„Chce się więcej” – Anna Twardosz po historycznym dublecie
Dwa konkursy, dwa zwycięstwa i dwa Mazurki Dąbrowskiego. Weekend z Letnim Grand Prix w Rasnovie należał do Anny Twardosz. Reprezentantka Polski opowiedziała nam o emocjach towarzyszących historycznemu dubletowi, zaskakującej decyzji jury przed finałowym skokiem w niedzielnych zawodach oraz coraz lepszym radzeniu sobie z presją. – Rok temu bardzo się stresowałam. Teraz idzie mi to coraz lepiej – przyznaje 25-latka, spoglądając już w stronę zimy.
Skijumping.pl: Wielkie gratulacje za podwójny triumf w Rasnovie. Czy żartobliwie możemy mówić już o „Twardoszomanii”?
Anna Twardosz: Przede wszystkim bardzo dziękuję. Nie, myślę, że nie <śmiech>...
W sobotni wieczór pytałem, jak smakuje pierwsza wygrana w karierze. Jak smakowało zatem drugie zwycięstwo, odniesiona kilkanaście godzin później, w niedzielę?
Dobrze, coraz lepiej. Aż chce się coraz więcej.
Co ciekawe, w niedzielę organizatorzy z Rumunii odegrali inną wersję naszego hymnu. Mazurek Dąbrowskiego zabrzmiał tym razem w innym, bardziej bojowym anturażu.
Tak, ze słowami. Chyba stwierdzili, że nie umiemy śpiewać i trzeba nam pomóc <śmiech>...
Jakie to były skoki? Ponownie wyglądało to bardzo swobodnie, począwszy od serii próbnej, w której również byłaś najlepsza.
Były to w miarę dobre skoki. Pierwsza próba konkursowa była dobra. W serii próbnej chyba delikatnie się spóźniłam, ale poza tym ten skok także był w porządku. W finale pojawił się natomiast problem, z którym się zmagam. Trochę mnie pospinało i skok był nieco gorszy.
Jury nie ułatwiło ci zadania w finale, obniżając belkę aż o trzy stopnie, z 24. na 21. platformę startową. Spodziewałaś się tak dużej korekty?
Szczerze mówiąc, zupełnie się tego nie spodziewałam. Byłam w szoku. Myślę, że obniżono belkę trochę za bardzo.
Uzyskałaś 83 metry i nie wyglądałaś na przekonaną, że wystarczy to do zwycięstwa.
Nie wyglądałam, bo nie byłam tego pewna. Gdzieś z tyłu głowy pojawił się niepokój. Zimą mam o tyle łatwiej, że widzę zieloną linię i po wylądowaniu mogę mniej więcej ocenić, czy skok wystarczy do prowadzenia. Latem jest z tym trudniej. Nie wiedziałam też, jakie odległości osiągnęły moje poprzedniczki.
Jak minęły ci wieczór i noc po pierwszym zwycięstwie? W sobotę trzymały cię euforia i adrenalina, ale później musiało przyjść zmęczenie.
Po kolacji nagle mnie dopadło. Zdążyłam jeszcze porozmawiać z rodzicami i narzeczonym oraz odpisać kilku osobom. Później zostały mi już tylko kąpiel i sen. Nie spodziewałam się, że będzie to aż tak męczące, przede wszystkim pod względem psychicznym.
Pojawiły się jakieś niespodziewane gratulacje, telefony albo wiadomości?
Chyba nie.
Trenerzy żartobliwie nazywali cię królową Rasnova i sportową bestią z Lanckorony. Jesteś już rozpoznawana w rodzinnych stronach?
Kiedy jestem w domu albo przychodzę do kościoła w parafii w Skawinkach, podchodzą do mnie ludzie i gratulują. Mówią, że mi kibicują i że bardzo się cieszą. To naprawdę miłe.
Rosnąca popularność w żaden sposób ci nie ciąży?
Nie. To jest miłe i fajne.
Wróćmy jeszcze do finałowego skoku. Można odnieść wrażenie, że jury ufało ci mniej niż ty sama sobie. W ten weekend pokazałaś przecież, że próby na 90–95 metrów potrafisz bezpiecznie zakończyć telemarkiem.
Może myśleli, że z 21. belki skoczę około 96 metrów. Może bym tyle uzyskała, gdybym nie zepsuła skoku. Nie wiem...
Mimo odległości 83 metrów otrzymałaś najwyższą notę w drugiej serii i jeszcze powiększyłaś przewagę nad resztą stawki.
Nie wiedziałam o tym. Trenerzy powiedzieli mi dopiero po dekoracji i byłam trochę zaskoczona. Myślałam, że skok był dość krótki, a mimo to nadal miałam przewagę. Bardzo się z tego cieszę.
W skokach często mówi się, że jeden udany konkurs może odblokować zawodnika i później wszystko przychodzi łatwiej. Poczułaś to po sobotnim zwycięstwie?
W niedzielę od samego rana byłam znacznie bardziej zmęczona i trochę „zmulona”. Kiedy jednak pojawiłam się na skoczni, wszystko przychodziło mi z dużą swobodą. Nie przejmowałam się i za dużo nie myślałam – poza drugą serią.
Zarówno w sobotę, jak i w niedzielę właśnie finałowe próby okazały się największym wyzwaniem. Letnie zawody służą jednak między innymi zdobywaniu takich doświadczeń przed zimą.
To prawda. Później jest dzięki temu znacznie łatwiej. Gdy porównam się z sobą sprzed roku, widzę różnicę. Wtedy podczas pierwszego konkursu w Rasnovie bardzo się stresowałam, kiedy prowadziłam przed drugim skokiem. Teraz radzę sobie z tym coraz lepiej.
Za około dwa miesiące rozpocznie się Puchar Świata w Lillehammer. To z twojej perspektywy dużo czy mało czasu?
Tak pół na pół.
Gdzie widzisz jeszcze największe rezerwy? Nad czym chciałabyś popracować przed zimą?
Myślę, że największe rezerwy mam w locie. Chciałabym się jeszcze poprawić w tym elemencie.
Przed nami ostatni indywidualny konkurs Letniego Grand Prix w Klingenthal, a matematycznie w klasyfikacji generalnej nadal możliwe są różne scenariusze, włącznie z podium. Końcowy wynik cyklu ma dla ciebie znaczenie?
Wolę się na tym nie skupiać. Kiedy zacznę o tym myśleć, może być tylko gorzej.
Dziękuję za ten wyjątkowy weekend w Rasnovie i gratuluję dwóch zwycięstw. Pokazałaś, że polskie skoczkinie mogą walczyć o najwyższe miejsca, a nadchodząca zima może być niezwykle interesująca.
Dziękuję bardzo.
Z Anną Twardosz – w Rasnovie – rozmawiał Dominik Formela