Strona główna • Polskie Skoki Narciarskie

„Wierzy, że możemy wrócić na szczyt” – Małysz o negocjacjach z Horngacherem

Adam Małysz nie będzie ubiegał się o drugą kadencję w roli prezesa Polskiego Związku Narciarskiego. W rozmowie ze Skijumping.pl opowiada o kulisach tej decyzji oraz o zaawansowanych negocjacjach dotyczących powrotu Stefana Horngachera do Polski, które ostatecznie zostały wstrzymane przez zarząd PZN. Były skoczek odnosi się też do swojej przyjacielskiej relacji z Maciejem Maciusiakiem, a także komentuje składy kadr na nowy sezon, wskazując najważniejsze decyzje i kierunki zmian.

Skijumping.pl: Jakie emocje towarzyszyły Panu 22 kwietnia, gdy przed kamerą Polsatu Sport ogłosił Pan, że nie zamierza ubiegać się o drugą kadencję jako prezes Polskiego Związku Narciarskiego?

Adam Małysz: Z jednej strony żal zostawiać rzeczy, które udało się zrobić i przeforsować. Zawsze chciałem popchnąć ten związek do przodu – w stronę większej świeżości, bardziej nowoczesnego zarządzania, trochę bardziej jak firmą niż tylko stowarzyszeniem. Bo tak naprawdę dziś to już w wielu aspektach funkcjonuje jak firma – nie tylko pod względem budżetów, ale też liczby zawodników, pracowników czy trenerów. Myślę, że udało się zrobić sporo dobrych rzeczy – otwarcie na media społecznościowe, czego wcześniej brakowało, różne innowacje, reformy w kadrach juniorskich, programy takie jak „Akademia Lotnika” czy „Młody Narciarz”.

Z drugiej strony związek potrzebuje świeżości – nowej krwi, nowych projektów, nowych wyzwań, większej nowoczesności. W wielu obszarach udało się coś zmienić, ale oczywiście nie jesteśmy nieomylni. Pewne rzeczy się nie udały, pewne decyzje mogły być błędne. Przy takiej skali działalności to jest naturalne – człowiek uczy się całe życie i takie sytuacje się zdarzają. Ja się tego nie wypieram.

Dlatego z jednej strony była ulga, a z drugiej żal, że coś się kończy. Ale z biegiem czasu – dziś jesteśmy już ponad tydzień po tym spotkaniu zarządu – czuję, że ciśnienie trochę ze mnie zeszło i zaczynam odpoczywać psychicznie. To głównie praca biurowa – załatwianie spraw, chodzenie, szukanie pieniędzy. A mimo to i tak obrywa się za wszystko. Najbardziej cierpi psychika – nikt nie chce słuchać złych komentarzy na swój temat, nikt nie chce doświadczać hejtu, który dziś jest wszędzie. To wpływa nie tylko na ciebie, ale też na twoją rodzinę. Dlatego ten odpoczynek, który już jest odczuwalny po ogłoszeniu decyzji, naprawdę działa i mam nadzieję, że będzie tylko lepiej.

Cztery lata temu zarzucano, że Polski Związek Narciarski po wyborze Adama Małysza na prezesa stanie się „Polskim Związkiem Skoków Narciarskich”. Czy Pana zdaniem udało się tego uniknąć?

Mam taką nadzieję, choć nadal będą sceptycy, którzy powiedzą, że to jest „Polski Związek Skoków Narciarskich”, bo prezesi i zarząd często są bardziej związani z tą dyscypliną. Ja jednak bardzo związałem się też z innymi dyscyplinami, ze snowboardem czy narciarstwem alpejskim – szczególnie jeśli chodzi o główne kadry. I mam nadzieję, że nikt nie odebrał tego tak, że tylko i wyłącznie skoki były dla mnie ważne.

Chciałbym też podkreślić jedną rzecz — prezes tak naprawdę nie ma aż tak dużej władzy, jak się często wydaje. To zarząd podejmuje decyzje. Prezes jest w dużej mierze organem wykonawczym. To nie jest prywatna firma, gdzie jedna osoba decyduje o wszystkim. Tu funkcjonuje system, w którym głos mają różne środowiska, kluby czy okręgi. I to sprawia, że rola prezesa jest trudna, nie tylko w naszym związku, ale w każdym tego typu stowarzyszeniu.

Jak wyglądały Pana relacje z członkami zarządu PZN przez ostatnie cztery lata?

To nie jest tak, że się kłóciliśmy czy że były jakieś poważne spory albo niejasne sytuacje, które powodowały, że nie mogliśmy na siebie patrzeć. Gdybym tak powiedział, to bym skłamał. Oczywiście pojawiały się różnice zdań – przede wszystkim w kwestii kierunku rozwoju. Jeśli spojrzeć na to szerzej, zarząd był dość spójny i w większości przypadków głosował podobnie przy różnych projektach. Moja decyzja była podyktowana głównie tym, że ja widziałbym rozwój związku trochę inaczej niż większość zarządu.

W takiej sytuacji trudno byłoby mi komfortowo realizować coś, co nie jest zgodne z moją wizją. Z drugiej strony nie mogę też wymagać od innych, żeby rezygnowali ze swojego zdania i szli wyłącznie moją drogą. Mają swoją wizję – i myślę, że trzeba to uszanować, tym bardziej że stanowią większość.

Czy rozbieżności z zarządem wokół współpracy ze Stefanem Horngacherem przesądziły o Pana decyzji dotyczącej dalszej pracy w PZN?

Nie, myślę, że to nie była ta konkretna sprawa, tylko raczej zbiór różnych sytuacji, które gdzieś się po drodze pojawiały. To był po prostu pewien proces. Być może sprawa Stefana Horngachera była takim ostatnim punktem, bo w takiej sytuacji naturalnie traci się trochę zaufania do środowiska zarządu, skoro nie popiera on tej kandydatury.

Trzeba też jasno powiedzieć – ja nie odchodzę, tylko kończę kadencję. I do samego końca chciałem działać dla dobra tego sportu. Dlatego negocjacje trwały naprawdę długo. Zaczęliśmy rozmowy ze Stefanem Horngacherem około dwóch miesięcy wcześniej, budując całą strukturę – razem z Maćkiem Maciusiakiem i Michalem Doležalem. Michal miał też propozycje z innych krajów, ale Stefan przekonał go do pozostania w tym projekcie.

Trochę mnie to wszystko zabolało, ponieważ ja prowadziłem te negocjacje, mając na to zgodę. Oczywiście zarząd ma do tego pełne prawo – chce poczekać na nowy skład, na nowego prezesa, który podejmie ostateczne decyzje. I to trzeba uszanować.

Rozumie Pan postawę członków zarządu PZN, którzy swoją decyzję argumentują niechęcią podpisywania kontraktu z Horngacherem przed wyborem nowego prezesa federacji?

Powiem szczerze, że na początku byłem trochę zły na tę sytuację. Z czasem jednak to przemyślałem i uznałem, że zarząd ma do tego prawo – tym bardziej, że może mieć po prostu inną wizję dalszego funkcjonowania związku. To zresztą nawiązuje do tego, o czym mówiłem wcześniej — nasze spojrzenie na rozwój nie we wszystkich kwestiach było zbieżne.

Stąd prawdopodobnie decyzja, żeby poczekać z tą sprawą na nowy zarząd i nowego prezesa. Próbowałem tłumaczyć, że w przypadku trenerów tej klasy czas ma ogromne znaczenie – takie umowy podpisuje się zazwyczaj w kwietniu albo przynajmniej daje się konkretne gwarancje. Tych propozycji na rynku jest dużo, więc jeśli naprawdę chcesz kogoś pozyskać, musisz mu dać poczucie pewności.

Ja nie byłem w stanie takich gwarancji dać, więc wszystko znalazło się trochę w zawieszeniu. Oczywiście deklaracja ze strony związku jest taka, że rozmowy będą kontynuowane na dalszym etapie – ale już nie ze mną.

Jak Stefan Horngacher odbiera powstałe zamieszanie?

Przeżył to dosyć mocno, na pewno. Ja sam też to przeżyłem, bo było mi zwyczajnie głupio z nim rozmawiać w tej sytuacji. Można powiedzieć, że w pewnym momencie wręcz zapewniałem go, że będziemy razem pracować, więc tym trudniej było do niego zadzwonić i przekazać mu te informacje. Myślę, że niejedna osoba na jego miejscu by się obraziła i zrezygnowała, poszła gdzie indziej. Stefan jednak zna Polskę, zna to środowisko.

Z jednej strony to człowiek bardzo twardy, który nie pozwala sobie na pewne rzeczy i ma swoje zdanie. Z drugiej – przez ostatnie tygodnie i miesiące włożył naprawdę dużo pracy w przygotowanie całego systemu i tego, jak miałoby to wyglądać. Te rozmowy i konsultacje z Michalem i Maćkiem pokazały mu, że może zrobić coś więcej. Sam mi mówił, że w Niemczech chciał wdrożyć pewną wizję, ale nie do końca było mu to dane. Tam miał się skupić głównie na kadrze A. Ma jednak większe ambicje: chciałby stworzyć coś na lata, przekazać swoją wiedzę, zbudować system, a nie działać tylko „tu i teraz”.

Myślę, że dlatego jeszcze nie zrezygnował, nie odłożył wszystkiego i nie odszedł, tylko dalej wierzy, że może pracować z tymi ludźmi – z trenerami, których zna i którym ufa. A to może się udać tylko wtedy, gdy ktoś naprawdę w to wierzy. I mam takie poczucie, że on w to wierzy.

Dlaczego akurat u nas chce pracować Stefan Horngacher? Polskie skoki są w trudnym momencie historii, a Austriak na co dzień mieszka w Niemczech.

Myślę, że dlatego, że zna Polskę i widzi tutaj potencjał. Pracował u nas wcześniej – najpierw z powodzeniem z juniorami, a później jako główny trener kadry odniósł bardzo duże sukcesy. I wierzy, że przy tym, jak dużym jesteśmy krajem i jak duże jest zainteresowanie skokami narciarskimi, możemy wrócić na szczyt. Jego celem jest to, żeby Polska stała się potęgą w skokach, żeby wygrywać na wszystkich poziomach, od zawodów niższej rangi po Puchar Świata. Podkreślał, że śledzi naszą młodzież, widzi, co się u nas dzieje i jaki jest potencjał. On bardzo dobrze rozumie też język polski — rozumie naprawdę dużo, choć sam mówi mniej, bo nie chce popełniać błędów.

Ma jasno określone cele i ambicje. Byłem zachwycony tym, że chce to realizować właśnie u nas, mimo że pojawiały się głosy, że kiedyś nas zostawił i wybrał pracę w Niemczech. Ale miał do tego pełne prawo — dostał taką szansę i z niej skorzystał, mieszkając tam. Mimo sukcesów z niemiecką drużyną, mam wrażenie, że cały czas gdzieś myślał o Polsce. Tu zaczynała się jego droga i ten sentyment pozostał. Zawsze był tu bardzo doceniany.

Polska to bardzo wymagające środowisko. Skoki są u nas niezwykle popularne – kibice mają dużą wiedzę, zainteresowanie mediów jest ogromne. Wielu zagranicznych trenerów mówiło mi wprost, że chętnie pracowaliby w Polsce, ale obawiają się właśnie tej presji i tego, co się dzieje wokół.

Trudno znaleźć drugi taki kraj na mapie świata.

Sam jestem w szoku. Podam przykład: cieszymy się, że Kacper Tomasiak zdobył trzy medale na igrzyskach, a jednocześnie czytam artykuły, w których szuka się w tym wszystkim minusów. To po prostu człowieka przeraża. Jeśli spojrzymy na inne kraje, to nawet gdy nie ma sukcesów i pojawiają się porażki, wsparcie — zwłaszcza ze strony dziennikarzy — jest duże, szuka się pozytywów. U nas często jest odwrotnie.

To prawda, że Horngacher jest zaangażowany w polski projekt od dłuższego czasu?

Jeśli ktoś się na tym zna, to wie, że takich ludzi nie pozyskuje się i nie zaczyna z nimi rozmów po sezonie – to nie jest na to czas. Tym bardziej że mieliśmy sezon olimpijski, a wszystkie transfery i zmiany zazwyczaj planuje się dużo wcześniej. Z takimi osobami rozmawia się nawet jeszcze przed igrzyskami, pytając, czy chcieliby wejść w dany projekt i coś razem tworzyć. Nie można tego zostawiać na koniec sezonu i mówić, że będziemy rozmawiać w czerwcu czy lipcu, bo wtedy jest już po prostu za późno.

Dość zaskakujące jest też to, że Stefan Horngacher i Maciej Maciusiak błyskawicznie odnaleźli wspólny język. W przeszłości niekoniecznie było im po drodze, kiedy Austriak dowodził polską reprezentacją.

Powiem szczerze, że podczas pierwszej rozmowy ze Stefanem postawił on jeden warunek – będzie kontynuował negocjacje tylko wtedy, jeśli cały zarząd wyrazi na to zgodę. Każdy członek musiał być przekonany, że to dobry kierunek i że powinniśmy w to iść. Kiedy przekazałem to zarządowi, w zasadzie tylko jedna osoba nie była jednoznacznie „za”, ale też nie była przeciw — wskazała, że powinien się w tej sprawie wypowiedzieć Maciek Maciusiak. Jeśli on będzie chciał, to wtedy można iść dalej.

Dosłownie po dwóch dniach odbyło się spotkanie z Maćkiem, który mnie bardzo zszokował. Od razu powiedział, że jak najbardziej widzi taką współpracę i że by się z niej cieszył. On sam widzi też, jak wymagające jest prowadzenie kadry narodowej. I myślę, że stąd brał się jego duży entuzjazm wobec przyjścia Stefana. Wiedział, ile jeszcze może się od niego nauczyć i jak bardzo taka współpraca mogłaby mu pomóc. Po tej decyzji właściwie nie widziałem już przeciwwskazań, przynajmniej tak to odbierałem. Rozmowy cały czas trwały. W zasadzie 24 kwietnia miała się odbyć konferencja z udziałem Stefana w siedzibie Orlenu w Warszawie, podczas której wszystko miało zostać ogłoszone. Niestety do tego nie doszło. To pokazuje, jak zaawansowane były te rozmowy.

Oczywiście rozumiem, że zarząd patrzy też na kwestie finansowe — to nie są małe pieniądze. Ale z drugiej strony ludzie z takim doświadczeniem, wiedzą i osiągnięciami po prostu tyle kosztują. I nie są to kwoty, na które związku dziś nie stać.

Nie pomylę się, jeśli stwierdzę, że łączą Pana przyjacielskie stosunki z trenerem Maciusiakiem? W kwietniu sieć obiegły zdjęcia z Waszego prywatnego wyjazdu do Trójmiasta.

Znam Maćka bardzo dobrze, przyjaźnimy się i nigdy tego nie ukrywaliśmy. Wielokrotnie bywało to dla mnie krzywdzące, kiedy słyszałem opinie, że Maciusiak zostanie, bo jest kolegą Małysza i on nie da mu zrobić krzywdy. Ja zawsze rozdzielałem te kwestie — niezależnie od tego, czy byłem prezesem, czy dyrektorem. Takie stanowisko zobowiązuje. Wiem też, że Maciek od dawna miał ambicje prowadzenia kadry. W wielu sprawach się nie zgadzaliśmy, ale na tym polega praca, żeby się nawzajem przekonywać. Zresztą on sam dziś przyznaje, że był przeciwny tworzeniu szerokich kadr juniorskich, a teraz uważa, że to był dobry pomysł.

Ja, jako jego kolega, mogę powiedzieć, że to był dla niego bardzo ciężki sezon. Cały Puchar Świata – ta krytyka, która się pojawiała – odczuł nie tylko on, ale też jego rodzina. To naprawdę był trudny czas. Natomiast to, co wydarzyło się na igrzyskach, pokazało, jak wartościowym jest człowiekiem i trenerem. Mimo że sezon w Pucharze Świata nie układał się po jego myśli, potrafił przygotować dwóch zawodników do najważniejszej imprezy i zdobyć z nimi medale. Tego nikt mu nie zabierze.

Potraficie nie rozmawiać o sprawach zawodowych podczas prywatnych wyjazdów?

Nie zawsze się da. Byliśmy ostatnio choćby na padlu, pograć godzinę – i siłą rzeczy rozmowy schodziły na sport. Zresztą bądźmy szczerzy – w sytuacji, jaka była ostatnio, choćby podczas wyjazdu do Gdańska, trudno było tego tematu uniknąć. Internet żył sprawą Stefana, decyzjami zarządu, więc to naturalnie wracało.

Ja sam nawet planowałem odłożyć telefon, ale przy funkcji prezesa to właściwie niemożliwe. Nawet na urlopie nie mogę się całkowicie odciąć – zawsze może się pojawić coś do podpisania, jakaś decyzja do podjęcia. To nie jest tak, że wracam do domu i odkładam wszystko na bok. Dalej odpisuję na wiadomości, maile, podpisuję dokumenty. I wiem, że czasem może to być uciążliwe dla bliskich, ale taka jest specyfika tej pracy. Ja po prostu nie potrafię odciąć się od spraw, za które odpowiadam. A w przypadku Polskiego Związku Narciarskiego ta odpowiedzialność jest bardzo duża – nie tylko wizerunkowa, ale też finansowa.

Rola prezesa dziś nie polega na tym, że pojawia się na wydarzeniach i reprezentuje związek. To codzienna praca i ogrom obowiązków. Oczywiście łatwiej byłoby, mając bardzo rozbudowany zespół, który przejmuje część decyzji, ale ja nie potrafiłbym oddać wszystkiego. Musiałbym mieć do kogoś pełne, stuprocentowe zaufanie. Takimi osobami w trakcie mojej kadencji byli na pewno Jan Winkiel i Tomasz Grzywacz. Wiedziałem, że mogę im w pełni zaufać przy podejmowaniu decyzji. Nie znaczy to oczywiście, że inni pracownicy nie są zaangażowani, wręcz przeciwnie. Uważam, że mamy bardzo dobry zespół ludzi, którzy są oddani swojej pracy i często robią więcej, niż wynika to z obowiązków.

Wracając do tematu Horngachera. O jak długim projekcie mówimy?

Na pewno na lata. Rozmowy ze Stefanem od początku zakładały czteroletnią współpracę. Jeśli ktoś przychodzi i zaczyna budować system, którego nam od dawna brakowało, to musi mieć na to czas. Bo prawda jest taka, że do tej pory często korzystaliśmy z gotowych rozwiązań, podpatrywanych gdzie indziej. Nawet ostatni sezon, w którym postawiliśmy wyłącznie na polskich trenerów i własne innowacje, pokazał jedno — bez osoby, która potrafi stworzyć i spiąć to wszystko w jeden system, trudno będzie się dalej rozwijać. I nie ma tu znaczenia, czy to będzie Polak, czy ktoś z zagranicy. Wiele rzeczy udało się zrobić, ale cały czas brakowało kluczowego elementu, czyli kogoś, kto będzie w stanie to wszystko połączyć, kontrolować i prowadzić. Osoby z autorytetem, zaufanej, która nada kierunek i dopilnuje, żeby to funkcjonowało jako całość.

A może członkowie zarządu PZN są po prostu sceptyczni po nieudanej współpracy z Alexandrem Stoecklem – inną trenerską legendą?

Zdaję sobie sprawę, że ktoś może dziś powiedzieć: „przecież miał być ktoś taki jak Alex Stoeckl i on miał pełnić taką rolę”. Może to zostało tak odebrane — i przez zarząd, i przez kibiców. Natomiast różnica między Stefanem a Alexem jest taka, że Alex przyszedł do nas trochę „na siłę”, a Stefan po prostu chce. I to jest naprawdę duża różnica. My zakładaliśmy, że jeśli Alex przyjdzie, to mimo wcześniejszych doświadczeń z Norwegii odnajdzie się w nowej roli i włoży w to całe serce. Niestety nie do końca tak się stało.

Sam żałuję, że to się tak zakończyło, bo uważam, że to wybitny fachowiec i warto mieć taką osobę przy sobie. Natomiast myślę, że wtedy nie był jeszcze gotowy. Potrzebował czasu, przemyślenia pewnych rzeczy, odpoczynku i złapania dystansu. Z jednej strony nie chcieliśmy go puszczać, bo wiedzieliśmy, jak jest wartościowy. Z drugiej – dziś widzę, że to było dla niego po prostu za wcześnie.

Stefan Horngacher definitywnie zakończył trenerską karierę?

Absolutnie nie. Wręcz przeciwnie — kiedy rozmawiałem z nim o tym, jak wyobraża sobie swoją rolę w tym projekcie, czy miałby być dyrektorem sportowym, menedżerem i tak dalej, powiedział jasno: nie. Chce przyjść jako trener, tylko w roli trenera-koordynatora. Czyli trochę na wzór tego, jak dziś pracuje nasz Daniel Kwiatkowski przy juniorach. Jest trochę takim selekcjonerem, ma szeroką kadrę i osoby pracujące, a jednocześnie wybiera zawodników na zgrupowania czy zawody. Stefan miałby być takim „mózgiem” całego systemu. Kimś, kto pracuje nie tylko z kadrą A, ale też wspiera kadrę B i juniorów, doradza trenerom i spina to wszystko w całość.

Jego celem było – i mam nadzieję, że nadal jest – doprowadzenie do sytuacji, w której Polacy będą najlepsi na każdym poziomie zawodów FIS, aż po Puchar Świata. A tego nie da się zrobić, skupiając się wyłącznie na jednej kadrze. Zresztą sam mówił, że w Niemczech brakowało mu właśnie takiego szerszego wpływu. Tylko w Polsce funkcjonuje to tak, że trener kadry narodowej każdego dnia jest ze skoczkami. W innych krajach funkcjonuje model bardziej rozproszony – są trenerzy pracujący z poszczególnymi zawodnikami, a nad nimi ktoś w rodzaju selekcjonera, który to wszystko koordynuje i doradza.

Pomysł był taki, żeby również u nas pójść w tym kierunku. W dzisiejszym, bardzo specjalistycznym sporcie trudno jest efektywnie prowadzić dużą grupę, dlatego plan zakładał podział kadry A. Sześciu zawodników miałoby być rozdzielonych między dwóch–trzech trenerów, pracujących z nimi bardziej indywidualnie, ale jednocześnie współpracujących i rotujących między grupami, także z kadrą B i juniorami. Chodziło o stworzenie systemu, w którym trenerzy nie są zamknięci w jednej grupie, tylko wymieniają się doświadczeniem, pracują wspólnie i realizują wspólne projekty.

Trener Maciusiak nie ma obaw, że Horngacher będzie miał za duży wpływ na funkcjonowanie reprezentacje skoro częściowo ma być to rola szkoleniowa?

Powiem szczerze, że nie pytałem o to bezpośrednio Maćka. Myślę jednak, że gdyby miał takie obawy, to by mi o tym powiedział. Mam też wrażenie, że odkąd przyszedł do kadry, trochę zmienił swoją perspektywę. Dziś patrzy szerzej – pracuje na wynik wszystkich zawodników, a nie tylko tych, którzy są „tu i teraz” w danej grupie. To nie jest już zamknięty zespół, który ma coś udowodnić, tylko system, który ma funkcjonować całościowo. Myślę, że każdy z nas cały czas się uczy. Nawet Stefan, gdyby przyszedł do Polski, pewnych rzeczy nadal by się uczył. Ale jednocześnie, przy swoim doświadczeniu, mógłby bardzo dużo przekazać – zarówno trenerom, jak i zawodnikom.

Stefan bardziej ma działać jako trener, ale w roli koordynatora całego systemu szkolenia. Kogoś, kto stoi nad tym wszystkim i podpowiada, natomiast zawodnicy mają swoich bezpośrednich trenerów – jest Maciek Maciusiak, Michal Doležal, Krzysiek Miętus, Krzysiek Biegun, Wojtek Topór czy Daniel Kwiatkowski. Zadaniem Stefana byłoby przede wszystkim przekazywanie wiedzy trenerom. Na tym nam bardzo zależy, żeby coś po nim zostało.

Jak pogodzić mieszkanie Horngachera w Schwarzwaldzie z pracą w Polsce?

Na ten temat nie zdążyliśmy jeszcze rozmawiać, więc trudno mówić o konkretnych ustaleniach. Myślę, że w dzisiejszych czasach to nie jest największy problem. Tym bardziej że mówimy o roli, która nie ogranicza się tylko do kadry A, ale obejmuje też inne grupy. To nie jest tak, że wszystko byłoby oparte wyłącznie na jego codziennej obecności. Współczesna praca w sporcie opiera się na współpracy i kompromisach, a dzisiejsze możliwości komunikacyjne są naprawdę duże. Myślę więc, że spokojnie dałoby się to pogodzić i dobrze zorganizować.

Zatem Horngacher czeka na dalsze decyzje co najmniej do 13 czerwca? Tego dnia PZN wybierze nowego prezesa i powoła nowy zarząd.

Decyzja zarządu jest taka, że temat Stefana został na razie odłożony. Ja w tym momencie nie prowadzę już z nim rozmów. Oczywiście mamy kontakt, rozmawiamy, ale nie zostałem upoważniony do dalszego prowadzenia negocjacji. Przekaz jest taki, że rozmowy mają być kontynuowane, ale już po wyborze nowego zarządu i prezesa. I ja to rozumiem. Każdy, kto przyjdzie, będzie chciał realizować swoją wizję i działać po swojemu, więc nie chcę się w to wtrącać. Mogę tylko powiedzieć ze swojej perspektywy, że szkoda byłoby takiej osoby nie wykorzystać.

Wszystkich zaskoczył Apoloniusz Tajner, który ogłosił w rozmowie z Eurosportem, że wystartuje w czerwcowych wyborach i powalczy o piątą kadencję na stanowisku prezesa PZN.

Zaskoczył mnie ten ruch, ale uważam, że to osoba, która pracowała przez lata w PZN i wie, z czym to się je. Nie rozmawialiśmy jednak na ten temat. Próbowałem się z nim skontaktować, ale nie odebrał, więc o tej decyzji nie rozmawialiśmy.

Trudno sobie jednak wyobrazić, aby Tajner – po latach owocnej współpracy – nie poparł pomysłu podpisania kontraktu ze Stefanem Horngacherem.

Mam taką nadzieję. To oczywiście tylko moje zdanie. Między innymi dlatego chciałem porozmawiać i przekonać go do tego, że trochę słabo oznajmiać jednemu z najbardziej wybitnych trenerów, żeby przez dwa miesiące czekał, co dalej z nim będzie...

Jakie będą polskie skoki bez Kamila Stocha i Adama Małysza? Taki będzie przecież sezon 2026/27.

Liczę na to, że będą dobre. Pamiętam sytuację, kiedy ja kończyłem karierę. Wiele osób mówiło wtedy, że skoki w Polsce po Małyszu się skończą, a przecież tak się nie stało. Był Kamil, jest Piotrek, jest Dawid, dziś mamy Kacpra Tomasiaka i wielu utalentowanych zawodników. Mam więc nadzieję, że to wszystko będzie się rozwijać i pójdzie do przodu, a zawodnicy będą mieli warunki do spokojnego treningu. Oby nie zabraknie im niczego, co jest potrzebne do rozwoju i osiągania sukcesów.

Sport to talent i ciężka praca, ale dziś to już nie wystarcza. Potrzebne jest zaplecze i pewność, że możesz rywalizować z najlepszymi. A za tym idą finanse, innowacje, cały system wsparcia. Bez tego nawet największy talent może nie mieć szans. To trochę jak w Formule 1. Walka toczy się o setne sekundy. Możesz być pierwszy albo dziesiąty, a różnice są minimalne.

We wtorek poznaliśmy składy kadr narodowych na nowy sezon. Najważniejsze nowości?

Do kadry A dołącza jeszcze jeden trener, czyli Krzysztof Biegun. Szkoleniowcem beskidzkiej grupy bazowej, w jego miejsce, został Łukasz Kruczek. Biegun będzie wymieniał się z Krzysztofem Miętusem. Jeśli któryś zostanie w kraju, wówczas ma pomagać Kruczkowi w Szczyrku, ponieważ w Zakopanem będzie dwóch trenerów w bazie. W kadrze B i juniorskiej nie ma większych zmian w kontekście sztabów szkoleniowych. Wszystko zostaje podobnie do tego, co było.

Do kadry A trafili Klemens Joniak, Maciej Kot, Dawid Kubacki, Kacper Tomasiak, Paweł Wąsek i Piotr Żyła. Cieszy to, że ta kadra powoli zaczyna się odmładzać. Starszych zawodników nie można jednak zostawić. Trenerzy długo dyskutowali, jak to pogodzić i co zrobić, żeby tych skoczków cały czas utrzymać, bo mają potencjał, a jednocześnie wciągać w to wszystko młodych.

Więcej zmian jest w kadrze B. Dochodzi drugi z Tomasiaków, Konrad. Otrzymał status członka kadry B, ale głównie będzie trenował w szkole sportowej, gdzie aktualnie się uczy. Kadra juniorska pozostaje szeroka. Myślę, że sprawdziło się to i mam nadzieję, że będzie kontynuowane. Słyszę pozytywne głosy ze środowiska, choć na początku panował sceptycyzm. Teraz trenerzy widzą postępy i chcą to kontynuować.

Ewa Bujak, jako technolog, jest przewidziana do współpracy w kontekście szycia kombinezonów. Jest projektantką i już w przeszłości podpowiadała chłopakom. Kadry proszę o takie wsparcie, bo widzą, że ma to sens i sporo daje. Nie będzie jeździć na zawody, ale to osoba, która bardzo dobrze się na tym zna.

Umowy członków sztabów zostały przedłużone do końca czerwca, a później nowy zarząd i nowy prezes będą zajmować się ich dalszym kształtem Czy będą to kontrakty długoterminowe, czy krótsze. Obecny zarząd uznał, że tym powinna się już zająć nowa ekipa. Kadry zostały przyjęte, włącznie ze sztabami. Myślę więc, że bezpieczeństwo zarówno zawodników, jak i trenerów jest zagwarantowane.

Wszyscy w roli sportowego lidera nowego rozdania, co nie dziwi, widzą Kacpra Tomasiaka. Jak on się czuje po upadku w Vikersund, który przedwcześnie zakończył jego sezon olimpijski?

Nie skakał od tego czasu. Czuje się dobrze. Widać, że odpoczął, jest zregenerowany i wygląda zupełnie inaczej. Końcówka sezonu była dla niego bardzo trudna. Vikersund to był moment, w którym było widać zmęczenie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Po tych sukcesach dochodzi jeszcze jeden element – nie tylko organizm, ale przede wszystkim głowa zaczyna odczuwać obciążenie. Pojawia się dużo więcej obowiązków, stajesz się rozpoznawalną osobą i nagle każdy czegoś od ciebie oczekuje. Do tej pory tego nie było, więc to jest zupełnie nowa sytuacja.

Znalezienie w tym wszystkim równowagi jest bardzo trudne, dlatego było widać, że jest po prostu zmęczony — nie tylko tym upadkiem, ale też całym obciążeniem fizycznym i psychicznym. On naprawdę potrzebował odpoczynku. Ja cały czas wierzyłem, że przyjedzie jeszcze na imprezę Red Bull Skoki w Punkt, choćby po to, żeby oddać jeden skok i przekonać się, że wszystko jest w porządku. Decyzja trenerów i samego Kacpra była jednak inna i trzeba to uszanować.

Jakie plany na przyszłość ma Adam Małysz?

Na pewno nie zapadnę się pod ziemię. Dziś znowu zaczynają sprawiać mi radość takie proste rzeczy. Mogę wyjść do ogrodu, coś zrobić, poprzycinać krzaki, skosić trawę, posprzątać. Tego mi bardzo brakowało, bo zwyczajnie nie miałem na to czasu. Nie wyobrażam sobie jednak, że nagle usiądę i nic nie będę robił.

Kiedy kończy się jeden etap, naturalnie pojawia się pytanie: co dalej? Jeśli nie masz na to pomysłu, to może być trudne. A jeśli wiesz, co chcesz robić, to wszystko staje się prostsze. Tak było u mnie wcześniej. Rajdy czy praca w roli dyrektora to były rzeczy, które dawały mi przyjemność i pozwalały się realizować. W przypadku prezesury było to bardziej złożone. Nie powiem, że wszystko było złe. Było dużo momentów, które dawały satysfakcję, szczególnie kiedy udawało się coś zrealizować, wprowadzić jakiś projekt czy pomysł. Ale były też rzeczy, które nie cieszyły. Ja jednak wierzę, że wszystko wraca. Jjeśli robisz coś dobrze, to nawet jeśli na początku spotyka się to z krytyką, prędzej czy później przychodzi satysfakcja.

Na pewno po 13 czerwca chcę trochę odpocząć, ale to nie znaczy, że nic nie będę robił. Mam zobowiązania sponsorskie, pojawia się dużo propozycji różnych aktywności. Chcę się dzielić swoją wiedzą, ale też robić rzeczy, które sprawiają mi przyjemność. I to zamierzam kontynuować.

Z Adamem Małyszem rozmawiał Dominik Formela