Polski przedskoczek widział sytuację z nartami Prevca. „To było bardzo niefortunne”
Nie milkną echa sytuacji związanej z Domenem Prevcem podczas konkursu drużynowego w ramach mistrzostw świata w lotach narciarskich w Oberstdorfie. Narty Słoweńca kilka minut przed jego skokiem zjechały w dół po najeździe skoczni, co skutkowało brakiem możliwości oddania próby w pierwszej rundzie rywalizacji. Będący na miejscu polski przedskoczek Wiktor Fickowski był jednym z nielicznych, którzy widzieli całe zajście z bliska.
- Widziałem tę sytuację. Pomocnik kontrolera sprzętu minimalnie odchylił się do tyłu, ja nie widziałem tego do końca. Wyszedłem tylko kawałek na schodki i kątem oka zauważyłem, że Domen oparł narty o kabinę do kontroli sprzętu. Tam po prostu nie ma miejsca. Wszyscy się kręcą, dmuchają, trzymają parasolki. Ktoś się obrócił, coś się wydarzyło i narty zjechały.
Jak relacjonuje Fickowski, kluczowe znaczenie miało ustawienie samej kabiny.
- Ta budka jest usytuowana pod kątem. Gdyby była ustawiona równo, narty miałyby szansę zatrzymać się jeszcze na schodkach. A tak zjechały w stronę rozbiegu. To było bardzo niefortunne. One nie spadły „normalnie”, tylko po prostu poleciały w dół.
Cała sytuacja wydarzyła się w ułamku sekundy.
- Domen oparł narty o kabinę i coś tam się zadziało. Ja się w tym momencie odwracałem, więc nie widziałem dokładnie, co. Ale efekt był taki, że narty pojechały.
Szybko pojawiła się próba ratowania sytuacji, jednak przepisy okazały się bezlitosne.
- Wiadomo, był zdenerwowany. Trudno się dziwić. Peter Slatnar przyniósł mu drugie narty, ale dosłownie zaraz przyszedł kontroler i powiedział „finish”. I tyle. Co on mógł zrobić?
Fickowski podkreśla, że podobne incydenty się zdarzają, choć rzadko w tak newralgicznym momencie.
- Narty się przewracają, lecą, to się zdarza. Ale czegoś takiego, żeby aż tak nieszczęśliwie i jeszcze w trakcie zawodów, to ja jeszcze nie widziałem. To jest kolejna sytuacja do dyskusji. Tak jak w Wiśle, gdy Sundal nie mógł wpiąć kostki. Przepisy są teraz bardzo twarde - czerwone światło i koniec.
W jego ocenie formalnie wszystko odbyło się zgodnie z regulaminem.
- Zawodnik odpowiada za swój sprzęt. Sztab i sędziowie zareagowali tak, jak jest napisane w przepisach. Ale to na pewno jest kolejna rzecz do dyskusji: co w sytuacji, gdy zawodnik w takim momencie traci sprzęt i nie ma już żadnej realnej możliwości reakcji.
Korespondencja z Oberstdorfu, Dominik Formela