Wiatr zmian w polskich skokach? Prezes Małysz: „To wszystko się odrodzi”
Sezon 2025/26 dobiega końca, ale w polskich skokach pytań jest dziś więcej niż odpowiedzi. Po konkursie drużynowym w Planicy prezes Polskiego Związku Narciarskiego Adam Małysz długo i bardzo otwarcie mówił o najważniejszych problemach kadry: przyszłości Macieja Maciusiaka, fatalnym poziomie Polaków na przestrzeni całego sezonu Pucharu Świata, sprzęcie, technice, współpracy między grupami szkoleniowymi, miejscu starszych zawodników w nowym układzie i konieczności przebudowy systemu.
Najważniejsze pytanie dotyczy dziś przyszłości trenera głównego reprezentacji Polski. Małysz przyznał, że temat nie został jeszcze formalnie rozstrzygnięty, ale po igrzyskach nikt nie zakładał rewolucji.
- Póki co nawet o tym nie myśleliśmy. Patrząc na to, jak wyszły igrzyska, to na pewno nie braliśmy pod uwagę jakichkolwiek zmian. Bo też nie przypuszczaliśmy, że po igrzyskach wrócimy do miejsca, w którym byliśmy przed igrzyskami.
Prezes zaznaczył jednak, że po sezonie będą zmiany, choć dziś nie potrafi jeszcze powiedzieć, czy personalne.
- Myślę, że będą zmiany na pewno, ale trudno mi powiedzieć, czy to będą zmiany, jeśli chodzi o personalia. Raczej potrzebujemy kogoś więcej, kto jest w stanie nam pomóc.
W jego opinii najważniejsze nie jest dziś szukanie winnego, ale stworzenie spójnego, dobrze funkcjonującego systemu.
- Jeszcze w zeszłym roku wydawało się, że system musimy budować wyłącznie na polskich trenerach, na polskiej myśli szkoleniowej. Przez lata próbowaliśmy czerpać od innych i to było fajne - ale czasowo, a długoterminowo zawodziło. Po sezonie na pewno będziemy mieć spotkanie. Przeanalizujemy co było dobre, co było złe, co możemy zrobić i przede wszystkim jak zbudować ten system.
Małysz nie próbował uciekać od brutalnej oceny zimy. Choć igrzyska olimpijskie przyniosły trzy medale, sam jasno powiedział, że nie przykrywają fatalnego poziomu, który nasi skoczkowie prezentowali na przestrzeni całego sezonu Pucharu Świata.
- Jeśli igrzyska byłyby na koniec, byłoby cudownie. Koniec sezonu, fajne wyniki. Oczywiście medale są bardzo ważne, bo igrzyska są co cztery lata. Ale Puchar Świata jest położony totalnie - zarówno jeśli chodzi o to, co było przed igrzyskami, jak i po nich.
Prezes nie zgadza się więc z uproszczoną narracją, że sukces Tomasiaka sprawił, iż wszystko było w porządku.
- Igrzyska rządzą się swoimi prawami. Ale jeśli pada pytanie, czy są w stanie cokolwiek przykryć, to nie - nie przykrywają tego, jak wyglądał cały sezon.
W rozmowie padł też ważny wątek związany z funkcjonowaniem całego środowiska i oczekiwaniami sponsorów. Prezes Polskiego Związku Narciarskiego nie miał wątpliwości, że samym olimpijskim błyskiem nie da się zbudować stabilności.
- Dokładnie tak jest. Dlatego ta sytuacja jest dla nas trudna. Myślę, że zbudowanie samego systemu może nas uratować i spowodować, że nie będziemy tylko chwilowo i czasowo w dobrej dyspozycji, ale będzie kontynuacja - tak jak u Austriaków, Słoweńców, Norwegów czy Niemców.
Wskazał, że tam regularnie pojawiają się nowe nazwiska, a wymiana pokoleniowa jest naturalna.
- Tam pojawiają się nowe nazwiska, tak jak u nas Kacper Tomasiak. I to powinno być kontynuowane. My dalej mamy jedną z najstarszych drużyn na świecie i na pewno nie można tych chłopaków zostawić, ale też trzeba zrobić tak, żeby młodzi szybciej dochodzili do Pucharu Kontynentalnego, a potem do Pucharu Świata.
Małysz odniósł się też do pojawiających się sygnałów, że do struktur PZN może dołączyć ważna postać.
- Jeśli to wszystko wypali, ogłosimy to na pewno gdzieś po świętach. Na razie jesteśmy w trakcie przygotowania i decyzji, która ma zapaść nie tylko z naszej strony. Nie mogę zdradzić, co to dokładnie będzie, ale mam nadzieję, że to pierwszy krok dotyczący systemu.
Prezes nie pozostawił złudzeń, że obecny poziom kadry jest nieakceptowalny. W jego ocenie zawodnicy byli dobrze przygotowani fizycznie, ale zawiodły inne filary.
- Nikt nie będzie kogokolwiek wybielał i mówił, że było wspaniale. Oczywiście igrzyska wyszły, a teraz jest fatalnie. To nie jest tak, że zawodnicy nie są przygotowani, bo fizycznie ich przygotowanie było bardzo dobre. Moja opinia jako byłego zawodnika jest przede wszystkim taka - po pierwsze sprzęt, po drugie technika. To najbardziej zawiodło. Jeśli do tego dojdzie przygotowanie fizyczne, to wszystko może funkcjonować. Jeśli tego zabraknie, nie będzie skakania.
Bardzo mocno wybrzmiał temat sprzętu. Małysz przyznał wprost, że Polacy są dziś daleko w tyle, jeśli chodzi o prędkości najazdowe.
- Wiemy, że jesteśmy bardzo z tyłu, jeśli chodzi o prędkości. To jest do wytłumaczenia, bo wiemy, że Niemcy i Szwajcarzy mają specjalne struktury, których nie da się dostać na rynku. Szwajcarzy przez ostatni rok czy dwa poszli tak do przodu z prędkościami, że nawet Simon Ammann, który jeździł wolno, często jest w topie, jeśli chodzi o prędkości.
Prezes PZN wyjaśnił również, kto był odpowiedzialny za przygotowanie sprzętu. W jego opinii zabrakło także odpowiedniego ryzyka przy przedsezonowych pomiarach.
- Odpowiedzialny jest cały sztab. Nie wliczałbym tu Michala Dolezala, który jest trenerem Kamila i tylko pomagał. Ale pozostałe rzeczy, które były, nie funkcjonowały. Myślę, że same pomiary, które wykonano, jeśli chodzi o kombinezony, były za mało ryzykowne. Podeszliśmy do tego tematu asekuracyjnie, a inni po prostu poszli po bandzie, zaryzykowali.
Kolejnym problemem jest odpowiednia technika. Małysz nie ukrywał, że tu potrzebna jest poważna korekta.
- Na pewno będę optował za ty, by zmieniona została technika. Faktycznie, tak skakać się nie da. Widać, że nasi zawodnicy nie są aktywni na rozbiegu i później nie są w stanie odlecieć, bo nie mają prędkości. Tutaj trzeba bardzo dużej zmiany.
Odniósł się też do opinii Domena Prevca, który stwierdził, że Kacper Tomasiak skacze techniką bardziej rozwiniętą niż reszta Polaków.
- Jestem zaskoczony, że Domen tak mówi. To wciąż jest trochę nasza technika, choć zupełnie inna niż u Słoweńców czy Norwegów, gdzie pozycja jest dużo bardziej aktywna i bardziej „do kierunku”.
Jednocześnie przyznał, że obawiał się lotów Tomasiaka na mamucie.
- Baliśmy się, że tylko na normalnej skoczni będzie mu łatwiej. Ma mocne odbicie, nad narty, wysoko - ale potem, gdy trzeba lecieć, on leci zbyt wolno, co zobaczyliśmy w Vikersund.
Małysz został też zapytany o to, czy projekt Kamila Stocha i Michala Dolezala nie „rozmył się” w ostatnim czasie. Zauważalna była większa współpraca kadry narodowej oraz teamu stworzonego wokół trzykrotnego mistrza olimpijskiego.
- To było na prośbę Michala i Kamila. Oni sami przez ten rok spostrzegli, że trudno jest funkcjonować zupełnie poza kadrą. Ja także miałem taki team, ale współpraca była większa. Z drugiej strony ja potrafiłem tak funkcjonować. Kamil jest stworzony przede wszystkim do współpracy z wieloma zawodnikami. Do indywidualnego przygotowania musisz być gotowy i musisz tego chcieć w stu procentach.
Bardzo ciekawie wybrzmiał wątek przyszłości starszych zawodników. Małysz nie ukrywa, że większy priorytet powinien pójść w młodzież, ale nie chce odcinać doświadczonych skoczków.
- Na pewno ostatnie zdanie będziemy mieć my. Należy bardziej skoncentrować się na młodych zawodnikach, ale nie pozostawiając tych starszych. Od dawna mówiłem, że ci starsi zawodnicy powinni przede wszystkim pracować w grupach bazowych. Tak jak było z Maćkiem Kotem - swoje najlepsze skoki w ostatnim czasie oddawał, gdy nie był członkiem kadry A w tym klasycznym rytmie, tylko bardziej w bazie. Oni mają rodziny, potrzebują więcej swobody. Wtedy okazałoby się, czy chcą to wciąż robić w stu procentach profesjonalnie.
W przypadku młodych sportowców filozofia musi być odwrotna.
- Młodego należy wziąć, przypilnować, pokazać kierunek, dać mu to coś, żeby się rozwijał i nauczył się poświęcenia.
Wiślanin zapytany o przepływ między kadrą A, B, juniorami i grupami bazowymi, przyznał, że formalnie zawodnicy mają opiekę, ale praktyka nie zawsze wygląda idealnie.
- Przykładowo - jeśli Olek Zniszczoł nie jedzie na Puchar Świata, to przechodzi do Wojtka Topora i tam jest z kadrą B. Oni z Robertem Mateją powinni się nim zająć. To nie jest tak, że nie ma kto się nimi zajmować. Dużo również zależy od zawodnika - czy on faktycznie chce.
Jednocześnie wskazał na ważny problem systemowy.
- Jeśli chodzi o samą współpracę, to przygotowanie fizyczne było wspólne - wszystkich przygotowywał Michał Wilk. Każdy z zawodników trenował według jednej myśli pod kątem fizyczności. Ale jeśli chodzi o samą skocznię, czyli technikę, która u nas zawiodła, to już była rozbieżność. Czas to połączyć i iść w dobrą stronę.
Małysz uważa, że sukces Kacpra Tomasiaka nie jest przypadkiem, ale efektem działań systemowych.
- System to przede wszystkim szerokie kadry juniorskie - myślę, że to zadziałało. W juniorach ten narybek faktycznie jest i każdy z tych zawodników ma szansę startów.
Ale równocześnie jasno zaznaczył, że sam Tomasiak ma cechy wyjątkowe.
- Kacper jest na pewno dużym talentem. Nie tylko pod kątem dynamiki czy tego, że potrafi lecieć, ale przede wszystkim psychiki. On staje na rozbiegu obok mistrzów olimpijskich i zwycięzców Pucharu Świata i to go nie deprymuje - dostaje jeszcze mocniejszego pozytywnego „kopa”. I to jest coś, co chciałbym, żeby pozostali zawodnicy mieli. Z tym jednak trzeba się chyba urodzić.
Nie zabrakło wątku Kamila Stocha, który kończy karierę. W swoich ostatnich skokach nie prezentuje jednak optymalnego poziomu sportowego.
- To jest właśnie najgorsze - jest zawodnik, który tyle osiągnął, jest tak temu wszystkiemu poświęcony, a w pewnym momencie po prostu głowa nie funkcjonuje. Tego nie da się przewidzieć. Gdyby ktoś dwa lata temu powiedział mi, że Kamil pewnej presji nie wytrzyma, to bym go wyśmiał. Ale niestety to nie jest łatwe. Sam byłem skoczkiem i wiem, że psychika potrafi płatać takie figle, że czasem nie jesteśmy w stanie sobie z tym poradzić.
Prezes PZN został też zapytany o zły obraz polskich skoków w przestrzeni publicznej. Nie ukrywał, że skala krytyki jest dziś duża.
- Przykre to jest, bardzo przykre. Zawsze było tak, że kibice byli z nami na dobre i na złe. Dzisiaj media społecznościowe są bardzo rozwinięte, nie mamy nad tym kontroli. Ludzie mają prawo wyrażać swoją opinię. Mam nadzieję, że już gorzej być nie może i teraz pójdzie tylko ku dobremu. Trzeba to odbudowywać. Jest ta iskierka nadziei - choćby patrząc na Kacpra Tomasiaka, jak i jego brata Konrada, Klemensa Joniaka czy paru innych zawodników, którzy są naprawdę utalentowani. Teraz trzeba ich tylko dobrze poprowadzić.
Co z kolejną kadencją prezesa Polskiego Związku Narciarskiego?
- Cały czas się zastanawiam. Wybory są w połowie czerwca, więc jeszcze mam trochę czasu na przemyślenia. Powiem szczerze, że to sinusoida - raz jestem bardziej na tak, raz bardziej na nie. Jeśli chodzi o sport, to ja tym zawsze żyję i cieszy mnie, jeśli mogę coś zmienić, stworzyć system, pomagać sportowcom i trenerom. Ale męczy mnie to, że muszę być działaczem. Funkcja prezesa jest bardzo ctrudna i zupełnie inna niż funkcja dyrektora sportowego. Dzisiaj nie mam czasu być blisko sportowców, bo jest mnóstwo papierologii, sponsorów, ministerstwa, podpisywania godzinami dokumentów.
Na pytanie, czy polskie skoki umierają, odpowiedział jednoznacznie:
- Na pewno bym tego nie chciał i nie wierzę w to, że tak będzie, że przyjdzie obojętność i polskie skoki umrą. Jest sporo młodzieży, wygląda to optymistycznie. Może Puchar Świata teraz nie wygląda dobrze, ale to wszystko się odrodzi. Jestem o tym przekonany.
Korespondencja z Planicy, Dominik Formela