Strona główna • Puchar Świata

Kulisy awarii windy w Innsbrucku. Granerud wściekły

Podczas niedzielnych zmagań w Innsbrucku doszło do wydarzenia, które wzbudziło ogromne kontrowersje. Chodzi o awarię windy skośnej, która miała miejsce w trakcie konkursu na Bergisel. Wskutek tego spora grupa skoczków była w niej uwięziona na ponad pół godziny.

Wściekłości nie krył Halvor Egner Granerud, który po słabszym skoku w pierwszej serii nie awansował do finałowej serii. Jak ujawnił w rozmowie z NRK, po serii próbnej został uwięziony w windzie - w butach skokowych, z pełnym sprzętem, bez dostępu do swojego zwykłego obuwia.

- Dawno nie czułem się tak źle fizycznie. Stałem przez około 30-35 minut w nieruchomej windzie w butach skokowych, bo organizatorzy zgubili torbę z moimi normalnymi butami. Stanie w butach skokowych, bez możliwości rozluźnienia mięśni, miało na mnie bardzo negatywny wpływ - mówił wyraźnie poirytowany.

Norweg podkreślał, że po opuszczeniu windy on i inni zawodnicy stracili realną szansę na pełne przygotowanie się do pierwszej serii konkursowej. Kristoffer Eriksen Sundal, najlepszy z podopiecznych trenera Rune Velty po pierwszej rundzie, przyznał, że uniknął problemów z windą. Zauważył jednak, że Granerud nie był zadowolony.

- Był strasznie wkurzony - powiedział Sundal dla NRK dodając, że on także musiał czekać na swój sprzęt.

Do całej sytuacji odniósł się również Maciej Kot, który znalazł się wśród skoczków dotkniętych zamieszaniem logistycznym. Polski zawodnik szczegółowo opisał, jak wyglądała organizacja transportu na górę skoczni i dlaczego awaria windy była tak problematyczna w kontekście przygotowań do startu.

- Byłem w tej windzie ja, Kacper Tomasiak, Halvor i z tego, co kojarzę, jeszcze Władimir Zografski oraz kilka innych osób. Wyruszyliśmy z dolnej stacji. Po około 50 metrach winda nagle stanęła, więc było czuć, że to jest jakiś nagły przypadek. Nie zwolniła, tylko od razu szarpnęła tak, że wszyscy na siebie powpadaliśmy. Stoimy tak 10 minut. 15, 20... Szczęście w nieszczęściu - okazało się, że w tej windzie jedzie z nami ktoś z obsługi. Ta osoba zaczęła gdzieś dzwonić, ale po upływie pół godziny, kiedy ta winda nie ruszyła, ten pan wyjął jakiś specjalny klucz, otworzył klapę w podłodze i po prostu przez tę dziurę w podłodze wyszedł na tory pod windą. Przeszedł przez płot, minęło kolejne 10 minut i nagle ta winda zaczęła zjeżdżać, chyba w trybie manualnym. Po prostu, jakby spadaliśmy o dwa metry w dół i ona się znowu nagle zatrzymywała. To nie było zbyt komfortowe - przyznał Kot w wypowiedzi dla Skijumping.pl, potwierdzając, że nie była to dogodna sytuacja dla nikogo.

- Myślę, że spędziliśmy tam z 30, może nawet 40 minut... Wiadomo, stojąc ze sprzętem - bo tam nie ma miejsc siedzących. Było bardzo dużo osób - odnosiliśmy wrażenie, że powietrze tam jest naprawdę gęste. Winda zaparowana... Ja, stojąc przy oknie, po prostu napisałem „HELP” z wykrzyknikiem, by ktoś nam pomógł. Do tego, Halvor - jak sam powiedział - zapomniał swoich butów na przebranie. Niby przerwa przed pierwszą serią wydawała się długa, a każdy, wiadomo - miał w planie coś zjeść, chwilę odpocząć, zrobić rozgrzewkę, analizę i iść na górę. My zastanawialiśmy się, czy w ogóle zdążymy wyjechać, by wystartować. I z tym trybem awaryjnym przez kolejne pięć minut "sturlaliśmy się" na dół. Pozostał jednak jeszcze ostatni problem - otworzyć drzwi. Najpierw otworzono te zewnętrzne, potem pięć minut szarpali się z tymi wewnętrznymi, no i w końcu udało się je otworzyć. Pobiegliśmy szybko do busa, który wywiózł nas na górę i to już był to czas, kiedy powinniśmy się ubierać i wychodzić na swój skok w zawodach. Niekomfortowa sytuacja. Potem winda zepsuła się drugi raz - chyba po pierwszej serii, bo też wyjeżdżałem busem na górę, dlatego że znów nie zjechała - powiedział 34-latek.

Rzecznik prasowy Turnieju Czterech Skoczni, Ingo Jensen, starał się wyjaśnić sytuację.

- Niestety, winda utknęła z kilkoma sportowcami. Byli tam między innymi Granerud i Philipp Raimund. Nie wiem dlaczego, ale widziałem, że stała nieruchomo przez długi czas. Możemy po prostu przeprosić. Nie chcieliśmy, by tak się stało - powiedział na antenie norweskiej telewizji NRK.

Kot podkreślił, że problemy organizacyjne nie mogą być jedynym wytłumaczeniem słabszego występu, nawet jeśli faktycznie wpłynęły na komfort przygotowań.

- Ja na pewno nie zwalam na to winy, bo mój rywal z pary, czyli Kacper Tomasiak, był również ze mną w tej windzie. Paru innym skoczkom też to nie przeszkodziło. Rozumiem rozgoryczenie Halvora, bo po pierwsze - nie miał butów na przebranie i długo stał w obuwiu skokowym. Pewnie to go jakoś wybiło z rytmu. Natomiast, wiadomo, to jest prawda stara jak świat - jeśli ktoś jest w super formie i skacze dobrze, to nawet zepsuta winda mu nie przeszkadza - przyznał Polak.

To nie pierwszy przypadek technicznej usterki podczas tegorocznej edycji TCS. Już wcześniej w Garmisch-Partenkirchen doszło do awarii windy, co spowodowało opóźnienie drugiej serii konkursowej i wzbudziło irytację wśród zawodników oraz sztabów szkoleniowych.

- Podobnie było właśnie w Garmisch-Partenkirchen, gdzie też winda uległa awarii. W Innsbrucku rok czy dwa lata temu również zdarzyła się sytuacja, że winda się zepsuła, więc to nie są pojedyncze przypadki. Chciałoby się, by organizacja i to wszystko dookoła szło za marką, jaką ten Turniej Czterech Skoczni jest - mówił zakopiańczyk.

Halvor Egner Granerud podsumował problemy organizacyjne w trakcie zawodów w Innsbrucku w mocnych słowach.

- Mam już cholernie dość tego miejsca. Zastanawiam się, czy w przyszłym roku, jeśli nie będę walczyć o zwycięstwo w Turnieju, nie skorzystam z okazji, żeby trochę odpocząć, kiedy rywalizacja przeniesie się na Bergisel. Mam nadzieję, że stracą szansę na zorganizowanie tu zawodów za rok. To jest niemożliwe - przyznał nie szczędząc w słowach. Później Norweg odniósł się na łamach mediów społecznościowych do swojej wypowiedzi, przepraszając i tonując emocje.

- Trochę zbyt wiele emocji w dzisiejszym wywiadzie, nie życzę organizatorom niczego złego. Przepraszam za tę wypowiedź - napisał na swoim Instagramie.