Kamila Karpiel wznowiła karierę. Na horyzoncie Courchevel 2030
– Nie chciałabym sobie nigdy pluć w brodę, że nie spróbowałam drugi raz – mówi Kamila Karpiel w rozmowie ze Skijumping.pl. Po kilkuletniej przerwie, pobycie w Norwegii i ponad 1700 dniach od ostatniego występu w elicie 23-latka wróciła do rywalizacji w zawodach najwyższej rangi. W Wiśle nie myślała jeszcze o wyniku, lecz o sprawdzeniu miejsca, w którym znajduje się po powrocie na skocznię. Opowiada o trudnej drodze, odbudowie formy, zmianach w kobiecych skokach i celu, który wciąż ma z tyłu głowy — igrzyskach olimpijskich w 2030 roku.
Skijumping.pl: Kamila, kiedy jeszcze mieszkałaś w Norwegii i przeprowadzaliśmy wywiad na Skijumping.pl, byłem przekonany, że spotkamy się jeszcze — czy to w Letnim Grand Prix, czy w Pucharze Świata — w relacji skoczkini–dziennikarz. Bardzo mi miło. Długa to była droga.
Kamila Karpiel: Długa, wyboista i nadal jest na niej pełno dziur. Realizuję jakąś wizję docelowo na sezon zimowy, więc na razie, że tak powiem, rozskakuję się.
Ty twardo stąpasz po ziemi. Wiedziałaś, że tutaj nie będzie chodziło o sukces sportowy w ten weekend, tylko o zupełnie inne rzeczy. O jakie rzeczy?
Absolutnie nie przyjechałam tutaj po żaden wynik, bo byłam tu tydzień temu, wiem też, jak skaczę i wiem, czego mi brakuje. Cały czas jestem w swoim procesie i kontynuuję tę swoją wizję z trenerem, więc przyjechałam zobaczyć, w jakim miejscu jestem — na tle światowej czołówki. Dla mnie to jest rozeznanie w terenie.
Wyliczyliśmy, że minęło ponad 1700 dni od Pucharu Świata w Niżnym Tagile, kiedy po raz ostatni wystartowałaś w elicie. Skoki nie są jak jazda na rowerze po takiej przerwie, prawda?
Nie, zdecydowanie nie. Kiedyś udostępnię mój pierwszy skok po przerwie, to będzie można zobaczyć, jak to wyglądało. Nie było kolorowo. Nadal jest ciężko wrócić fizycznie i mentalnie na taki sam poziom w tak krótkim czasie, bo tak naprawdę nawet nie minął rok od powrotu. Cały czas dążę do miejsca, w którym byłam wcześniej, a nie ukrywam szczerze, że nie pamiętam już, jak to było.
Rozpoznałaś kogoś na górze skoczni, czy są tam same nowe twarze?
Jest dużo dziewczyn, które cały czas gdzieś tam się przewijają, ale jest też dla mnie dużo nowych twarzy, bo nie sprawdzałam i nie śledziłam wszystkiego, więc jest sporo nowych dziewczyn, których nie znam.
Jak ciało zareagowało na powrót na skocznię? To są potężne przeciążenia, a ty w przeszłości zmagałaś się z kontuzjami.
Z tym jest trudno. Długo nie mogłam dojść do siebie. Końcówkę sezonu zimowego miałam bardzo intensywną i byłam mega zmęczona. Startowałam w sumie nie wiem ile, cztery–pięć tygodni, a po tych czterech tygodniach byłam już po prostu bez sił. Moje ciało nie było wtedy przygotowane. Teraz zdecydowanie lepiej to wygląda, bo miałam trochę więcej czasu na przygotowanie motoryki, siły i tak dalej. Jeżeli chodzi o moje kolana, to nie odczuwam skutków kontuzji, którą miałam wcześniej, więc pod tym względem nie mam na co narzekać.
Technicznie to jest kolosalny postęp, bo kiedy zobaczyłem pierwsze nagrania z ORLEN Cupów na średniej skoczni w Szczyrku, pomyślałem: o matko, ja sobie to inaczej wyobrażałem. Będę z tobą brutalnie szczery. Minęło kilka tygodni, kilka miesięcy i wygląda to dużo lepiej niż wtedy.
Tak, robimy małe kroki do przodu. Celem, tak jak mówię, jest zima. Wciąż mam dużo pracy, przede wszystkim technicznie, bo dużo mi brakuje. Nie umiem przełamać w głowie takiego kliku, żeby po prostu pójść i skoczyć, tylko cały czas jest analiza, co można zrobić lepiej i co poprawić. No i te skoki czasami wychodzą, czasami nie wychodzą. Tydzień temu byłam w Zakopanem i było fajnie, a dwa tygodnie temu byłam tutaj i było tragicznie. Różnie bywa.
Jakieś twoje interesy w Norwegii jeszcze zostały? Jak to wygląda, jak to łączysz, jeśli tak jest?
Nie, w Norwegii zamknęłam już wszystko. Nie mam tam w sumie nic oprócz znajomych.
Jaki był ten powrót do Polski? Bo to czasem jest dysonans po paru miesiącach albo nawet latach spędzonych gdzieś indziej.
Było to trudne. Organizacja wszystkiego była wyzwaniem, bo planowałam to już w czerwcu, a finalnie wróciłam w sierpniu, pod koniec sierpnia. Trzeba było się całkowicie spakować. Na tamten czas miałam jeszcze zapalenie krążków międzykręgowych, więc od razu nie mogłam wrócić do treningu. Najpierw musiałam sobie z tym poradzić, a dopiero później mogłam wchodzić w jakieś obciążenia i w ogóle w trening. Organizacja była trudna. Zorganizowanie się w Polsce, powrót do codziennego życia — to też było dosyć skomplikowane.
A życie w Polsce i Norwegii jakoś porównasz?
Trudno, bo tu robię coś innego, a tam robiłam zupełnie coś innego. Na pewno nie żałuję tego wyjazdu. Na pewno dobrze wpłynęło na mnie mentalnie: taka odskocznia, zmiana środowiska, zobaczenie czegoś innego. Zobaczenie, że skoki to jedno, a życie to drugie. Da się to łączyć, ale jednak gdzieś tam jest ten balans. W tym momencie mam swoje własne życie, mam jeszcze swoje pasje, robię coś innego niż skoki, więc cały czas się zmieniam.
A co dokładnie robiłaś w Norwegii?
Pracowałam w restauracji. Byłam kierowniczką sali i baru. Ogólnie fajnie, bo językowo bardzo się rozwinęłam. Trochę złapałam norweskiego, a do tego takich bardziej życiowych rzeczy, że trzeba się czegoś nauczyć, poradzić sobie gdzieś, gdzie w sumie nikt nie mówi w twoim języku. To też jest dosyć trudne.
Zostawiasz sobie furtkę?
Nie planuję raczej wracać. Raczej zostanę na miejscu, bo Podhale to moje miejsce. Mam tutaj rodzinę i serduchem zawsze jestem na Podhalu.
Podtrzymujesz, że Courchevel 2030 to jest ten nadrzędny cel?
Tak.
Bo zobacz, jak to się wszystko zmienia. Ty wracasz po paru latach, Pola ma problemy z kolanem i znienacka jesteś drugą siłą naszej reprezentacji. A tam będą duety, można spełnić marzenie o występie na igrzyskach. Jak przepracujesz, może być fajny występ.
Docelowo to są moje plany. Na pewno zawsze będę mieć z tyłu głowy, że wróciłam po to, żeby się tam znaleźć, walczyć o medale z takim poczuciem, że mam na nie szansę. Te cztery lata na pewno poświęcę na skoki. Choćby miało mnie to dużo kosztować, będę robić wszystko, co w mojej mocy. Tyle, ile dam rady, będę podążać tą drogą docelowo na igrzyska.
A historia Ani Twardosz? Na pewnym etapie była nawet za wami wszystkimi, mam na myśli ciebie czy dziewczyny, które już nie skaczą, a teraz jest tak daleko, gdzie chyba żadna z was nie sądziła, że można dotrzeć tak szybko.
Wiedziałam, że jesteśmy w stanie to zrobić. Tylko to była kwestia tego, że byłyśmy trochę młode, każdy ma co innego w głowie, każdy ma swoje problemy, o których nie mówi i o których nikt nie wie. Wiedziałam, że w końcu nam pójdzie, że tak to ujmę. Mega się cieszyłam występami Ani. Było takie poczucie, że w końcu jesteśmy wysoko, że mamy te wyniki.
Wróciłaś do rutyny sportowej: poranne wstawanie, odżywianie? To jest zupełnie inne życie niż zwykłego Kowalskiego.
Tak, moje życie musiało się bardzo zmienić, bo w Norwegii pracowałam w restauracji, a restauracja i gastronomia rządzą się swoimi prawami. Chodzi się późno spać, wraca się późno do domu, późno się wstaje, nie ma się siły i tak dalej. Po powrocie do Polski dużo się zmieniło. Na początku wejście w taką stricte sportową rutynę było dla mnie trudne. Pomogło mi to, że trenuję z młodymi chłopcami z mojego klubu, a oni chodzą do szkoły, więc trening był tak naprawdę po południu. Miałam trochę więcej czasu na przeregulowanie zegara biologicznego i przyzwyczajenie organizmu do tego, że wstaję rano. Mam też teraz w zwyczaju gotowanie sobie codziennie rano jedzenia na cały dzień, co zajmuje trochę czasu. Dużo takich sportowych niuansów musiałam sobie wziąć do serducha.
A skoki narciarskie bardzo się zmieniły przez te trzy, cztery, pięć lat? Dopiero z taką wyrwą można pewnie ocenić przepisy, sprzęt i tak dalej.
Bardzo się zmieniły. Jak pojechałam na pierwszy Puchar Interkontynentalny, to nie wiedziałam w ogóle, co się dzieje, co jest przepisowe, co nieprzepisowe, w którym momencie te przepisy wchodzą w życie. Bo część była taka, że niby były, ale nie były. Dużo rzeczy jeszcze sprawdzam. Na Pucharze Interkontynentalnym już na miejscu, w dniu zawodów, okazało się, że pół mojego sprzętu się nie spodobało. Rękawiczki nie takie, buty nie takie, narty troszeczkę też były nie takie, ale przeszły. W nartach Slatnara są te szpice, które miały pasować do szablonów, co było dla mnie jakimś dziwnym wymysłem. Nadal jest. Teraz są chipy. Na Pucharze Kontynentalnym nie ma chipowania kombinezonu, więc kontrola jest normalna, a tutaj dochodzi jeszcze jakieś dodatkowe chipowanie. W sumie dalej tego nie rozumiem. Biżuterii też nie można mieć, co dużo dla mnie zmienia, bo zawsze skaczę w zegarku, który mierzy mi trening <śmiech>...
Jeśli spojrzymy na listę startową, możemy powiedzieć, że kobiece skoki w Polsce to trochę elitarne grono. Sama przyznałaś, że trenujesz z młodszymi chłopakami. Z twojej perspektywy jest trochę tak, że młodych dziewczyn nie ciągnie teraz do skoków narciarskich? Że nie chcą skakać?
Dziewczynek mamy sporo, tylko one skaczą na takim poziomie, na którym ja w ich wieku byłam już gdzieś na dużej skoczni, a one dalej tkwią na siedemdziesiątkach, na mniejszych skoczniach. Trochę nie ma takiego pchania ich do przodu, tylko one cały czas stoją w miejscu. Mamy zaplecze, dziewczynki chcą skakać. Rozmawiam z nimi, bo mam do tego okazję, choćby będąc na Memoriale czy zimą na ORLEN Cupie. Te dziewczynki chcą skakać i chcą się rozwijać. One też mają bardzo duży potencjał do wykorzystania.
Ostatnie pytanie, trochę pod prąd: po co ci to wszystko?
Nie chciałabym sobie nigdy pluć w brodę, że nie spróbowałam drugi raz.
Korespondencja z Wisły, Dominik Formela