Trener Topór po niedzieli w Sapporo: „To była normalna robota, nie ratowanie wizerunku”
Po trudnej sobocie reprezentacja Polski w niedzielę na Okurayamie zrobiła krok w stronę bardziej „normalnego” skakania. Wyników przełomowych wciąż nie było, ale - jak podkreśla trener kadry B Wojciech Topór obecny w Sapporo - zespół zareagował właściwie na to, co wydarzyło się dzień wcześniej.
- Na szczęście w niedzielę udało się już skakać normalnie. Wprawdzie wyniki nie były zachwycające, bo nie walczyliśmy o wygraną, ale to wyglądało wreszcie jak skoki. Dało się to oglądać, próby były dużo lepsze - oceniał szkoleniowiec.
Jak wyglądała praca pomiędzy sobotą a niedzielą, gdy czasu było bardzo niewiele? Topór podkreślał, że obyło się bez nerwowych ruchów.
- Porozmawiałem indywidualnie z każdym. Nie było żadnej “mega akcji” ani ratowania wizerunku, tylko normalna robota: analiza i skupienie się na prostych błędach z soboty, żeby je wyeliminować. I to się udało - tłumaczył. - Brawa dla zawodników, bo wykonali to, co dostali w zadaniu i od razu było to widać na skoczni.
W oczach trenera szczególnie istotny był powrót Kacpra Tomasiaka na właściwe tory. 18-latek udowodnił, że słabsza sobota była wypadkiem przy pracy, zajmując w niedzielę na Okurayamie 12. miejsce. Jednocześnie szkoleniowiec nie ukrywał, że młody zawodnik może potrzebować chwilowego oddechu od intensywnego rytmu rywalizacji. Wiemy, że Tomasiaka nie ujrzymy w nadchodzącym tygodniu w rywalizacji podczas mistrzostw świata w lotach narciarskich w Oberstdorfie.
- Taka przerwa to normalna rzecz, każdy jej czasem potrzebuje. Zawodnicy z absolutnego topu, którzy biją się o generalkę, jadą co tydzień na pełnym gazie, ale u Kacpra nie ma takiej konieczności. Odpoczynek jest potrzebny i na pewno mu się przyda - mówił Topór.
Trener przyznał też otwarcie, że tempo rozwoju Tomasiaka przerosło oczekiwania sztabu. - Przewyższyło, bo latem widzieliśmy, że jest dobrze i że będzie w stanie spokojnie walczyć o punkty i solidne miejsca. A pamiętam, jak jeszcze w lecie trener Robert rzucił na treningu w Szczyrku: „jak on tak będzie skakał, to pojedzie na igrzyska”. Wtedy to brzmiało niewyobrażalnie, a dziś dla mnie to jest oczywista oczywistość - powiedział.
W tym kontekście mocno wybrzmiał wątek roli Roberta Matei. - Kiedy układałem sztab, bardzo mi zależało, żeby Robert do nas dołączył. Jego doświadczenie i „oko” są bardzo cenne - podkreślał Topór.
Zapytany o Dawida Kubackiego i Macieja Kota, trener nie potwierdzał tezy o spięciu czy presji wynikającej z olimpijskiego kontekstu.
- Nie, nie byli pospinani. To są bardzo doświadczeni zawodnicy, oni już swoje przeżyli - zaznaczył. W przypadku Kubackiego zwracał uwagę na stabilniejszy obraz skoków, jeśli wyłączyć sobotę. Z kolei u Kota w tle wyraźnie obecny był czynnik zdrowotny.
- Maciek przyjechał tutaj chory, te problemy żołądkowe na pewno zrobiły swoje. Miał mniej sił, musiał pilnować wagi, na siłę dojadać. Trochę zabrakło też szczęścia w kilku momentach, ale technicznie w niedzielę wyglądało to bardzo dobrze - oceniał.
Dużo ciepłych słów Topór skierował w stronę Klemensa Joniaka - zwłaszcza za reakcję po pechowych kwalifikacjach do pierwszego konkursu, które 20-latek zakończył na 51. miejscu. W niedzielę Joniak zdobył pierwszy w karierze punkt Pucharu Świata.
- Bardzo się cieszymy z tego punktu. Nie tylko Klimek, ale my trenerzy, zawodnicy - wszyscy byliśmy naprawdę szczęśliwi, gdy okazało się, że awansował do finałowej serii - mówił.
Szkoleniowiec nie ukrywał, że w sobotę Joniak skakał źle, natomiast w niedzielę - mimo wciąż dużych rezerw - zrobił krok do przodu.
- Wczoraj te skoki były technicznie bardzo złe. Dziś było lepiej, choć nadal z rezerwą: brakowało timingu, było za wcześnie, trochę „zabierał” skoki górą. Ale to wystarczyło na ten jeden, wymarzony na teraz punkt - tłumaczył. - W sobotę pogadałem z nim, żeby się tym nie zadręczał. To nie jest ostatnia szansa. Nie musi nikomu nic udowadniać. I dziś to było widać - podszedł spokojniej i skakał lepiej.
Sytuację Aleksandra Zniszczoła trener określił jako bardziej złożoną i wymagającą czasu. Zwracał uwagę, że kilka dni wcześniej na treningach wyglądało to obiecująco.
- W treningu parę dni temu prezentował się naprawdę fajnie, nawet lepiej od Klimka. W weekend już niestety pojawiły się problemy z pozycją - relacjonował. - Rozmawiałem z nim - mówi, że jeszcze nie czuje się dobrze w tej pozycji. Ale mamy wnioski i zarys na kolejne starty. Jak znajdzie tę właściwą pozycję do najazdu, to wrócą skoki, które widziałem kilka dni temu.
Na koniec Topór szerzej spojrzał na realia pracy na zapleczu Pucharu Świata - rotację w składach, planowanie oraz walkę o rankingowe miejsca, które bezpośrednio przekładają się na limity startowe.
- Poziom w Pucharze Kontynentalnym jest wysoki - i ta czołówka skacze bardzo dobrze. Mamy wielu mocnych zawodników choćby z Austrii, którzy potrafią przyjechać do PŚ i od razu sobie radzić. My też chcemy tam walczyć o podium. Dla nas bardzo ważne jest też to, żeby odzyskać i utrzymać to szóste miejsce startowe w PK. Wiele wskazuje, że będziemy mieć siedmiu zawodników od Lillehammer, ale musimy dalej walczyć, bo to się cały czas zmienia - podkreślał.
Na pytanie o ciągłą rotację między poziomami rywalizacji odpowiedział krótko: tak właśnie powinien działać system.
- I bardzo dobrze. Kto skacze dobrze, startuje wyżej. Współpraca kadry A i B działa. Ci zawodnicy mogą bez problemu przechodzić między poziomami - zakończył.
Korespondencja z Sapporo, Dominik Formela