Prezes PKOl zachwycony występem Tomasiaka. „Przekroczył próg niemożliwego”
Emocje po fenomenalnym występie Kacpra Tomasiaka jeszcze nie opadły, ale w głosie prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosława Piesiewicza było słychać wyraźną ulgę. Pierwszy medal tych igrzysk stał się faktem - i to od razu srebrny, historyczny, zdobyty przez najmłodszego medalistę w dziejach polskich startów na zimowych igrzyskach.
- Spadł bardzo duży kamień z serca. Już mamy lepszy wynik niż cztery lata temu. Wtedy był jeden brąz, dziś mamy srebro, a przecież igrzyska dopiero się zaczynają - mówił prezes PKOl.
Nie ukrywał, że apetyt był większy także w innych konkurencjach.
- Szkoda wczorajszego startu Oli Król-Walas w snowboardzie. Siódme miejsce to powód do dumy, ale liczyliśmy na medal - złoty, srebrny albo brązowy. Dziś jednak mamy coś wyjątkowego.
Prezes zdradził, że w medal Kacpra Tomasiaka wierzył jeszcze przed konkursem.
- Dziś rano pojechałem do wioski olimpijskiej i powiedziałem, że jestem pewny, że Kacper zdobędzie medal. I stało się. Proszę sobie uświadomić jedno: to najmłodszy medalista zimowych igrzysk olimpijskich w historii Polski. Młodszy nawet niż nasz legendarny Wojciech Fortuna. On przekroczył próg niemożliwego.
W tej historii ważny był też kontekst wcześniejszych doświadczeń młodego skoczka.
- Byłem z Kacprem na młodzieżowych igrzyskach w Gangwon. Wtedy po drugiej serii spadł z drugiego miejsca na siódme. Rozmawialiśmy długo. Powiedział: „Prezesie, tak bywa, głowa, presja”. Dziś pokazał, że potrafi wytrzymać wszystko. Te doświadczenia zaprocentowały właśnie teraz.
Prezes nie miał wątpliwości, że medal to nie tylko wynik sportowy, ale też sygnał na przyszłość.
- To perełka. Unikat. Fantastyczny młody człowiek, bardzo poukładany. Ogromny szacunek dla rodziców, bo to widać. On wie, po co tu przyjechał i co robi. To powód do dumy dla nas wszystkich.
Srebro oznaczało także ogromne zdjęcie presji z całej reprezentacji.
- Dużo łatwiej teraz będzie wszystkim. Kamień z serca to naprawdę mało powiedziane. Jest radość i trzeba się nią cieszyć.
Piesiewicz widzi w tym medalu coś jeszcze - impuls dla całej dyscypliny.
- To jest sztafeta pokoleń. Rozmawiałem przed igrzyskami kilka razy z Adamem Małyszem. Mówiłem: „Jest Kacper”. Adam odpowiadał: „Tak, prezesie, no ale jest jeszcze Wąsek”. A ja: „Okej, ale Kacper...”. Wczoraj w Casa Polonia w Livigno znów o tym mówiliśmy. Dziś mamy medal. Po prostu medal.
Nie zabrakło też wątku relacji personalnych z prezesem Polskiego Związku Narciarskiego, Adamem Małyszem.
- Z Adamem Małyszem mamy świetną komunikację. Rozmawiamy, śmiejemy się, jesteśmy nawet umówieni na obiad. Nie było żadnego konfliktu, tylko zabrakło rozmowy. To normalność.
Zapytany o obecność ministra sportu Jakuba Rutnickiego i możliwe „ocieplenie relacji”, prezes odpowiedział dyplomatycznie, ale z wyraźnym przesłaniem.
- Ja nie jestem zwaśniony z nikim. Jestem człowiekiem dialogu. Sport powinien łączyć. Zawsze zapraszam pana ministra na kawę albo herbatę. Jeśli kawa lepsza w ministerstwie, to herbata będzie lepsza w PKOl.
Na koniec wrócił do tego, co jego zdaniem jest najważniejsze.
- Powinniśmy się po prostu wszyscy radować i skupić na tym, co nasi sportowcy robią na igrzyskach. To jest najważniejsze, a nie jakieś głupoty, które niektórzy próbują w to wszystko wmontować. Cieszmy się z tego, co się stało i z tego, że jesteśmy na igrzyskach - powiedział Piesiewicz.
Korespondencja z Predazzo, Dominik Formela