latem.
Teraz twórcy „Strachoczanki” idą o krok dalej. Na oficjalnym profilu stowarzyszenia w mediach społecznościowych pojawiła się informacja o zakupie działki pod budowę nowego obiektu. Skocznia o punkcie konstrukcyjnym K-60 byłaby największym narciarskim obiektem na Podkarpaciu.
– Naszym marzeniem jest, żeby powstał u nas kompleks z prawdziwego zdarzenia. Żebyśmy byli miejscem, w którym rozwijają się skoki na Podkarpaciu, bo takiego niestety brakuje. Przekonaliśmy się, że w Zagórzu nie ma szans na wybudowanie większej skoczni, więc uznaliśmy, że weźmiemy sprawy w swoje ręce – mówi w rozmowie z naszym portalem Adrian Cecuła. – Będziemy działać z planami budowy większego obiektu. Na razie przygotowujemy grunt pod sam projekt, więc przed nami jeszcze długa droga. Myślę jednak, że osiągniemy w końcu nasz cel, bo determinacja jest bardzo duża – dodaje przedstawiciel Strachockiego Towarzystwa Sportowego „Strachoczanka”.
Inicjatorzy budowy nowego obiektu w Strachocinie nie określają ścisłych ram czasowych. Ich projekt, napędzany pasją do skoków i chęcią rozwoju Podkarpacia, pozostaje na razie w pełni oddolną inicjatywą.
– Nie nakładamy na siebie żadnej presji. Tak naprawdę nic nie musimy. Działamy, bo chcemy działać i chcemy rozwijać skoki w tym regionie – zaznacza Cecuła. – Myślę, że cały ten proces potrwa 4–5 lat. Jeśli zainteresuje się tym jakiś lokalny samorząd, który będzie chciał to zrealizować w ramach projektu, czas realizacji może być krótszy. Ale nie ma co zakładać, że to się zdarzy. Na razie działamy na własną rękę, bo nie widać większego zainteresowania ze strony lokalnych władz.
Mimo że przed członkami „Strachoczanki” wciąż długa droga, w ich głosie nie słychać zwątpienia. Z pasji i uporu, które kilka lat temu pozwoliły im zbudować K-30, wyrósł plan na coś znacznie większego. Teraz chcą, by Strachocina stała się miejscem, gdzie młodzi skoczkowie będą mogli stawiać kolejne kroki w swojej sportowej przygodzie.
– Kluczowym punktem jest to, by uzyskać tutaj homologację, to jest warunek konieczny. Oczywiście, bez homologacji można na obiekcie trenować, ale treningi to nie wszystko. Zależy nam na tym, by promować to miejsce. Nasz cel to – na razie mówiąc oczywiście hipotetycznie – sprowadzać tu na treningi skoczków z innych regionów, a nawet z Czech czy ze Słowacji, którzy często jeżdżą do Szczyrku – opowiada o planach STS-u Cecuła.
– Chcemy wychować kolejne pokolenia skoczków – podkreśla. – Na Podkarpaciu zawsze był ten problem, że skoczkowie mieli ograniczone możliwości. Mieliśmy utalentowanych zawodników, ale tutaj rozwój kończy się na skoczni K-40. Jeśli skoczek chce się rozwijać, musi przechodzić na coraz większe obiekty. Tutaj to ograniczone, bo trzeba dojeżdżać na treningi w Beskidy, a to jednak sporo kilometrów. Ta skocznia jest niezbędna, by Podkarpacie mogło wypłynąć na szersze wody – skwitował.