Strona główna • Polskie Skoki Narciarskie

Pierwszy taki konkurs Kota od 2017 roku. „Stałem się gruboskórny”

Maciej Kot zanotował w Bischofshofen najlepszy występ w Turnieju Czterech Skoczni i jednocześnie pierwszy od lat konkurs Pucharu Świata, w którym okazał się najwyżej sklasyfikowanym z Polaków. Dla 34-latka było to symboliczne zamknięcie turnieju pełnego wzlotów i upadków.

- Na pewno dobry dzień dzisiaj. Fajne zakończenie ciężkiego jednak dla mnie turnieju. Dobrym skokiem, dobrym miejscem. Jestem dzisiaj zadowolony - przyznał Kot po zawodach.

Jak się okazało, ostatni raz podobna sytuacja miała miejsce niemal osiem lat temu - w lutym 2017 roku, podczas konkursu Pucharu Świata w Pjongczangu.

- O, Pjongczang... fajne miejsce. Ja nie jestem statystykiem - są ludzie, którzy się tym zajmują. Mnie dziś najbardziej cieszy jakość skoków. Dwa niezłe skoki w konkursie, które w końcu dały miejsce w czołowej dwudziestce. Cieszmy się z tego, co jest i pomału myślmy o tym, co przed nami - zaznaczył.

Kot nie ukrywał, że Turniej Czterech Skoczni od początku traktował jako wyjątkowo wymagający sprawdzian, również w kontekście selekcji składu na igrzyska.

- Zdawałem sobie sprawę, że ten turniej będzie pewnego rodzaju "eliminatorem". Że będzie trudny pod wieloma względami. Do tego skocznia, która zazwyczaj mi nie leżała. Ale w zeszłym roku, jeszcze w Pucharze Kontynentalnym, coś z trenerem Wojtkiem odkryliśmy. Zapisałem to, wróciłem do tych zapisków i dziś to skakanie znowu funkcjonowało. Cieszy mnie, że na tak trudnym dla mnie obiekcie te skoki były niezłe. Teraz trzeba będzie wrócić do "normalnego skakania" w Zakopanem - dodał.

Zapytany o to, czego zabrakło, by cały turniej wyglądał tak, jak konkursy w Bischofshofen czy Garmisch-Partenkirchen, Kot wskazał przede wszystkim na brak stabilności.

- Przede wszystkim stabilności na wysokim poziomie. Poza Innsbruckiem, na każdej skoczni pojawiały się skoki na TOP 20 - w Oberstdorfie, Garmisch i tutaj. Tylko Innsbruck się wyłamał. Brakowało tego, by na nowej skoczni już pierwszy skok treningowy był na wysokim poziomie, z dobrą pozycją. Żeby nie marnować treningów na szukanie czucia - tłumaczył.

W kontekście mentalnym Kot przyznał, że nie czuje się dziś zupełnie "niezniszczalny", ale zyskał coś innego.

- Nie powiedziałbym, że czuję się bardzo mocny mentalnie. Natomiast przez te wszystkie lata stałem się trochę gruboskórny. Tyle rzeczy przyjąłem na klatę, tyle przeżyłem. Nauczyłem się godzić z pewnymi rzeczami, z porażkami. Przez lata pracowałem z psychologami i ta praca na pewno nie poszła na marne. Wiadomo, że nie jestem mnichem, który robi, co chce na skoczni. Zawsze jest sporo pracy do zrobienia, ale takie dni jak dziś dają sporo pewności, radości i swobody - ocenił.

Kot zwrócił też uwagę na specyfikę rywalizacji w systemie KO, który - mimo wewnętrznych polskich pojedynków - bezwzględnie pozostaje indywidualny.

- Siadamy na belce sami i skaczemy sami. Ten system KO jest dodatkowym smaczkiem, który lubię. Dziś dwie polskie pary - dla mnie z Pawłem rewanż za Oberstdorf, z Kacprem pośredni rewanż za Garmisch. Szkoda, że Paweł i Dawid nie weszli jako lucky losers, bo to byłby naprawdę dobry dzień dla całej reprezentacji - podsumował.

Na koniec Kot podkreślił, że mimo solidnego występu rezerwy wciąż są - choć nie należy spodziewać się nagłego przełomu.

- Rezerwy są w każdym aspekcie - fizycznym, mentalnym, sprzętowym. Dzisiejsze skoki były na lekkim limicie. To nie były bardzo dobre skoki. Najważniejsze, że dojazd do progu i niereagowanie na przejście, którego nie ma, zostały zrealizowane. "Game changera" raczej nie znajdziemy, ale możemy lepiej dopasować sprzęt do indywidualnego czucia i techniki. I na tym będziemy pracować - zakończył.

Korespondencja z Bischofshofen, Dominik Formela