Strona główna • Polskie Skoki Narciarskie

Anna Twardosz dziesiąta na igrzyskach! „Cieszę się, że nie podjęłam decyzji, by kończyć karierę”

Kilka sezonów temu Anna Twardosz była w momencie, w którym pytania o chęć kontynuacji kariery skoczkini narciarskiej pojawiały się częściej niż wiara w przełom. 7 lutego 2026 roku na olimpijskiej skoczni w Predazzo odpowiedziała sobie w najlepszy możliwy sposób - dziesiątym miejscem na igrzyskach, najlepszym wynikiem w historii polskich skoków narciarskich kobiet.

Już po pierwszym skoku było jasne, że Polka będzie dzisiaj walczyła o wysokie miejsce. 96-metrowa próba była jedną z najlepszych w jej karierze - spokojna, czysta technicznie, ze świetnym wyjściem z progu. Twardosz pokazała, że w kluczowych momentach potrafi wytrzymać presję.

- Jak to się stało? Szczerze - nie wiem. Na przykład ten skok próbny był dziś gorszy. Gdy usiadłam na belce już w konkursie, chciałam po prostu wyrzucić wszystko z głowy. Pomyślałam - trudno, co będzie, to będzie. To był jeden z lepszych skoków w karierze. Może nie najlepszy, ale był dobrym skokiem. Jak tylko wyszłam z progu, wiedziałam, że w końcu trafiłam. Nie „dopakowałam” klatką do nart, tylko wszystko poszło tak, jak miało iść - mówiła z wyraźną ulgą.

To był skok, w którym - jak sama przyznała - wszystkie problemy zostały przezwyciężone.

- Czasami tak jest. W jednym skoku - wszystko nagle „pach”. Wiadomo, że były różne myśli. Stres towarzyszył spory, emocji było dużo, bo każda z nas przyjechała tutaj po coś - nie tylko, żeby zobaczyć, ale by walczyć. Ta impreza jest raz na cztery lata. Do niej się trenuje i chce się pokazać z jak najlepszej strony.

Jak wyglądały chwile przed finałowym skokiem? Z punktu widzenia sztabu szkoleniowego reakcje były... dość zróżnicowane.

- Trener Stefan powiedział, żebym się nie stresowała, bo on bierze cały stres na siebie. A trener Marcin mówił, że chyba już osiwieje - dodała ze śmiechem. - Dobrze dogadujemy się w naszej małej grupie.

Ten wynik ma jeszcze jeden, dużo głębszy kontekst. U Anny Twardosz pewien czas temu pojawiały się myśli o rozbracie ze skokami narciarskimi. Podopieczna trenerów Marcina Bachledy i Stefana Huli była na zakręcie swojej kariery - na szczęście wyszła na prostą i teraz może cieszyć się ze świetnego wyniku osiągniętego na igrzyskach olimpijskich.

- Prawie walczyłam tu o medal. Jestem z siebie naprawdę dumna. I cieszę się, że nie podjęłam decyzji, by kończyć karierę. Postawiłam wszystko na jedną kartę i chciałam dać z siebie sto procent - przyznała szczerze.

Czy pomimo tego świetnego rezultatu, nie ma żalu o to, że nie udało utrzymać się zajmowanego po pierwszej rundzie 8. miejsca?

- To ósme miejsce - bardzo bym się cieszyła. Mam trochę tak, że nie lubię spadać z pozycji, którą zajmuję na półmetku. Wolę w drugą stronę. Ale to wszystko jeszcze po prostu do mnie nie dociera. Za dużo emocji. I tak się bardzo cieszę. Zrobiłam swoje - powiedziała rozentuzjazmowana.

Dziś może powiedzieć jedno: było warto, nie tylko zważając na wynik sportowy. Także ze względu na fantastyczne wsparcie na trybunach, z których słychać było gromkie wsparcie rodaków, wśród których nie brakowało bliskich dla Twardosz osób. Na miejscu była część rodziny, partner i znajomi.

- To, że najbliżsi są tutaj ze mną, to takie ciepło na sercu. To jest taka adrenalina... coś niesamowitego - mówiła wzruszona.

W dalszej perspektywie zimowego sezonu jest jeszcze wiele startów - w tym loty narciarskie na skoczniach w Vikersund i Planicy. Tam może zostać napisany kolejny rozdział historii polskich skoków narciarskich kobiet - czego dziesiąta zawodniczka rywalizacji olimpijskiej nie wyklucza.

- Piszę historię, ale jeszcze został mamut <śmiech>. Nie deklaruję, że jestem gotowa, ale te zawody są w kalendarzu. Trenerzy mówią, żebym szła, ale ja nie wiem, czy chcę. Zobaczymy - zakończyła tajemniczo.

Korespondencja z Predazzo, Dominik Formela