Okiem Samozwańczego Autorytetu: "Niespodzianka, ale nie sensacja"
Co za historia, w powietrzu wisi kicz - śpiewał kiedyś Krzysztof Cugowski do magicznych dźwięków syntezatora Romualda Lipki. Bez wątpienia niesamowita historia. Dokładnie rok temu Kacper Tomasiak szykował się do mistrzostw świata juniorów w Lake Placid, ale bardziej liczono tam na Klemensa Joniaka. A 9. lutego 2026 roku wpisał się na wiele różnych list, które będę wymieniał później. Ale przede wszystkim zapisał się w historii.
Niespodzianka? Tak. Sensacja? Nie. Przecież wielu z nas po cichu, albo nawet i głośno liczyło na ten medal. Tyle, że to było chciejstwo. Chciejstwo wynikające z pragnienia sukcesów, z frustracji, tęsknoty i kaca. Bo nie ukrywajmy - to są rzeczy, które definiują najlepiej polskiego kibica skoków narciarskich AD 2026. No dobra, ma talent. No dobra, ma dobrą psychikę, więc na dużej imprezie ma większe niż szanse, niż na przykład taki kartonowy Janek. No dobra, ma atomowe odbicie, zatem na skoczniach normalnych jego szanse rosną. Ale ludzie, pokładaliśmy nadzieje chłopaku, który rok wcześniej startował w FIS Cupie! I nie zawsze udawało mu się tam punktować. A jak już złapał tam dwa podia, to dostał szansę w pucharze kontynentalnym, ale to było dopiero pod koniec lutego, mniej, niż rok temu. I radził sobie tak średnio. Bywały miejsca w czwartej, trzeciej, ostatecznie drugiej dziesiątce. Tak, rok temu Tomasiak to była nisza, kojarzona tylko przez wąskie grono kibiców. Dopiero w maju przeniósł się z kadry juniorskiej do kadry B i nadal oficjalnie jest w tej kadrze B. Zatem podkreślmy - pokładaliśmy nadzieje w juniorze, członku kadry B, który jeszcze nie stanął indywidualnie na podium. Najwyżej w konkursie był na piątym miejscu. Skoki na czołową trójkę pokazywał sporadycznie. W takim kolesiu pokładaliśmy nasze nadzieje.
Kacper pokazał, że nadzieje nie są płonne, gdy w jednym z treningów na Stadio del salto Giuseppe Dal Ben, na owej skoczni HS 107, na której miał walczyć o medale, zajął drugie miejsce. Gdy kolejny już dzień bohaterowie tej zimy - Prevc, Lanišek, Kobayashi spisywali się poniżej oczekiwań. Wtedy te nadzieje miały już solidną podbudowę. Pokazał, że stać go na skoki na ścisłą czołówkę a i w innych nie odstawał od tej czołówki za bardzo.
Ale to nadal był tylko jeden skok. A do medalu są potrzebne dwa takie skoki z rzędu. A że Kacper to potrafi, nie pokazał jeszcze ani razu. Trzeba było liczyć na to, że ten pierwszy raz pokaże to w najlepszym możliwym momencie. Najważniejszym możliwym momencie. Najtrudniejszym możliwym momencie. Chłopaku! Ty się nad sobą zastanów! Zastanów się! Coś Ty zrobił! Ty zachwyciłeś 40 milionów Polaków! Ludzi, którzy przychodzili na skocznię i wydawali ostatnie pieniądze, na bilet, kawałek zimnej pizzy i espresso!
Ten konkurs to była poezja. Wiem, że trochę się powtarzam tej zimy, ale myślę, że każdy kto go widział, nie zapomni go nigdy. Konkurs naprawdę ciekawy, emocjonujący, piękny. Od samego początku naznaczony dalekimi skokami outsiderów, którzy radowali serca swoich kibiców. Potem przyszły skoki Pawła Wąska i Kamila Stocha i nasze nastroje zjechały w dół jak Robert Mateja w 2004 roku po zeskoku Velikanki. Wiedzieliśmy, że Kacper Tomasiak jest jedynym, który może nam je poprawić i uratować honor polskich skoków na włoskich Igrzyskach. I jakże on je uratował i jakże on nas uradował! Ten skok w pierwszej serii był niezły, ale przecież wtedy jeszcze nikt z nas nie przypuszczał, że wspaniały junior z Bielska-Białej będzie na półmetku czwarty ze stratą 0,1 punktu do podium! Dopiero z kolejnymi skokami docenialiśmy pierwszoseryjny wyczyn Kacpra coraz bardziej. A gdy po skoku Domena Prevca wyświetliły się wyniki, do wszystkich już chyba dotarło, że dzieją że rzeczy wielkie. Chyba już wielu wierzyło, że po drugiej serii na podium zabraknie Valentina Fouberta, ale przecież zamiast Tomasiaka mógł się tam pojawić Ryōyū Kobayashi, Domen Prevc czy Marius Lindvik.
Drugi skok, to już była magia. Przypomnijmy: Kacper Tomasiak w drugiej serii wyrównał rekord skoczni ustanowiony chwilę wcześniej przez Deschwandena (107 metrów) i oddał najlepiej oceniany skok - 58 punktów (ex-aequo z mistrzem - Raimundem). Wyprzedził nie tylko Valentina Fouberta, ale i Kristoffera Sundala. Wypracował sobie też przewagę nad Deschwandenem, z ktrym przecież zajmował ex-aequo czwartą pozycję po pierwszym skoku.
Nawiasem mówiąc, dziwna trochę ta polityka notowania rekordów skoczni. Poprzedni rekord należał do Adama Małysza i wynosił 107,5 metra. Skocznię przebudowano, ok. Ale to nadal jest de facto ta sama skocznia. Skocznia normalna w Predazzo. Na tym samym stadionie w tym samym miejscu. A po co się przebudowuje skocznie? Żeby skakać coraz dalej. Tę skocznię powiększono, zarówno pod względem punktu K (z 95 na 98 metrów), jak i rozmiaru (ze 104 na 107 metrów). To jaki jest sens notowania nowych rekordów, krótszych od tych starych? Chyba tylko marketingowy. No ale dobrze, niech będzie, reprezentant Klimczoka Bystra wywalczył ten medal z rekordem skoczni, jeszcze lepiej brzmi i wygląda.
Kacper zatem wpisał się na listę medalistów olimpijskich i to od razu jako najmłodszy w historii medalista zimowych igrzysk. Poprzednim był Wojciech Fortuna (19 lat i 193 dni). Tomasiak wywalczył medal 20 dni po swoich 19 urodzinach. Nie zwykła sprawa. Powiem Wam, że symbolika pewnych wydarzeń zawsze wywołuje we mnie ciarki. Kilka godzin przed srebrnymi skokami Kacpra, na cmentarzu parafialnym w Kamienicy (dzielnica Bielska-Białej) pochowano Mariana Kasprzyka (22.09.1939-02.02.2026). Nieco wcześniej w katedrze Św. Mikołaja odbyła się uroczysta msza pogrzebowa. Sztandar Olimpijski przy trumnie trzymała Julia Szeremeta - wicemistrzyni olimpijska z Paryża. Marian Kasprzyk był wybitnym bokserem. Medalistą olimpijskim z Rzymu (brąz, 1960) i Tokio (złoto, 1964). Przy okazji tego drugiego medalu został bohaterem narodowym. W finale walczył z reprezentantem ZSRR i w pierwszej rundzie złamał kciuk. Pomimo tego wygrał walkę i został mistrzem olimpijskim. Mieszkańcy miasta tłumnie żegnali swojego honorowego mieszkańca, które największe sukcesy odnosił w barwach BBTS-u Bielsko-Biała. Jeszcze nie zgasły pierwsze znicze na jego grobie, a miasto już miało nowego bohatera i nowego medalistę olimpijskiego.
Wobec tej ciekawostki literacko-sportowa klamra o kończącym tej zimy karierę Kamilu Stochu i zdobywającym swój pierwszy (i na pewno nie ostatni!) medal Kacprze Tomasiaku wydaje się banalna i już nieco wyświechtana. Ale niech wybrzmi. Niech Kacper będzie dla całych polskich skoków tym, kim już się stał dla mieszkańców swojego miasta. Następcą, który przejął pałeczkę. Tak, jak Kamil stał się następcą Małysza, gdy wygrywał swoje pierwsze konkursy pucharu świata w sezonie, gdy karierę kończył Orzeł z Wisły.
Przypomnijmy zatem raz jeszcze ten szalony rok z życia Kacpra Tomasiaka. Luty 2025 - podium pucharu FIS w Szczyrku. Potem mistrzostwa świata juniorów za oceanem, gdzie finiszował za plecami Klemensa Joniaka. Marzec 2025 - średnio udane występy w pucharze kontynentalnym. Kwiecień - w wyniku skandalu "kombinatorów norweskich" w Trondheim Red Bull odwołuje dla nich zaproszenia na Skoki do Celu i Tomasiak uzupełnia skład gwiazd na tej głośnej imprezie. Ale przecież wszyscy wiedzą, że jest tam na doczepkę i z łapanki. Maj - trafia z kadry juniorskiej do kadry B. Lato - paskudnie wyglądająca kontuzja na Wielkiej Krokwi i pierwszy start w Letnim Pucharze Kontynentalnym zakończony dyskwalifikacją. Jesień - wygrywa Letni Puchar Kontynentalny 2025 i debiutuje w Letniej Grand Prix, zajmując ósme miejsce w Klingenthal. A potem to już z grubsza wiemy. A jak ktoś nie wie, to niech poczyta artykuły na tym portalu , choćby moje wcześniejsze felietony z tej zimy. I dotarliśmy tu, gdzie dotarliśmy. Do Val di Fiemme, Predazzo, gdzie na XXV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich Mediolan-Cortina d'Ampezzo młodziutki bielszczanin odcisnął swoje piętno i wyrył swoje nazwisko na tej samej tabliczce, co wielcy poprzednicy - Adam Małysz i Kamil Stoch. Czy czeka go równie wielka kariera co ich? A któż to wie? Ale mam za tym bardzo poważny, ważki, twardy i poparty całym moim samozwańczym autorytetem argument. Argument brzmi "A dlaczegóż by nie?!" Orzeł z Wisły, Rakieta z Zębu i Tomahawk z Bielska-Białej. Sam nie wiem, w którym przydomku zakochałem się bardziej, ale takich dwóch jak te trzy, to nie ma ani jednego!
No dobra, dobra. Trochę się dałem ponieść. Na razie to Kacper musi gonić takich skoczków jak Piotr Fijas, Dawid Kubacki czy Piotr Żyła. Ale przecież żaden z nich nie przywiózł z Predazzo indywidualnego medalu. Dlatego skojarzenia Kacpra z dwiema wyżej wspomnianymi legendami polskich skoków są uprawnione. A żeby mu sodówka nie uderzyła do głowy, to przypomnijmy, że na razie to chłopak jeszcze w pucharze świata nie stawał na podium. Aczkolwiek co do sodówki, to wszyscy, którzy go znają, mówią, że nie ma o tym mowy. Kacper jest tak poukładany, że wręcz nudny. Tu nie będzie żadnego nykanenowania proszę państwa. Lektor w kościele, wzorowy uczeń zarówno w ocenach jak i zachowaniu, mądry chłopak wykonujący bez szemrania polecenia trenerów, kalkulujący, podchodzący do wszystkiego na chłodno, spokojnie, odpowiedzialny starszy brat czwórki rodzeństwa. Każda zatroskana o swoją córkę mamusia chciałaby takiego kandydata na narzeczonego.
W jakich my czasach żyjemy. Od 2002 roku, nasi skoczkowie zdobywają medale na każdej olimpiadzie, wyjąwszy Turyn. A przecież i tam Adam Małysz był w jednym z konkursów w czołowej dziesiątce. Może i to był jakiś podświadomy filar naszego chciejstwa? Że jak Igrzyska, to jakiś medal musi być? Że skoro cztery kata temu w Chinach wyskakał nam brąz ni gruchy ni z pietruchy pogrążony w głębokim kryzysie Kubacki, to we Włoszech tym bardziej musiał nam go wyskakać pukający coraz odważniej do czołówki Tomasiak? I skoro Dawid miał wtedy brąz, to Kacper musi mieć srebro? Jest jakaś logika w tym braku logiki. Jest jakaś metoda w tym szaleństwie. Bo przecież ten medal wymyka się racjonalnemu myśleniu. Przecież my tej zimy leżymy i kwiczymy. A jednak w Cortinie mamy już rozdane trzy komplety medali w skokach i Austria na razie nie ma nic, a my mamy srebro. Bo indywidualnie bez medali są na razie dotychczasowi bohaterowie sezonu - Prevc, Kobayashi, Lanišek. Ale tak jak Ania Twardosz zajęła w swoim konkursie najlepsze miejsce tej zimy (wyrównane), tak samo Kacper Tomasiak zajął w swoim medalowym debiucie najlepsze miejsce. Cóż za wyczucie czasu! Ania oczywiście musi być w cieniu Kacpra, ale doceńmy ją. Czołowa dziesiątka na Igrzyskach. Najlepsze miejsce w historii.
Niestety, to tylko listki figowe. Pozostałe wyniki - czy to indywidualne Poli Bełtowskiej, Pawła Wąska i Kamila Stocha, czy to wynik naszej drużyny mieszanej (pokonaliśmy jedynie Rumunię) czy ogólnie wyniki w pucharze świata - to obraz smutny. Obraz biedy z nędzą. A lwia część sezonu już za nami. Ale na narzekania przyjdzie jeszcze czas. Nie psujmy sobie nastroju, jeszcze jest czas radości i świętowania.
Tym bardziej, że szalonych historii jest więcej. Historia Tomasiaka jest filmowa? To co powiecie o Deschwandenie? Wydawało się, że podstarzały (za chwilę mu stuknie 35 lat) Szwajcar wszystko co najlepsze ma już za sobą. Dwa poprzednie sezony miał najlepsze w karierze, okraszone podiami. Chłopina tej zimy najwyżej dochrapał się dziesiątego miejsca (trzykrotnie). Ale aż 7 razy zdarzyło mu się nie wejść do drugiej serii. Ostatnimi tygodniami wręcz rolę lidera kadry przejmował już od niego Sandro Hauswirth. Gregor zajął 30. miejsce na mistrzostwach świata w lotach, z Willingen wrócił bez punktów. W treningach olimpijskich - marazm. Aż tu nagle po rozmowie z trenerami serwisant Björn Schneider wsiada w samochód i zapieprza 400 km przez zaśnieżone Alpy po inne narty. Przypominam, w tych zaśnieżonych Alpach tuż przed Igrzyskami zdarzały się takie historie, że autokary z dziennikarzami dojeżdżały nie miejsce rankiem, zamiast wieczorem. Potem 400 km z powrotem i na tych nartach Deschwanden skacze po brązowy medal. Po pierwszej serii jest ex-aequo z Tomasiakiem po drugiej ląduje na najniższym stopniu podium z Renem Nikaidō. Na podium musi wystąpić w pożyczonej kurtce, bo tak bardzo nie wierzył w jakikolwiek sukces, że nie zabrał galowego wdzianka. No mamy tu kolejną underdog story na miarę Hollywood. Ja już to widzę oczami wyobraźni proszę wycieczki, już to widzę. Zasypana droga i zmiana trasy niczym w Drużynie Pierścienia. Klejące się od zaspania oczy i samochód jadący prosto na czołówkę z ciężarówką. Auto serwismana wiszące dwoma kołami nad przepaścią. Trener i skoczek czekający na narty do ostatniej chwili przed konkursem. Członkowie bawarskiej orkiestry dętej jadący na imprezę karnawałową do Tarentu, ratujący dzielnego serwismana z opresji i podwożący go swoim wesołym autobusikiem, częstujący go golonką i rozgrzewającą Jagatee. Jodłujący i grający na akordeonach i puzonach poklepujący go po plecach, że na pewno zdążą, bo jednooki Hans jest najlepszym kierowcą w powiecie. Widzicie to ze mną kochani? W roli Deschwandena Timothée Chalamet. W roli Bine Norcicia - Tom Hardy. Serwismana gra Sebastian Stan. No i oczywiście Letitia Wright albo Lupita Nyong'o jako Marysia Grzywa!
Historia mistrza olimpijskiego - Phillipa Raimunda też nadaje się na ekran. Tu bym widział ciężki, psychologiczny dramat sportowy opisujący trudne relacje Niemca z Mariusem Lindvikiem. Tyle, że sytuacja jest rozwojowa, więc na razie nie ma pomysłu na koniec. Ale na pewno nie mógłby to być happy end.
Za to ja już będę zmierzał do endu. Choć Igrzyska w wykonaniu skoczków dopiero na półmetku. Zakończyliśmy przygody na skoczni normalnej, teraz skoczkowie przenoszą się na skocznię dużą. A tam tylko jedno jest pewne - Domen Prevc na pewno wywalczy medal.
Cytat zupełnie na temat:
"Kibicowałem. Robiłem zdjęcia. Miałem trąbkę, którą przemyciłem przez bramkę, bo nie wolno było wnosić. Było takie zamieszanie, że pani chciała mi ją odebrać, ale ją schowałem i wszedłem z powrotem. W pierwszej serii dmuchałem, potem pomyślałem 'kurcze, może jednak nie dmuchać. Może lepiej oglądać i zobaczyć co się dzieje'."
Były skoczek, prezes PZN, Adam Małysz
Tak to jest, Proszę Wycieczki, jak były skoczek po raz pierwszy wchodzi na trybuny i nie wie co robić. Dobrze, że wokół byli bardziej doświadczeni kibice i wytłumaczyli nowicjuszowi, na czym polega kibicowanie.
A tak na poważnie, to ukłony dla Pana Prezesa, że zrezygnował z akredytacji, kupił normalnie bilet i poszedł na trybuny. Gest warty docenienia na takiej imprezie.
Cytat zupełnie nie na temat:
"Społeczeństwo bez przeszłości to zbiegowisko"
Stanisław Lem
Ceterum autem censeo notas artifices esse delendas.
***
Felieton jest z założenia tekstem subiektywnym i wyraża osobistą opinię autora, nie stanowiąc oficjalnego stanowiska redakcji. Przed przeczytaniem tekstu zapoznaj się z treścią oświadczenia dołączonego do artykułu, bądź skonsultuj się ze słownikiem i satyrykiem, gdyż teksty z cyklu "Okiem Samozwańczego Autorytetu" stosowane bez poczucia humoru zagrażają Twojemu życiu lub zdrowiu. Podmiot odpowiedzialny - Marcin Hetnał, skijumping.pl. Przeciwwskazania - nadwrażliwość na stosowanie językowych ozdobników i żartowanie sobie z innych lub siebie. Nieumiejętność odczytywania ironii. Nadkwasota. Zrzędliwość. Złośliwość. Przewlekłe ponuractwo. Funkcjonalny i wtórny analfabetyzm. Działania niepożądane: głupie komentarze i wytykanie literówek. Działania pożądane - mądre komentarze, wytykanie błędów merytorycznych i podawanie ciekawostek zainspirowanych tekstem. Kamil Stoch ostrzega - nieczytanie felietonów Samozwańczego Autorytetu grozi poważnymi brakami wiedzy powszechnej jak i szczegółowej o skokach.
P.S. Kochani, nie karmcie mi tu trolli. Ja też się będę starał.