Rekordzista świata wśród... fizjoterapeutów. Skoki na mamucie łączy z pracą w kadrze
Na co dzień dba o zdrowie słoweńskich skoczków, a w wolnych chwilach sam zakłada narty i rusza z belki na mamucich skoczniach. Lojze Petek – fizjoterapeuta kadry, były zawodnik, który we wrześniu skończy 29 lat – w Vikersund poleciał na odległość 208,5 metra, ustanawiając życiowy rekord. W środę będzie jednym z testerów Letalnicy. O łączeniu dwóch ról, ryzyku lotów narciarskich i pasji, która nie gaśnie mimo upływu lat, opowiada w rozmowie po swoim wyjątkowym skoku.
Skijumping.pl: Widujemy się od wielu miesięcy podczas konkursów Pucharu Świata, ale dopiero po czwartkowym teście mamuciej skoczni w Vikersund – gdy razem jechaliśmy busem do Drammen – zorientowaliśmy się, że to właśnie ty jesteś Lojze Petek. I że tego dnia przyjechałeś do Vikersund nie jako członek słoweńskiej ekipy, lecz po to, by samemu skakać...
Lojze Petek: (śmiech)!
Zacznijmy od twojej historii ze skokami narciarskimi. Wiem, że zakończyłeś starty w zawodach FIS około 10 lat temu.
Zgadza się. Zacząłem skakać, gdy miałem sześć lat. Jeszcze przed studiami doznałem kontuzji i wtedy zdecydowałem, że pójdę w kierunku fizjoterapii. Później jeszcze startowałem w zawodach juniorskich, ale gdy zacząłem studia, odstawiłem skoki na bok. Mimo to cały czas starałem się być blisko skoków – co roku realizowałem jakieś 10–15 treningów. Dzięki temu zachowałem kontakt z tym sportem. Co roku byłem też przedskoczkiem na lotach w Planicy i na innych mamutach. Nigdy jednak nie byłem w tak dobrej formie jak teraz – choć i tak ważę jakieś 20 kilogramów za dużo, żeby być profesjonalistą. Ale sprawia mi frajdę, że mogę łączyć jedno z drugim.
Nie myślisz o powrocie do profesjonalnego skakania?
Nie, zdecydowanie nie.
Od ilu lat jesteś fizjoterapeutą w słoweńskiej reprezentacji?
Najpierw przez rok pracowałem z drużyną kobiet, a teraz już drugi rok z mężczyznami. W sumie trzy lata.
Jak w ogóle znalazłeś się na liście startowej w Vikersund jako przedskoczek?
Pierwszy raz miałem taką szansę w czasie pandemii, ale wtedy zawody odwołano. Pomógł mi w tym Aljosa Dolhar z mojego klubu. Dzięki temu nawiązałem kontakt z organizatorami i skoro jestem tutaj z kadrą, pozwolono mi skakać jako przedskoczek.
Jak wyglądały twoje przygotowania do tego weekendu?
W zeszłym roku latałem w Planicy, ale latem praktycznie nie miałem czasu na trening, bo prowadzę też własny gabinet fizjoterapii. Pracuję i z kadrą, i u siebie. Zimą zaliczyłem może trzy–pięć treningów, potem skakałem w Bad Mitterndorf i to był mój pierwszy weekend ze skokami od tamtego czasu.
Twój dzień podczas takich zawodów musi być kompletnie szalony – skoki, przebieranie się, praca z zawodnikami…
Dokładnie tak. Dzisiaj wstałem o 5:45 i pojechałem na skocznię, bo musimy być wcześniej niż zawodnicy. Potem wróciłem do hotelu na aktywację z chłopakami. Później obiad, po obiedzie znowu wyjazd na skocznię, rozciąganie i przygotowanie zawodników. W trakcie zawodów oni skaczą, a po nich mamy jeszcze zabiegi, regenerację, kolację… i dzień się kończy.
Przy takiej pracy – jak to w ogóle możliwe, że wciąż latasz tak daleko?
Nigdy wcześniej nie skoczyłem tak daleko. To był mój pierwszy lot powyżej 200 metrów. Sam byłem zaskoczony, że wciąż jestem w stanie tyle polecieć, bo przy pracy, którą wykonuję, naprawdę trudno to pogodzić. Ale jakoś się udało.
Czy przedskoczkowie przechodzą kontrolę sprzętu?
Tak, mamy podobne pomiary na górze, jak zawodnicy – na przykład kontrolę kroku w kombinezonie. Nie przechodzimy jednak wszystkich tych szczegółowych kontroli po skoku, które mają zawodnicy z pucharowej stawki.
Sprzęt, na którym skaczesz, jest twój?
Tak, cały jest mój. W zasadzie to sprzęt sprzed 10 lat – nie nadążałem za zmianami.
To ciekawa sytuacja – często mamy anonimowych przedskoczków, którzy umiarkowanie dobrze radzą sobie na mamutach. Ty jednak udowadniasz, że można naprawdę dobrze latać jako hobbysta.
Gdybym nie był pewny siebie i nie był w stanie oddać dobrego skoku, nigdy nie poszedłbym na mamuta. Tu całe ryzyko bierzesz na siebie. Gdy już ruszysz z belki, nie możesz się zatrzymać ani wycofać – musisz dokończyć skok. W narciarstwie zjazdowym zawsze możesz się zatrzymać, tutaj nie. Dlatego jeśli nie czujesz się gotowy albo boisz się, lepiej w ogóle nie próbować. Zawsze zaczynam od mniejszych skoczni i jeśli widzę, że poziom nadal jest odpowiedni, dopiero wtedy jadę na loty.
Skoro tutaj skoczyłeś 208,5 metra, to na swojej skoczni w Planicy powinno być jeszcze łatwiej?
Mam taką nadzieję. Bardzo męczyłem się w Vikersund, bo to nietypowa skocznia – za progiem leci się bardzo nisko, a potem dopiero zyskuje się wysokość. W Planicy jest się wyżej i łatwiej dokładać kolejne metry. Liczę, że tam będzie jeszcze lepiej.
Jak reaguje twoja drużyna? Są żarty, komentarze?
Raczej pozytywne reakcje. Uważają, że jestem trochę szalony, ale mnie wspierają.
Powinienem zatytułować ten wywiad: „rekordzista świata wśród fizjoterapeutów”?
(śmiech) Można, tak prawdopodobnie jest!
Z Lojze Petkiem – w Vikersund – rozmawiał Dominik Formela