Strona główna • Artykuły

Potężne odbicie, duże sukcesy i dramat w Lahti. Historia Miki Laitinena

Był jednym z najbardziej utalentowanych fińskich skoczków swojego pokolenia, a jego potężne odbicie wprawiało w podziw nawet kolegów z reprezentacji. Mika Laitinen miał wszystko, by zapisać się w annałach skoków narciarskich jako jedna z ich najwybitniejszych postaci. Los okazał się jednak bezlitosny. Dziś historia fińskiego mistrza pozostaje opowieścią nie tylko o sukcesach, ale również o tym, jak cienka bywa granica między wielką karierą a sportowym niespełnieniem.

Nie tylko po doświadczenie

Trener reprezentacji Finlandii w latach 90. Hannu Lepistoe stwierdził kiedyś, że nie znał drugiego zawodnika o tak silnym odbiciu. Trudno o lepszą rekomendację. Laitinen potrafił z miejsca skoczyć wzwyż na 74 centymetry i w dal na 3,5 metra! Jego koledzy z kadry, Janne Ahonen, Toni Nieminen czy Jani Soininen, mieli problemy, by doskoczyć do 3 metrów. A warto zaznaczyć, że rekord świata w tej specjalności wynosi 3,73 m. Mówiono na niego "sprężynowa noga". Sam skoczek miał świadomość swojego atutu i przewagi w tym elemencie. Powiedział kiedyś: - Gdyby o odległości decydował tylko ten jeden aspekt, moja przewaga w zawodach wynosiłaby dziesiątki metrów. 

Bohater tego tekstu na nartach zaczął skakać w wieku 6 lat zainspirowany przez kuzyna, Hannu Pitkaenena. Już jako dziecko Mika Laitinen wszędzie szukał okazji do skoku. Jak wspominała jego matka, podskakiwał do znaków drogowych i próbował dosięgać gałęzi. Z czasem ta dziecięca potrzeba wyskoczenia jak najwyżej stała się jego największym sportowym atutem. Pierwsze międzynarodowe sukcesy Miki to dwukrotne drużynowe srebro mistrzostw świata juniorów wywalczone w 1990 roku w Szczyrbskim Jeziorze i w 1991 roku w Reit im Winkl. 

Zimą 1991/92 skoczek z Kuopio zdobył swoje pierwsze cztery punkty w Pucharze Świata, zajmując 12 pozycję w Predazzo. Pamiętać należy, że wówczas oczka do klasyfikacji generalnej zdobywała tylko najlepsza piętnastka poszczególnych konkursów. Ponadto kilkakrotnie plasował się w trzeciej dziesiątce. Te wyniki wystarczyły do tego, by zyskać zaufanie swojego szkoleniowca i pojechać na igrzyska olimpijskie do Albertville.

Przybył tam po coś dużo większego niż tylko doświadczenie. Na skoczni w Courchevel zajął indywidualnie 5. i 19. miejsce, a wraz z kolegami z zespołu wywalczył złoty medal. Co prawda miał najsłabszy rezultat spośród fińskiej czwórki, ale doskonałe skoki Toniego Nieminena sprawiły, że drużyna Suomi wyprzedziła o 1,5 punktu faworyzowanych Austriaków. Laitinen miał 19 lat, gdy został mistrzem olimpijskim. 

To tylko hobby

Sezony 1992/93 i 1993/94 mógł spisać na straty, natomiast następnej zimy przyszły kolejne sukcesy. Mika stał się zawodnikiem szerokiej światowej czołówki. Podczas Turnieju Czterech Skoczni w Innsbrucku zajął trzecie miejsce, notując swoje pierwsze pucharowe podium, a w drugiej części sezonu rzadko wypadał z czołowej dziesiątki. Imprezą zimy były wówczas mistrzostwa świata w Thunder Bay.

Stamtąd wciąż młody Fin przywiózł indywidualny brąz i drużynowe złoto, w obu seriach konkursu zespołowego oddając najdłuższe skoki. - Mistrzostwa w Thuner Bay to najlepsze wspomnienia z mojej kariery zawodniczej. Zdobyłem tam w końcu mój jedyny indywidualny medal wielkiej imprezy, drużynowe złoto również świetnie smakowało - opowiadał Laitinen.

Reprezentant Finlandii skoki traktował poważnie, jednak, mimo coraz większych sukcesów, nie stanowiły one dla niego całego świata. - Skoki narciarskie były dla mnie oczywiście ważne, ale wtedy to było raczej hobby. Takie zajęcie przejściowe. Nawet po sukcesach w Thunder Bay nie zmieniłem swojego podejścia. Dziś cały świat skoków jest z pewnością o wiele bardziej profesjonalny. Wówczas, przynajmniej dla mnie, było jasne, że to tylko zajęcie tymczasowe, a na życie będę musiał zarobić w inny sposób. Z tyłu głowy miałem cały czas myśl, że trzeba się wykształcić w określonym kierunku i w końcu pójść do normalnej pracy - wspominał po latach.

Życiowa forma i wielki pech

Życiowa forma Laitinena przypadła na sezon 1995/96. Tamtą kampanię rozpoczął od triumfu w inauguracyjnych zawodach w Lillehammer, zajął drugie miejsce w Villach, był najlepszy w Planicy, Chamonix, Oberhofie, wygrał też konkurs otwarcia Turnieju Czterech Skoczni w Oberstdorfie. Przewodził klasyfikacji generalnej Pucharu Świata i co oczywiste TCS. - Wtedy wszystko zaskoczyło. Wieloletnia, ciężka praca zaczęła przynosić owoce. Nagle wszystko znalazło się na swoim miejscu - opowiadał fiński skoczek.

Podczas treningu przed kwalifikacjami w Garmisch-Partenkirchen zaliczył jednak brzemienny w skutki wypadek. Złamał obojczyk, siedem żeber, doznał odmy płuc oraz wstrząśnienia mózgu. Zeskok opuszczał na toboganie z zakrwawionym obliczem, jego twarz przecięła bowiem ośmiocentymetrowa rana szarpana. Do upadku doszło tuż po lądowaniu i początkowo nie wyglądał on szczególnie groźnie.

- Kolega z reprezentacji, Ari Pekka Nikola, obserwując ten upadek, powiedział mi, że był przekonany, iż za chwilę wstanę, otrzepię się i wrócę na górę skoczni. Stało się jednak inaczej. Na szczęście nic nie pamiętam z tej sytuacji. Wszystko, co wiem na temat tego upadku pochodzi z nagrań, które oglądałem wielokrotnie. Przeanalizowałem tę sytuację dokładnie i wyrobiłem sobie jej właściwą percepcję. Ale nie miałem po tym upadku myśli rezygnacyjnych. - wyjaśniał Laitinen. - Chwila dekoncentracji i wszystkie żmudne treningi okazały się daremne - skwitował Hannu Lepistoe. Po analizie zdarzenia okazało się jednak, że przyczyną upadku nie był błąd skoczka, ale problem techniczny. Poluzowało się lewe wiązanie i dlatego zawodnik stracił kontrolę nad nartą

Upadek numer dwa

Media obiegła wypowiedź Jensa Weissfloga, która podkreślała tylko wybitną dyspozycję, w jakiej znajdował się Fin. - Mam wątpliwości, czy wygrałbym swój czwarty Turniej Czterech Skoczni, gdyby nie kontuzja Laitinena - powiedział niemiecki król skoczni. Po niespełna dwumiesięcznej pauzie 23-latek wrócił na skocznię i dokończył sezon Pucharu Świata, notując całkiem dobre wyniki. W Lahti stanął nawet na drugim stopniu podium.

Świetne skoki prezentował także latem, stając na podium  w każdym z pięciu rozegranych konkursów Letniego Grand Prix. W klasyfikacji generalnej zajął drugie miejsce za swoim rodakiem Arim Pekką-Nikolą. W kampanii 1996/97 nadal był zawodnikiem światowej czołówki, choć nie błyszczał tak jak rok wcześniej. Na mistrzostwach świata w Trondheim zdobył kolejny złoty medal drużynowy. Tuż po czempionacie wydarzyła się jednak kolejna tragedia.

Podczas konkursu drużynowego w Lahti Mika oddał najdłuższy skok w zawodach, ale upadł i doznał poważnego urazu więzadła krzyżowego w prawym kolanie. Jeżeli Garmisch było bolesnym ostrzeżeniem, Lahti stało się granicą, za którą jego kariera zaczęła wyglądać zupełnie inaczej. - Po upadku z Garmisch dość szybko wróciłem do siebie, ale ten z Lahti był katastrofą i stanowił prawdziwy punkt zwrotny w mojej karierze. Moje kolano nie było już nigdy kolanem skoczka - wyznał reprezentant Suomi. Na nartach skakał jeszcze przez trzy sezony, ale do ścisłej światowej czołówki już nie należał. W tym czasie wyskakał jeszcze tylko jedno pucharowe podium.

Naturalne przejście

- Można się zastanawiać jak potoczyłaby się moja kariera, gdyby nie to feralne zdarzenie z Lahti. Ale nie chcę już tego rozstrząsać. To jest sport i uprawiając go, trzeba się liczyć z tym, że zdarzają się różne sytuacje, również te trudne i bardzo nieprzyjemne w postaci ciężkich kontuzji - mówi Laitinen. Narty odwiesił  po sezonie 1999/2000, mając 27 lat.

Jeszcze podczas kariery zawodniczej rozpoczął studia, dzięki którym uzyskał kwalifikacje ekonomisty biznesowego w dziedzinie komunikacji marketingowej. - O zakończeniu kariery myślałem przez pół roku. Rywalizacja na skoczni była dla mnie świetną zabawą, a wyjazdy na zawody cały czas miały dla mnie swój urok. Jednak osiągnięcie ewentualnego sukcesu wymagałoby ciężkiego treningu, na który nie miałem już siły. Długo zastanawiałem się, czy mam na to ochotę. Nie miałem. Moje przejście do normalnego życia było bardzo płynne i naturalne, przez to, że już wcześniej podjąłem naukę w Wyższej Szkole Nauk Stosowanych w Savonii, którą ukończyłem w 2001 roku. Moment odejścia uznaję za idealny. Nigdy nie myślałem o powrocie. Ten sport, jest na tyle specyficzny, że nie byłoby to możliwe. Jeśli rozstaniesz się z nim, nie ma sensu wracać - wyjaśniał Laitinen.

W 2007 roku rozpoczął pracę w firmie Maatera Oy działającej w branży przemysłu metalowego, konkretnie w firmie importującej narzędzia do obróbki metali. Obecnie pracuje jako kierownik regionalny na wschodnią Finlandię w Kuopio. Po jego karierze pozostało wspomnienie zawodnika o niezwykłym odbiciu, olimpijskiego i dwukrotnego drużynowego mistrza świata, zwycięzcy konkursów Pucharu Świata.

Pozostało też coś jeszcze – trudne do uchwycenia poczucie niedosytu i pytanie, które po latach wciąż wraca: jak wysoko mógłby zajść Mika Laitinen, gdyby los oszczędził mu tych dwóch feralnych upadków? Być może właśnie dlatego jego historia wciąż ma w sobie coś przejmującego. Opowiada bowiem nie tylko o tym, co udało mu się osiągnąć, lecz także o wszystkim, co mogło się jeszcze wydarzyć.

Czytaj też:

Wielki, okaleczony wojownik. Dramatyczna kariera Janne Happonena

Z kombinacji do skoków, ze skoków do szpitala. Historia Davida Zaunera