Strona główna • Norweskie Skoki Narciarskie

Sundal po sobotniej dyskwalifikacji w Wiśle. „Muszę to po prostu zaakceptować"

Prawdopodobnie największym pechowcem sobotniego konkursu Letniego Grand Prix mężczyzn w Wiśle był Kristoffer Eriksen Sundal. Reprezentant Norwegii pierwotnie zajął w zawodach 6. miejsce, jednak w trakcie drugiej serii jury wszczęło dochodzenie związane z jego pierwszym skokiem. Ostatecznie, skoczek z Oslo został zdyskwalifikowany z powodu nieprzepisowego mechanizmu paska bezpieczeństwa w wiązaniu.

Norweg w swoich sobotnich skokach konkursowych w Wiśle lądował na 122. oraz 130. metrze. Tuż po zakończeniu sobotnich zmagań Sundal został zapytany o to, jak doszło do otrzymania przez niego dyskwalifikacji.

– To właściwie całkiem proste. W pierwszej serii miałem pewne trudności z założeniem paska bezpieczeństwa w wiązaniu, więc poprosiłem o pomoc przedstawicielkę FIS, która była na górze skoczni. Powiedziała jednak, że nie może mi pomóc, i że muszę po prostu ruszać. Posłuchałem jej i pojechałem bez tego mechanizmu – tak jak mi powiedziano. Już po finałowym skoku dowiedziałem się, że zostałem z tego powodu zdyskwalifikowany. To kiepskie uczucie – wyjaśnił Norweg.

25-latek podkreślił również, że w obliczu trudności z zamontowaniem mechanizmu bezpieczeństwa w wiązaniu szukał pomocy w rozwiązaniu tej kwestii: – Zapytałem, czy ktoś pomoże mi założyć ten mechanizm paska – dlatego, że jest gorąco; miałem na sobie rękawice, a są to drobne elementy – śrubka jest mała. Więc miałem z tym pewne trudności. Usłyszałem odmowę, a potem musiałem już ruszać, ponieważ światełko na rozbiegu miało wkrótce zmienić się na kolor żółty. Gdybym wiedział, że grozi mi dyskwalifikacja, poczekałbym nawet dłużej, ponieważ żółte światło świeci się 60 sekund. Próbowałem zamontować ten mechanizm. Cóż... Uważam, że było to niepotrzebne. Wydaje mi się, że zrobiłem to, co mi powiedziano, i zakończyło się to dyskwalifikacją. Jednak na szczęście nie otrzymałem jakiegokolwiek rodzaju sankcji. Żadnej kartki; żadnej żółtej kartki czy czegoś takiego – po prostu zostałem zdyskwalifikowany z tego konkursu, co jest kiepską sprawą.

Norweski skoczek przyznał także żartobliwie, że gdyby w sytuacji, jaka go spotkała, otrzymałby jakąś karę, prawdopodobnie rozstałby się ze skokami narciarskimi. Dodał on zarazem: – Byłoby to zdecydowanie zbyt niesprawiedliwe. Czuję, że to sytuacja trochę na granicy – i choć jest to niesprawiedliwe, muszę to po prostu zaakceptować.

W rozmowie z Sundalem pojawił się również wątek skoków, jakie oddawał na Skoczni im. Adama Małysza. Jak Norweg ocenił te próby?

– Wynik jest... Wynik byłby taki, jaki by był. Jestem tu, żeby sprawdzić pewne rzeczy – jak spisuję się na rozbiegu; jaka jest moja prędkość na tle reszty stawki, i jaki jest ogólny poziom. Więc przynajmniej udało mi się uzyskać część odpowiedzi, po które tutaj przyjechałem – powiedział.

Czy to, jak podopieczny trenera Rune Velty zaprezentował się podczas sobotniego konkursu w Wiśle, jest takim porównaniem formy z innymi zawodnikami, którego sam się spodziewał?

– Tak, w zasadzie nie miałem czasu, aby dokładnie przeanalizować listę wyników, ale wydaje mi się ona normalna. Wszystko się zgadza. Czuję, że oddałem skoki na 65 do 70 procent swoich możliwości i byłbym klasyfikowany jakoś w granicach 6. miejsca. Dla mnie ma to sens – stwierdził.

Na koniec rozmowy 25-letni skoczek został zapytany również o swoją popularność, którą zdobył wśród polskich kibiców od czasu zimowych igrzysk olimpijskich w Mediolanie i Cortinie d'Ampezzo. Wówczas Sundal toczył w konkursach indywidualnych zacięte boje o medalowe lokaty z Kacprem Tomasiakiem. Czy Norweg zauważa taką rozpoznawalność swojej osoby i rodzaj swoistej rywalizacji z reprezentantem Polski?

– Dla mnie nie ma tu żadnej rywalizacji. Kacper skakał dobrze w tych dwóch konkursach. Na normalnej skoczni olimpijskiej postanowiłem naprawdę źle wylądować, natomiast na dużej skoczni był po prostu – nie pamiętam dokładnie... – o 2 lub 3 pkt. lepszy. Myślę, że jest to czysty przypadek. On był chyba czwarty, a ja trzeci. Albo odwrotnie – nie pamiętam, ale różnica była niewielka. Nie odczuwam żadnej rywalizacji, choć zauważyłem, że ludzie to dostrzegli i moje nazwisko jest trochę częściej wspominane w Polsce. Jest to fajna sprawa. Podoba mi się to. Mamy 1 sierpnia, a na skoczni jest mnóstwo ludzi. To dobrze – podsumował norweski skoczek.

Korespondencja z Wisły, Wojciech Skucha