Strona główna • Polskie Skoki Narciarskie

Piotr Żyła w czołowej piętnastce MŚwL. „Wrócił luz”

Piotr Żyła jako jedyny z naszych reprezentantów walczył podczas drugiego dnia indywidualnej rywalizacji w trakcie mistrzostw świata w lotach narciarskich w Oberstdorfie. Ostatecznie uplasował się na 15. pozycji, pokazując, że nawet przy nieco słabszej dyspozycji loty narciarskie są czymś, w czym odnajduje się bardzo dobrze. W kontekście momentu, w jakim się znajduje, ten wynik daje mu autentyczną satysfakcję.

- Po ostatnich skokach treningowych w Zakopanem gdzieś tam faktycznie liczyłem na tę „dyszkę”. Ale wiadomo, zabrakło jednego takiego naprawdę soczystego skoku i wtedy wszystko mogłoby wyglądać inaczej. Mimo to jestem zadowolony, bo oddawałem swoje skoki na fajnym poziomie. Trochę nawet frajdy z tego było. Te loty powyżej 210 metrów są już naprawdę całkiem przyjemne - mówi.

Od czwartku, od pierwszych treningów i kwalifikacji, czuł się na obiekcie bardzo dobrze. Loty zawsze działały na niego mobilizująco, a większe skocznie wprowadzają go w specyficzny stan.

- Czułem się bardzo dobrze. Lubię, jak coś się więcej dzieje, jak jest więcej powietrza i większe skocznie. To jest taki inny stan, pełna koncentracja. Nie możesz zepsuć, bo to się źle kończy. Ale jednocześnie wrócił mi luz. Ten ostatni okres w Pucharze Świata był trudny, można powiedzieć, że przegrałem sam ze sobą. Teraz zacząłem to wszystko znowu fajnie układać i wróciła radość. I to jest najfajniejsze - przyznaje.

Przez lata utarło się, że Żyła na mamutach zawsze sobie poradzi. Sam jednak podkreśla, że w sporcie nic nie przychodzi za darmo. Nawet jeśli loty bardziej mu sprzyjają, robotę i tak trzeba wykonać od początku do końca.

- Wiadomo, że dobrze się czuję na mamutach, gdy można złapać większy flow. Ale swoją robotę trzeba zrobić, przygotować się do każdego skoku osobno i dać z siebie wszystko. Jak to się uda, to ta radość z lotów jest większa niż na normalnych skoczniach - tłumaczy.

Dla Żyły te kilka sekund w powietrzu wciąż pozostaje największą nagrodą. Cała praca - siłownia, dieta, lata treningów - sprowadza się właśnie do tego momentu.

- To wszystko zostaje wtedy wynagrodzone. Medale medalami, ale teraz nie jestem jeszcze w takiej topowej formie, żeby o nie walczyć. Za to ta frajda, ta radość... Jak siedzisz na belce w Oberstdorfie, odcinasz się, jesteś sam ze sobą. Potem ruszasz i coś się zaczyna dziać. To jest ten moment - opisuje.

W trakcie mistrzostw często wracał temat niskiej belki startowej, a co za tym idzie - niezbyt odległych lotów. Żyła przyznaje, że to było odczuwalne, szczególnie przy wietrze w plecy.

- Ta belka, teoretycznie ta 24., była w porządku. Jak masz +5 czy +10 punktów za wiatr, to da się jeszcze naprawdę fajnie odlecieć. Ale w tej trzeciej serii, jak miałem 3 m/s wiatru w plecy, to wygląda tak, jakby ktoś położył na plecy worek ziemniaków i cisnął w dół. Nie ma frajdy, tylko walka. Nie masz czucia powietrza, nie możesz popracować w locie. No i też nie jestem w takiej topowej formie, żeby sobie z takimi warunkami idealnie radzić. Jedną beleczkę mogli dać wyżej, to może te 220 metrów by pękło, bo już się rozpędzałem - mówi bez ogródek.

Nie sposób było nie zapytać o Domena Prevca, który w Oberstdorfie odleciał reszcie stawki. Żyła przyznaje, że wie, na czym polega fenomen Słoweńca - ale tajemnicy zdradzić nie chce.

- Ostatnio się dowiedziałem, na czym to polega... ale nie zdradzę. Powiem tylko tyle: jeszcze większy szacun dla niego - rzuca z uśmiechem.

Zapewnia jednak, że to coś, co chciałby kiedyś przetestować sam - choć zdecydowanie nie w środku sezonu.

- Teraz to nie jest czas, bo mogłoby się to źle skończyć. Może w lecie - dodaje.

Oberstdorf, choć różny od Planicy czy Vikersund, nadal daje mu radość z latania.

- Miałem tu dużo dobrych skoków w przeszłości. Jak trafisz dobre warunki, to jest super. Przy 3 m/s w plecy, to jest masakra, ale jak lecisz powyżej 220-225 metrów, to frajda jest ogromna. Planica ma „inne” powietrze, konkursy są rano, wszystko wygląda inaczej. Tu, przy tylnym wietrze, to już zupełnie inna bajka - porównuje.

Na koniec 39-latek zwrócił uwagę na coś, czego wcześniej w karierze właściwie nie doświadczył. Ze względu na fakt, iż był w sobotę jedynym startującym Polakiem, w szatni nie miał towarzystwa w postaci swoich kolegów ze składu. Wsparcia na skoczni jednak nie zabrakło.

- To chyba pierwszy raz. Normalnie zawsze ktoś jest. Tutaj grzaliśmy się w hotelu, przyjechaliśmy na skocznię i w szatni pusto. Ale fajnie, że Maciek Kot przyszedł pokibicować. To zawsze miłe, jak jest ktoś znajomy na dole - kończy.

Korespondencja z Oberstdorfu, Dominik Formela