Strona główna • Polskie Skoki Narciarskie

Zniszczoł odnosi się do krytyki w sieci. „Po Oberstdorfie dostałem bardzo dużo brzydkich wiadomości”

Aleksander Zniszczoł w sobotę w Willingen został - trochę wbrew okolicznościom i nastrojom - obrońcą honoru Biało-Czerwonych. Trzy punkty Pucharu Świata za 28. miejsce to niewiele w tabeli, ale w kontekście całej zimy i braku choćby jednego „oczka” wcześniej ważyły znacznie więcej, niż suche liczby. Przełamanie przyszło w dość szalonych, pogodowych okolicznościach. W rozmowie po zawodach 31-latek nie unikał także tematu hejtu w sieci, który wylał się na niego po ostatnich słabszych występach.

Podsumowując sobotnie skoki, Zniszczoł przyznał, że jest to swojego rodzaju przełom, choć nie był do końca zadowolony z finałowego skoku.

- Mógłbym się bardziej cieszyć, gdyby druga próba poszła tak, jak pierwsza. Bo szczerze mówiąc - i w kwalifikacjach, i w pierwszej serii, to były bardzo fajne skoki. W tej drugiej niestety nie utrzymałem pozycji najazdowej. Zamiast biodro pchnąć dalej, to po prostu „wyjechało” spode mnie i wyhamowałem w locie na wysokości buli, chociaż warunki były naprawdę super - tłumaczył spokojnie, bez uciekania od błędu.

Nie było w tym skoku desperackiego ataku ani szukania ryzyka na siłę - jak podczas mistrzostw świata w lotach. Podopieczny trenera Macieja Maciusiaka podkreślał, że jego celem było powtarzanie tego, co zaczęło działać już wcześniej - jeszcze na spokojnych treningach w Wiśle.

- Nie chciałem „przyatakować”. Chciałem powtórzyć to, co robię od treningu w Wiśle. Staram się tutaj to powtarzać, bo to jest dobre. Jeżeli to opanuję, wtedy mogę dokładać kolejne elementy. Przyjechałem tu poukładany i chcę iść do przodu właśnie w ten sposób. W zawodach to jest trudne, ale widać, że ta baza działa - mówił.

W sobotę w Willingen nie dało się jednak uciec od tematu warunków. Niska belka, niskie prędkości najazdowe, śnieg z deszczem i wiatr, który mocno mieszał, sprawiały, że trzeba było mocno walczyć o każdy metr.

- Ustawili belkę numer 10 i szczerze mówiąc, byłem zdziwiony. Już w konkursie kobiet wiatr pod narty słabł, one jechały z 20., a nam dali dziesiątkę. Ten pierwszy numer zawsze ma ciężej, tory są wolne, moja prędkość była dużo gorsza. Przy niskiej belce, małej prędkości i jeszcze tym opadzie było naprawdę ciężko. Wiedziałem, że jest trudno, ale skok był na tyle dobry, że odleciałem swoje. Potem jednak wszystko zaczęło się mieszać. Byłem zły, że znowu zabraknie, że znowu się nie poszczęści. A wyszło z tego 19. miejsce po pierwszej serii - relacjonował.

Ten dzień miał jednak dla niego wymiar znacznie szerszy niż same punkty. Po koszmarnych mistrzostwach świata w lotach w Oberstdorfie i fali krytyki, która się na niego wylała, Zniszczoł przyznał, że musiał się na nowo „poskładać” - sportowo i mentalnie.

- Ja wiem, że potrafię skakać. Tylko potrzebowałem poskładać to do kupy. W Wiśle zrobiłem krok do przodu i jadąc tutaj chciałem dalej pracować. Po Oberstdorfie dostałem bardzo dużo brzydkich wiadomości prywatnych. Odpisałem jednej osobie, pytając, dlaczego tak do mnie pisze. Odpowiedź była: „bo inaczej byś mi nie odpisał”. Jak to przeczytałem, to pomyślałem - oho... Ciekawy jest ten świat i te odpowiedzi - przyznał bez owijania w bawełnę.

Zniszczoł nie ukrywał, że Oberstdorf był momentem skrajnie trudnym - sportowym dnem, od którego trzeba było się odbić. Podkreślał jednak, że hejt, który spadał w ostatnim czasie przestawał być abstrakcyjny w momencie, gdy dotyka nie tylko zawodnika, ale jego bliskich.

- Magiel miałem dobry. Pal sześć mnie, ale mam córkę, która chodzi do szkoły. To może się na niej odbić - powiedział szczerze.

Na koniec, w lżejszym tonie, pojawił się temat nietypowych wydarzeń na Muehlenkopfschanze. Oświadczyny słoweńskiego przedskoczka Urbana Susnika wywołały uśmiech u wszystkich zgromadzonych pod skocznią.

- Ciekawa opcja, na pewno zaskakująca. Musiał się stresować. Wiem, jak to jest. Też się stresowałem i pamiętam to do dziś - skomentował Zniszczoł.

Korespondencja z Willingen, Dominik Formela