Maciej Kot i... sztuka omijania powietrznych dziur w Oslo. „Najważniejsze, by w nią nie wpaść”
Maciej Kot był najlepszym z reprezentantów Polski w piątkowych kwalifikacjach do konkursu Pucharu Świata w Oslo. Na Holmenkollbakken warunki były trudne, a rozegranie jakiejkolwiek serii przez długi czas stała pod znakiem zapytania. Na trybunach pojawiło się niewielu kibiców, co na tej skoczni jest widokiem rzadkim.
Sam zawodnik przyznał, że tak pustych trybun w Norwegii dawno nie widział.
- Było pusto, choć pamiętam podobną sytuację z czasów pandemii, kiedy obowiązywał zakaz wstępu dla kibiców. Wtedy krążył nawet w internecie filmik, jak machałem do pustych trybun. Dzisiaj wstęp był otwarty, ale ludzi brakowało. Mam nadzieję, że to przez pogodę i niepewność, czy zawody w ogóle się odbędą, i że jutro frekwencja będzie zdecydowanie lepsza.
Kot oddał solidny skok w kwalifikacjach, choć wcześniej zdecydował się na ryzykowny ruch sprzętowy. Jak podkreślił, kluczowe w tym wypadku było zaufanie do własnego skakania.
- W treningu spróbowałem zmiany sprzętowej, ale wiedziałem, że w razie czego wrócę do tego, co działało. Na kwalifikacje wróciłem do ustawień, którym ufam, i oddałem normalny, w porządku skok. Bez szału, ale taki, który pozwala walczyć.
Decyzja o testach w tak trudnych warunkach mogła wydawać się ryzykowna, ale była zaplanowana wcześniej.
- Nie wiem, czy to była odwaga, czy głupota - czasem granica jest cienka. Przygotowywałem się jednak do tej zmiany już w Zakopanem. Plan był taki, żeby spróbować w treningu, a w kwalifikacjach wrócić do sprawdzonych ustawień. Najważniejsze było dziś nie tyle szczęście, co zaufanie do sprzętu i przede wszystkim do siebie.
Zmiana, o której mówił 34-latek, dotyczyła sprzętu, ale nie była żadną tajemnicą technologiczną.
- Chodziło o nowe buty, które niczym się nie różnią - poza tym, że są nowsze i sztywniejsze. Pod kątem mamuta, jeśli pojawi się szansa na start w Vikersund albo w Planicy, taka sztywność może pomóc w kontroli nart i w pierwszej fazie lotu. Problem w tym, że trzeba się do nich przyzwyczaić, a przy jednym skoku w takich warunkach trudno złapać odpowiednie czucie.
Dlatego w kwalifikacjach Polak wrócił do sprawdzonego zestawu.
- Dobrze, że mam sprzęt, do którego mogę wrócić i któremu ufam. Nie ma przymusu, żeby coś zmieniać, jeśli to działa.
Holmenkollen od lat uchodzi za jeden z najbardziej kapryśnych obiektów w kalendarzu. Kot podkreśla, że tu nie chodzi o silny wiatr pod narty, lecz o stabilne warunki.
- Z mojej perspektywy najważniejsze jest to, żeby nie wpaść w dziurę. Powietrze tutaj jest bardzo niestabilne, a osłony czasem robią więcej zamieszania niż pomagają. Można mieć sporo odjętych punktów za wiatr, a i tak "nie poleci", bo trafisz w dziurę. Najlepiej, kiedy powietrze jest po prostu równe, stabilne na całej długości lotu.
Solidny, 124-metrowy skok w kwalifikacjach dał Kotowi 15. miejsce i pewny awans do sobotniego konkursu indywidualnego. Cenna była również satysfakcja z tego, że baza, nad którą pracuje od tygodni, zaczyna działać.
- Pomimo słabego treningu udało się wrócić do normalnego skakania. Teraz pytanie, co zrobić, żeby jutro było jeszcze lepiej - podsumował.
Korespondencja z Oslo, Dominik Formela