Kamil Stoch poza finałem na normalnej skoczni w Predazzo. „Trzeba to przetrwać z podniesioną głową”
Dla Kamila Stocha konkurs olimpijski na normalnej skoczni w Predazzo miał gorzki smak. Po solidnym, jego zdaniem najlepszym skoku dnia, zabrakło niewiele, by znaleźć się w finałowej serii. Trzykrotny mistrz olimpijski po 100-metrowej próbie ostatecznie uplasował się na 38. lokacie. Emocje były duże, choć sam zainteresowany już chwilę po zawodach mówił o tym ze sporym spokojem.
- Chyba trudniej było to doświadczyć. Teraz opowiadanie to już tak, jakbym siedział przy kawie - przyznał Kamil Stoch, gdy opadły pierwsze emocje.
Do Predazzo jechał z ambicjami, ale też ze świadomością realiów trwającego sezonu.
- Sportowiec jadąc na główną imprezę powinien wierzyć, że wszystko będzie dobrze i stać go na walkę o najwyższe cele. Ale nie dało się uniknąć brutalnej prawdy - statystyk, od tego, jak wygląda mój sezon. Jadąc na główną imprezę trzeba mieć poczucie, że skoki są w tobie i że je wydobędziesz - tłumaczył.
Mimo odpadnięcia po pierwszej serii, Stoch i tak odczuwał, że wykonał solidną pracę.
- Uważam, że dzisiaj zrobiłem dobrą robotę. Skoczyłem solidny skok, najlepszy tego dnia, lepszy niż w serii próbnej. Żałuję tylko, że wystarczył na jedną serię. W moim odczuciu powinien dać mi drugą - mówił bez ogródek.
38-latek wraz ze sztabem szkoleniowym do końca szukał optymalnej techniki, przyznając, że w Predazzo musiał na nowo „poczuć” rozbieg normalnej skoczni.
- Rozbieg jest dosyć płaski, belka wysoka, a przejście na próg mało wyczuwalne. Trzeba złapać dobre czucie. Dzisiaj pozycja była najlepsza ze wszystkich dni. Zabrakło tylko jednego - pełnego przekonania i takiego totalnego „gazu” z nóg. Tego, czym wygrywa się zawody.
Kluczowy okazał się margines błędu charakterystyczny dla normalnej skoczni.
- Trzeba było skoczyć dwa metry dalej. A dwa metry na normalnej skoczni to jest jednocześnie tylko i aż - podsumował.
Wydawało się, że w niedzielę, czyli przeddzień rywalizacji olimpijskiej, treningowe skoki w wykonaniu zawodnika z Zębu były bardzo dobre - jedna z prób dała nawet miejsce w czołowej dziesiątce.
- Gwoli ścisłości - tylko jeden skok był dobry, ten pierwszy. Potem starałem się go powtórzyć, co się nie udawało. Natomiast ta próba pokazała, że rzeczywiście jest we mnie ten potencjał. Dlatego pomimo wszystkich przeciwności, które spotykamy - wiem jako sportowiec, że trzeba to przetrwać z podniesioną głową.
Stoch był przekonany, że po wylądowaniu „na kresce” czuł, że awans do finału jest pewny.
- Widziałem przerywaną linię i byłem pewny, że na niej wylądowałem. Lądowanie może nie było idealne, ale było stabilne. Sto metrów to solidna odległość - zaznaczył.
W rozmowie wrócił też pamięcią do mistrzostw świata w Predazzo w 2013 roku, gdzie przeżywał już huśtawkę nastrojów - od łez na normalnej skoczni po radość i tytuł indywidualnego mistrza świata na dużej. Tym razem sytuacja jest inna, trudniejsza.
- To nie tylko różnica 13 lat. To różnica sytuacji sportowej. Wtedy walczyłem o złoto, dziś z solidnym skokiem nie wchodzę do drugiej serii. To powoduje blokady. Czuję, że muszę wejść na absolutne wyżyny, żeby zrobić wszystko perfekcyjnie - przyznał szczerze.
Jednocześnie nie traci wiary w dalszą część igrzysk.
- Wierzę, że duża skocznia będzie dla mnie bardziej owocna, bardziej przyjemna - że tam po prostu dosłownie i w przenośni będę mógł rozwinąć skrzydła. Duży obiekt bardziej mi odpowiada i mam nadzieję, że tam uwolnię potencjał, który czuję, że we mnie jest - podsumował Stoch.
Korespondencja z Predazzo, Dominik Formela