Stoch poza czołową „30” MŚwL. „Po prostu smutno”
Konkurs indywidualny o mistrzostwo świata w lotach narciarskich w Oberstdorfie zakończył się dla Kamila Stocha poza czołową trzydziestką. Srebrny medalista światowego czempionatu z 2018 roku po zawodach nie krył emocji, ale starał się również patrzeć z nadzieją na najbliższe tygodnie i zbliżające się igrzyska olimpijskie Mediolan-Cortina 2026.
- Smutno. Po prostu smutno - przyznał krótko po pierwszej serii MŚwL w Oberstdorfie. Lot na 191,5 metra dał mu 34. pozycję, co nie pozwoliło mu awansować do trzech kolejnych rund. Zapytany o to, co właściwie się wydarzyło na skoczni, odpowiedział bez szukania wymówek.
- Ja bym powiedział raczej, co się nie wydarzyło. Nie wydarzył się dobry skok. Był nijaki. Na razie nawet nie potrafię dokładnie powiedzieć dlaczego, bo jeszcze nie rozmawiałem z trenerem. Z mojej perspektywy był niby lepszy niż ten z kwalifikacji czy próbny, ale jednak czegoś ewidentnie zabrakło. Wczoraj wszystko było za agresywnie, zamykałem skok już za progiem. Dzisiaj starałem się bardziej dać się wynieść tuż po odbiciu. Ale najwyraźniej zabrakło jeszcze czegoś innego.
To doprowadziło do sytuacji, której na skoczni żaden zawodnik nie chce - potrzeby kontrolowania lotu.
- To jest normalna konsekwencja. Jak coś nie idzie, to chcesz zrobić dobrze i zaczynasz to kontrolować. A to jest błędne koło. Niestety, nie pierwszy raz.
Stoch podkreślał jednak, że do Oberstdorfu nie przyjeżdżał z presją wyniku.
- Nie było oczekiwań. Były ambicje. Przyjechałem walczyć, przyjechałem skakać najlepiej, jak potrafię. Próbowałem wszystkiego, ale to po prostu nie wystarczyło. Praktycznie na nic.
Początek był obiecujący - dwa ponad 200-metrowe loty w czwartek dawały nadzieję.
- Te pierwsze dwa skoki naprawdę były fajne. Ale potem próbowałem coś poprawić, coś ulepszyć... i w efekcie wszystko się posypało.
Paradoksalnie, od strony fizycznej Stoch czuje się bardzo dobrze - być może najlepiej w karierze.
- To widać na papierze. Testy jasno pokazują, że ciało jest świetnie przygotowane. Ale platforma treningowa to jedno, a skocznia to drugie. Tam dochodzi pewność siebie, czucie ciała, sprzętu, obiektu. Jest mnóstwo drobnych elementów, które muszą się złożyć, żeby wykorzystać cały potencjał.
Czy da się jeszcze „naładować” pewność siebie przed igrzyskami?
- Jest jeszcze trochę czasu. W sporcie wiemy, że w tydzień czy dwa tygodnie można wszystko przebudować. Statystyki są brutalne, ale wierzyć trzeba. Jak idziesz na wojnę, to nie po to, żeby ją przegrać. I tak samo jest w sporcie.
Przed niedzielną drużynówką trudno jednak o optymizm - przynajmniej na gorąco po pierwszej - i zarazem ostatniej dla Kamila Stocha serii rywalizacji indywidualnej.
- Jesteśmy świeżo po zawodach i ciężko zebrać myśli. Ale jutro będzie inny dzień. Dostaniemy wskazówki, uwagi, coś się poukłada i pojawi się myśl: „dobra, idę, teraz pójdzie”. Na tym polega sport - próbujesz kolejny raz i wierzysz, że to będzie ten moment.
Rozmowa zeszła też na Predazzo - miejsce przyszłych igrzysk olimpijskich, wyjątkowe dla polskich skoków i samego Stocha.
- Lubię to miejsce, lubię obiekty, kulturę włoską i jedzenie - odpowiedział z uśmiechem. - Czy wierzę w magię w sporcie? Może nie w magię, ale taki cud ducha sportu, który sprawia, że niemożliwe staje się możliwe.
Stoch przyznał, że zdarzały mu się miejsca, w których od pierwszego skoku czuł spokój i pewność.
- Bywało tak, że wcześniej coś nie szło, a potem przyjeżdżałem i czułem, że aura mi sprzyja. Wierzę, że Predazzo może być takim miejscem. Już wiele razy tego doświadczyłem.
Jeszcze kilka lat temu nie zakładał, że w ogóle dotrwa do igrzysk 2026.
- Byłem pewien, że to nie będzie realne, że skończę karierę dużo wcześniej. A teraz dostałem powołanie i zrobię z nim najlepszą możliwą rzecz: przygotuję się najlepiej, jak potrafię, i zrobię tam najlepszą robotę, na jaką mnie stać.
Zapytany o szczegółowe plany przygotowań do igrzysk, trzykrotny mistrz olimpijski odpowiedział:
- Na razie jesteśmy tu i teraz. Ale to nie będzie nic odbiegającego od normy. Nie polecimy na Księżyc i nie potrenujemy w próżni. Skupimy się na dostępnych obiektach, testowaniu sprzętu, uwolnieniu najlepszej techniki. Mocy i siły już się nie zbuduje. Trzeba bazować na tym, co jest - a to jest we mnie. Pokazuję to pojedynczymi skokami. Wierzę, że na kolejnym obiekcie od pierwszego skoku poczuję pewność i będę ją tylko wzmacniał.
Korespondencja z Oberstdorfu, Dominik Formela