Twardosz wskoczyła do historii. „Czekałam na ten dzień"
Anna Twardosz została pierwszą reprezentantką Polski w historii kobiecych skoków narciarskich, która wygrała zawody najwyższej rangi. W sobotę mistrzyni naszego kraju z ogromną przewagą wygrała konkurs zaliczany do klasyfikacji generalnej Letniego Grand Prix, lądując na 96. i 90. metrze rumuńskiego obiektu HS97.
Skijumping.pl: Aniu, za tobą zjawiskowy występ w Rasnovie. Odniosłaś pierwsze zwycięstwo w Letnim Grand Prix, historyczne również dla polskich skoków kobiet. Co czujesz chwilę po konkursie?
Anna Twardosz: Czekałam na ten dzień, nie ukrywam. Odliczałam do momentu, w którym w końcu stanę na najwyższym stopniu podium. Udało się, jestem z siebie ogromnie dumna i chyba jeszcze nie do końca to do mnie dociera.
Uśmiech nie schodzi ci z twarzy. Serce nadal mocno bije?
Tak, ale pewnie będzie biło jeszcze szybciej, kiedy położę się już w pokoju, zejdą ze mnie emocje i adrenalina. Wtedy naprawdę to poczuję.
Nie było to zwycięstwo o włos. Wyprzedziłaś drugą zawodniczkę o prawie 20 punktów. Wiedziałaś po pierwszej serii, jak wygląda sytuacja w tabeli, czy odcięłaś się od wyniku i pojechałaś na górę wykonać swoją pracę?
Od samego rana miałam nastawienie: jadę, skok, jadę, skok. Naprawdę fajnie mi się skakało. Ostatnią próbę w konkursie trochę zepsułam, ale ogólnie miałam swój dzień. Mogłam po prostu siedzieć na tej skoczni i skakać.
Na tym chyba polega sportowy rozwój, nawet słabsza próba pozwala osiągnąć wielki wynik.
Tak, dokładnie na taki moment się czeka.
Co czułaś, siadając na belce przed finałowym skokiem? Doświadczenie zdobyte w ostatnich latach pomogło zapanować nad emocjami?
Byłam znacznie mniej zestresowana niż na przykład rok temu, kiedy znalazłam się w podobnej sytuacji. Oczywiście stres nadal się pojawiał, bo nigdy wcześniej nie stałam na najwyższym stopniu podium, a bardzo tego chciałam. Tym razem się udało. Ten stres i ambicja w pewien sposób się napędzają.
Skoczkowie często powtarzają, że liczą się wyłącznie dobre próby i właściwe wykonanie swojej pracy. Przyznajesz jednak, że z tyłu głowy są również coraz wyższe cele wynikowe?
Tak. Wiadomo, że mówi się: jeśli będziesz dobrze skakać, zaczniesz wygrywać. Każdy sportowiec ma jednak z tyłu głowy chęć zwycięstwa. Chce być jak najlepszy i osiągać możliwie najlepsze wyniki. Czasami trudno nad tym zapanować.
W pierwszej serii uzyskałaś 96 metrów i pięknie wylądowałaś. To był jeden z najlepszych skoków w twojej karierze?
Patrząc na moje odczucia, był to jeden z lepszych skoków. Bardzo fajnie mi się leciało i lądowało. Zabrakło tylko metra do rozmiaru skoczni. Może uda się w niedzielę.
Konkurs kobiet był tym razem głównym punktem programu i odbył się po rywalizacji mężczyzn. To miła odmiana?
Tak, to było miłe. Z drugiej strony poranny trening sprawił, że dzień zrobił się bardzo długi. Później przez prawie siedem godzin czekałyśmy na zawody. To oznaczało długie siedzenie w stresie.
W pierwszej serii treningowej zajęłaś drugie miejsce, a kolejną wygrałaś. Wiedziałaś więc, że tego dnia może wydarzyć się coś dużego. Jak nie dać się ponieść takim myślom podczas wielogodzinnej przerwy?
Bardzo szybko sprawdzam wyniki, ale nie było tak, że siedziałam później w pokoju i cały czas o nich myślałam. Zajmowałam się swoimi rzeczami. Gdzieś pozostawało to z tyłu głowy, ale nie znajdowało się na pierwszym miejscu.
Po sierpniowych zawodach w Wiśle i Courchevel było widać u ciebie rozczarowanie. Po udanej zimie chciałaś już osiągać więcej. Jak wyglądało sześć tygodni dzielących tamte starty od zawodów w Rasnovie?
Bywało lepiej i gorzej. Podczas ostatniego obozu w Szczyrku moje skoki były słabe. Może nie bardzo słabe, ale jednak słabe. Z kolei na zgrupowaniu w Zakopanem prezentowałam się bardzo dobrze. Oddawałam tam jedne z lepszych skoków i wszystko przychodziło mi z dużą łatwością. Była to więc taka mieszanka. Testowaliśmy też nowe zapięcia i próbowaliśmy innych butów. To nadal okres, w którym możemy sprawdzać różne rozwiązania i szukać najlepszego sprzętu na zimę.
Chwilę po konkursie wpadliście sobie w ramiona ze Stefanem Hulą i Marcinem Bachledą. Ty niemal od razu zapytałaś trenerów, czy drugi skok był dobry. Usłyszałaś, żeby na razie nacieszyć się chwilą.
Chciałam się upewnić, ponieważ wiedziałam, że ten skok nie był już tak fajny i trochę go zepsułam. Potrzebowałam potwierdzenia, że właściwie to poczułam. Kiedy mam dobre czucie na skoczni, wszystko przychodzi mi łatwiej. Jeśli trenerzy przekazują mi jakąś wskazówkę albo mówią o błędzie, potrafię go wtedy wyczuć.
Jesteś w Rasnovie jedyną reprezentantką Polski, ale kobiecy zespół nie został pozostawiony sam sobie. Przez cały dzień pomagał wam również sztab męskiej kadry.
Pomagamy sobie nawzajem. Jesteśmy tutaj jednym dużym zespołem. To bardzo fajne, że mamy dodatkowe ręce do pomocy. Bardzo za to dziękujemy.
Stałaś się ambasadorką kobiecych skoków w Polsce. Co powiedziałabyś dziewczynkom, które zastanawiają się, czy warto spróbować tego sportu, oraz ich rodzicom?
Trzeba pójść i spróbować. Często jest tak, że ktoś widzi skocznię i pojawia się w jego głowie myśl: „Chciałbym spróbować”. Wtedy trzeba podjąć tę decyzję i się nie bać. Później można już zostać w tym sporcie przez kilkanaście lat, tak jak ja.
Do rywalizacji wracają Natalia Słowik, Kamila Karpiel i Nicole Konderla-Juroszek. Pola Bełtowska zmaga się natomiast z problemami zdrowotnymi. Z pewnością jesteś inspiracją dla innych polskich zawodniczek. Skąd sama czerpiesz motywację, żeby ciągle iść dalej?
Pozdrawiamy Polę. Chyba jest już coraz lepiej, więc czekamy na jej powrót. Od kilku lat mam w głowie swój cel. Po prostu do niego dążę i robię wszystko, żeby wyrobić się w czasie.
Przed laty właśnie w Rasnovie opowiadałaś nam, że podczas rozgrzewki gonił cię… rumuński piesek. Nie dałaś się wtedy zatrzymać i podobnie konsekwentnie pędzisz teraz do przodu.
To nie był piesek, tylko naprawdę wielki pies! (śmiech)
Co jest tak wyjątkowego w skoczni w Rasnovie, że tak dobrze się tutaj odnajdujesz?
Nie wiem, co jest w niej wyjątkowego, ale bardzo ją lubię. Jest dla mnie przyjemna i chyba inna niż wszystkie pozostałe obiekty. Dobrze mi się tutaj skacze. Trochę trzepie na dojeździe, ale da się wytrzymać.
Przed tobą jeszcze niedzielny konkurs. Na koniec klasyczne pytanie: komu dedykujesz to historyczne zwycięstwo?
Przede wszystkim całej mojej rodzinie i mojemu narzeczonemu.
Z Anną Twardosz – w Rasnovie – rozmawiał Dominik Formela