Paweł Wąsek po PŚ w lotach na Kulm: „Jak nie idzie, to żadna skocznia nie pomoże”
Weekend lotów w Bad Mitterndorf nie ułożył się po myśli Pawła Wąska. W niedzielę zakończył rywalizację na 39. miejscu, a więc niemal na samym końcu konkursowej stawki. Po konkursie nie uciekał od analizy i przyznał wprost, że plan był, ale nie udało się go prawidłowo zrealizować.
Na niedzielę nie zakładano rewolucji - raczej konsekwentne dopracowanie tego, co nie zagrało wcześniej.
- Plan był taki, żeby stabilnie dojechać do końca progu. W przejściu trochę mi to wszystko „siadało”. Chodziło o to, żeby jednym ruchem dostać się nad narty i lecieć. No ale nie do końca wyszło. W konkursie poszedłem już na ryzyko, „full gaz” w przód, ale ewidentnie zabrakło wysokości. Trzeba to przeanalizować i znaleźć jakiś pomysł na te loty na dalszą część sezonu.
Mimo słabszych odległości Wąsek podkreśla, że w ten weekend nie zabrakło odwagi.
- Czułem się naprawdę dobrze. Jedynie przed pierwszym skokiem, kiedy wyjechaliśmy na górę, pojawiło się trochę stresu i strachu. Ale po pierwszej próbie wszystko było już w porządku.
Co ciekawe, sam zauważa u siebie większy luz, niż dawniej.
- Śmiałem się, bo trenerzy zaproponowali, żebym wziął zupełnie inne narty, na których dawno nie skakałem. Bez problemu je wziąłem. Znając siebie sprzed kilku lat, na pewno bym tego nie zrobił.
Czy przy takich odległościach można w ogóle mówić o przyjemności z latania?
- Ciężko o frajdę przy takich metrach, bo człowiek wymaga od siebie dużo więcej i chciałby latać daleko za punkt konstrukcyjny. Czystej frajdy ze skoku nie było, ale adrenalinę dało się poczuć.
Przed skoczkami jeszcze miesiąc sezonu zimowego. Dla wicemistrza olimpijskiego najważniejsza będzie teraz spokojna praca nad dyspozycją.
- Teraz mamy trening w Zakopanem. Uda się na spokojnie poskakać, może nabrać trochę luzu. Może w Lahti, na mniejszej skoczni, będzie łatwiej. Trzeba po prostu z zawodów na zawody starać się skakać jak najlepiej.
Sam przyznaje, że to specyficzny moment w jego karierze. Z jednej strony - wywalczony medal na igrzyskach w Mediolanie-Cortinie. Z drugiej - brak choćby jednego miejsca w czołowej trzydziestce w trakcie weekendu Pucharu Świata.
- Porąbany czas, ale tak w sporcie bywa. Dobrze, że igrzyska wyszły, że był ten promyczek w sezonie. Ale mamy jeszcze miesiąc i wierzę, że te skoki, które zaczęły funkcjonować na igrzyskach, będę w stanie pokazać też w Pucharze Świata.
Przed zawodnikami Lahti - miejsce, skąd Wąsek ma dobre wspomnienia. Czy wierzy w „magię skoczni”?
- Dużo było już skoczni w tym sezonie, gdzie w przeszłości działy się piękne rzeczy. W zeszłym roku Lahti mi super siadło, ale z roku na rok wszystko się zmienia. Jak nie idzie, to żadna skocznia nie pomoże. A jak idzie, to żadna nie przeszkadza.
Na koniec odniósł się do pytania jednego z młodszych kibiców, który zastanawiał się, dlaczego w kwalifikacjach lądował bez telemarku.
- Na loty miałem cel, żeby jak najbardziej zamkniętą, agresywną pozycję trzymać w powietrzu i nabierać prędkości. Byłem jednak bardzo nisko i trzymałem to do końca, żeby wyciągnąć jak najwięcej metrów. Kiedy wiedziałem, że to już limit, wyciągnąłem tylko nogi do przodu. Na telemark było za późno. Na szczęście do awansu do konkursu wystarczyło.
Korespondencja z Bad Mitterndorf, Dominik Formela