Zmienił narty na kamerę i został świadkiem historii - "filmowe" życie Williego Puerstla

  • 2026-09-07 08:41

Wydawało się, że nic wielkiego z niego nie będziePodczas kariery zawodniczej ważył 76 kilogramów, odniósł dwa bardzo poważne upadki, a mimo to wygrał Turniej Czterech Skoczni. Najciekawsza część jego biografii zaczęła się jednak po rozstaniu ze skokami. Willi Puerstl przez obiektyw kamery dokumentował wydarzenia, o których większość ludzi mogła tylko przeczytać w gazetach.

Jumbo ze Styrii

10 stycznia 1955 roku w niewielkim Schöder w Styrii przyszedł na świat chłopiec, który wiele lat później miał zapisać się w historii austriackich skoków narciarskich. Johann Puerstl, jego ojciec, pracował jako sekretarz gminy, ale w młodości sam zakładał narty i oddawał się swojej pasji do skakania. Nic więc dziwnego, że zaraził nią syna. Willi zaczął pojawiać się na skoczni jako sześciolatek. Zanim do tego doszło, otrzymał swoje pierwsze narty. I to nie od przypadkowej osoby. Podarował mu je Willi Eger — miejscowy skoczek, dwukrotny olimpijczyk i drugi zawodnik Turnieju Czterech Skoczni w sezonie 1961/62. Dla małego Williego taki prezent miał wyjątkową wartość.

Ważnym etapem rozwoju młodego talentu była edukacja w gimnazjum w Stams, choć szkoła ta była wówczas u zarania swojego istnienia i nie miała jeszcze wyrobionej renomy, z jakiej zasłynie kilka lat później. Dla rodziców Williego wysłanie syna do Stams było dużym obciążeniem finansowym. Potwierdzają to zachowane stenogramy obrad parlamentu Styrii z 1975 roku. Pochodzący z wielodzietnej rodziny Puerstl został w nich przywołany jako przykład młodego sportowca, dla którego pomoc stypendialna jest niezbędna, do tego, by mógł odbywać naukę w gimnazjum. W Stams Puerstl zamieszkał w jednym pokoju z innym młodym adeptem skoków ze Styrii — Karlem Schnablem, o którym jeszcze w tej opowieści wspomnimy.Obaj należeli do pierwszych skoczków kształconych w tej szkole.

Na pewnym etapie kariery Willego ochrzczono ksywą "Jumbo", odnoszącą się do słynnego słonia. A to dlatego, że ważył aż 76 kilogramów, nie była to więc waga typowa dla skoczka. Puerstl mierzył się zatem na skoczni nie tylko z rywalami, ale też z własnymi ograniczeniami.

Do sezonu 1974/75 Willi nie miał w swym dorobku większych sukcesów. Miał za to dwa ciężkie upadki. W styczniu 1974 roku na Bergisel w Innsbrucku przewrócił się już na rozbiegu i runął z ogromnym impetem na bulę, co do dziś sprawia makabryczne wrażenie. Skończyło się na utracie przytomności, wstrząśnieniu mózgu i urazie pięty. Po miesiącu wrócił na skocznię. Kolejny wypadek przydarzył mu się w listopadzie tego samego roku. W jego wyniku złamał łopatkę i część jego tułowia musiała zostać umieszczona w gipsie. Puerstl nie ukrywał głębokiego rozczarowania tą sytuacją. Miał za sobą udany sezon letni i po cichu liczył na sprawienie niespodzianki podczas Turnieju Czterech Skoczni. 

 

Austria - reszta świata

Ale złamana kość szybko się zagoiła, jeszcze przed rozpoczęciem austriacko-niemieckiej imprezy Willi pozbył się gipsu i wznowił treningi. Rzeczona edycja Turnieju Czterech Skoczni była jedną z najbardziej niezwykłych w historii. Odtwórzmy sobie zatem jej przebieg i okoliczności.

W sezonie 1974/75 mijały 22 lata od momentu zainaugurowania rozgrywanego w Niemczech i Austrii wielce prestiżowego już wtedy turnieju, a współgospodarze imprezy, organizatorzy zmagań w Innsbrucku i Bischofshofen, tylko raz mogli cieszyć się ze zwycięstwa swojego reprezentanta. W 1953 podczas premierowej edycji imprezy najlepszy okazał się Josef Bradl. Żaden z jego rodaków przez ponad dwie dekady nie był w stanie do tego sukcesu nawiązać. Przed omawianym przedolimpijskim sezonem Austriacy czekali aż jedenaście lat na triumf swojego skoczka w pojedynczym choćby konkursie Turnieju. W 1964 roku finał imprezy rozgrywany w Bischofshofen padł łupem Baldura Preimla, który teraz, konkretnie latem 1974 roku, objął funkcję trenera reprezentacji Austrii. Z miejsca wprowadził do drużyny rewolucyjne treningowe i sprzętowe rozwiązania i stworzył prawdziwy "Wunderteam".

Turniej tradycyjnie rozpoczął się w Oberstdorfie. Inauguracyjne zawody zawalił całkowicie przyszły mistrz olimpijski, Karl Schnabl. Padły one łupem bohatera niniejszego tekstu. 35 lokata Schnabla jednak nie załamała, a on sam, mając świadomość swoich możliwości, powziął sobie za cel szaloną pogoń za zwycięstwem. Przez pozostałe zawody szedł jak burza, wygrywał w Ga-Pa, Innsbrucku i Bischofshofen, ale jego nadludzki wysiłek wystarczył do zajęcia ledwie trzeciego miejsca, choć i jego przewaga nad czwartym, Czechosłowakiem Karlem Kodejską, nie była specjalnie duża. Schnablowi mogli zagrozić także Stanisław Bobak i Reiner Schmidt z NRD, ale obaj w ostatnim skoku poszli na całość i nie ustali swoich dalekich prób.

Drugim dopiero austriackim triumfatorem w historii cyklu został w tej sytuacji 19-letni zaledwie Willi Puerstl, który po wygranej w Oberstodrfie zajął 5., 5. i 7. miejsce w kolejnych konkursach. Między nim a Schnablem uplasował się jeszcze Edi Federer, który wiele lat później w Polsce stanie się znany jako prężny menadżer pilnujący interesów Adama Małysza. Warto jeszcze przytoczyć kilka znaczących faktów związanych z tą edycją TCS. Po raz drugi dopiero zdarzyło się, by wszystkie cztery konkursy padły łupem przedstawicieli jednej nacji. Dopiero po raz drugi zawodnicy z jednego kraju obsadzili całe turniejowe podium. Sześciu austriackich skoczków znalazło się w czołowej „15” klasyfikacji końcowej. 

23. edycję TCS określono jako pojedynek Austria – reszta świata. Z miejsca rozpoczęły się domniemywania na temat tego, co jest przyczyną tak znakomitego występu podopiecznych Baldura Preimla. „Wielu fachowców zastanawia się co leży u podstaw tak znacznego sukcesu skoczków tego kraju” – pisano w polskiej prasie. „Na pewno niebagatelny wpływ ma na to aktualna forma Puersta, Federera, Schnabla i ich kolegów oraz faktu, że mogli oni trenować w dogodnych warunkach śniegowych, podczas gdy zawodnicy innych krajów oczekiwali na łaskawszą aurę. Podnosi się często argument, że tajemnica sukcesów Austriaków tkwi w sprzęcie pokrytym sztucznym tworzywem — teflonem. Wydaje się jednak, że istotny wpływ na osiągnięcia skoczków austriackich mają warunki jakie stworzono im przed najbliższą olimpiadą w Innsbrucku. Niewątpliwie przyglądając się sukcesom Austriaków, stwierdzić trzeba, że mamy do czynienia z grupą młodych autentycznie utalentowanych skoczków.”

Dziś wiadomo, że Preiml sprawił, iż jego podopieczny uciekli światu pod względem sprzętowym, ale to nie wszystko. Szkoleniowiec, który zapoczątkował nową erę w austriackich skokach, położył duży nacisk na dobre przygotowanie psychologiczne zawodników. Skoczkowie znacznie wyprzedzali swoje czasy, jeśli chodzi o kwestie mentalne. Wykorzystywali techniki wizualizacyjne i reframing.

Hiszpańska przygoda

Na koniec sezonu Puerstl wygrał jeszcze jeden cykl, zapomnianą dziś imprezę o nazwie Turniej Norweski, rozgrywaną na skoczniach w Odnes, Oslo, Raelingen i Vang. W sezonie 1975/76 był członkiem ekipy, która miała wziąć udział w domowych igrzyskach olimpijskich w Innsbrucku. Przed główną imprezą sezonu Austriak prezentował dość wysoką formę i ostrzył sobie zęby na olimpijskie medale. Używał wtedy nowatorskich wiązań, które zostały jednak oprotestowane przez ekipę RFN, wskutek czego Międzynarodowa Federacja Narciarska zakazała Willemu ich używania. Po zmianie sprzętu skoczkowi posypała się technika, a jego loty stały się o dobrych parę metrów krótsze. Do kadry na igrzyska ostatecznie się nie załapał. Na nartach skakał jeszcze przez kilka lat, do 1981 roku, ale znaczących wyników już nie osiągał. Załapał się jeszcze na początek epoki Pucharu Świata. W sezonie 1979/80 w klasyfikacji generalnej zajął 29. pozycję.

Gdy 1 lutego 1981 roku wygrał w hiszpańskiej La Molinie zawody z cyklu Pucharu Europy, nie wiedział jeszcze, że na Półwyspie Iberyjskim przyjdzie mu spędzić najbliższe trzy lata. Po zakończeniu kariery Austriak został trenerem egzotycznej reprezentacji Hiszpanii. Pobyt w Pirenejach wspomina miło, choć praca, na którą się zdecydował, okazała się być bardzo wymagająca. Puerstl był odpowiedzialny nie tylko za treningi skoczków, ale również za całą organizację i logistykę. Do tego bez przerwy zmagał się z bardzo niskim budżetem, który zwykle nie chciał się spiąć. 

Zostawił jednak trwały ślad w pamięci tamtejszych skoczków, którzy wspominają go jako maksymalnie zaangażowanego fachowca. - Był najbardziej profesjonalny ze wszystkich naszych trenerów. Pod jego okiem mogłem bezpiecznie oddawać skoki na skoczniach K90. Puszczał nam w kinie nagrania skoków najlepszych zawodników. Najczęściej powtarzał 176 metrowy lot Toniego Innauera, którym ten pobił rekord świata i uzyskał notę marzeń. Potem jako trener byłem wsparciem dla Williego przez kilka miesięcy i od niego nauczyłem się podstaw, jak szkolić dzieci - wspominał na łamach naszego portalu Luis Fajardo. - Tak naprawdę moim najbardziej udanym okresem był ten spędzony z Willim Purstlem. Z nim osiągnąłem najlepsze wyniki. Williemu udało się stworzyć profesjonalną drużynę - dodaje Jose Riviera. 

Nieco inaczej okres ten zapamiętał Alex Velasco: - Gdy było nas 10-12 skoczków, przybył Willi Purtsl i skupił się na stworzeniu kadry A i B. Później właściwie zajął się trenowaniem kadry A, a kadrę B zostawił samą sobie. To sprawiło, że zdecydowałem się przerwać skakanie i czułem frustrację, ponieważ nie mogłem dążyć do realizowania swoich celów.

Nowe życie w Kanadzie

W 1984 roku Austriak otrzymał propozycję objęcia posady trenera kanadyjskich skoczków. Miał przywrócić do formy dwóch najlepszych tamtejszych zawodników, Horsta Bulaua i Steve'a Collinsa. Misja ta nie do końca się powiodła. Bulau zajął wprawdzie 7. miejsce na dużej skoczni podczas domowych igrzysk olimpijskich w Calgary, ale poza tym niczym się specjalnie nie wyróżniał, a był to przecież trzykrotny "podiumowicz" klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Także Collins nie nawiązał do wyników ze swojej wczesnej młodości. 

Po zakończeniu pracy z kadrą kanadyjskich skoczków Puerstl otrzymał propozycję pracy z USA i Włoch. Obie jednak odrzucił z prostego powodu. - Zakochałem się w Ottawie! - opowiadał po latach. Od 1988 roku posiada kanadyjskie obywatelstwo. 

Jego austriacki znajomy pracował w Kanadzie jako kamerzysta. Puerstl zainteresował się jego pracą. Odbył krótkie szkolenie, poszedł na rozmowę kwalifikacyjną i szybko otrzymał pierwszy kontrakt. Został kamerzystą i producentem telewizyjnym. Zachował kontakt ze sportem, choć w zupełnie innym charakterze, ale jego praca mocno wykraczała poza tę dziedzinę życia. Zajmował się polityką, gospodarką, wydarzeniami społecznymi. Relacjonował wojnę w Jugosławii, wydarzenia z kanadyjskiego parlamentu. 

Puerstl nie poprzestał na pracy dla telewizji. Założył własną firmę produkcyjną — Skyfly Productions. Z czasem jego działalność objęła również produkcję filmową i reportaż. Jednym z najważniejszych obszarów jego działalności stała się kanadyjska Arktyka. Austriak wielokrotnie podróżował na północ i przez lata dokumentował ten niezwykły regionPracował także przy wizytach najważniejszych osobistości. Wśród nich znalazła się królowa Elżbieta II. Puerstl był oficjalnym kamerzystą podczas jednej z jej wizyt w Kanadzie. Pracował również przy wydarzeniach z udziałem obecnego króla Karola III i jego żony Camilli, a także Williama i Catherine. Poznał pochodzącego podobnie jak on z Austrii gubernatora Kalifornii Arnolda Schwarzeneggera. Rozmowę z nim wspomina jako "miłą pogawędkę w szeroko rozumianym dialekcie styryjskim". 

W swojej pracy miał okazję odwiedzić Sarajewo, w którym wcześniej przebywał jako trener reprezentacji Hiszpanii podczas igrzysk olimpijskich w 1984 roku. Wówczas miasto to było symbolem wielkiego święta i miejscem międzynarodowej jedności. W latach 90. zastał zniszczone areny sportowe i miejsca masowych pochówków. - To było wstrząsające - wyznał. 

Kanada generalnie rzecz biorąc odwzajemniła Puerstlowi jego uczucie, choć w 1999 roku miało miejsce jedno zdarzenie, które kładzie się cieniem na tej relacji. - Ja i mój syn zostaliśmy wyciągnięci z samochodu przez policję, ponieważ podejrzewano nas o kradzież. Zaczęli nas szarpać, grożono nam bronią. Próbowaliśmy im wyjaśnić co się dzieje, ale nie chcieli nas słuchać. Potraktowano nas jak zwierzęta - żalił się były skoczek lokalnej prasie, a wydarzenie to na długo znalazło się w jego pamięci. 

Czytaj też:

Potężne odbicie, duże sukcesy i dramat w Lahti. Historia Miki Laitinena

Górnik, który ustanowił rekord świata. Historia Reinholda Bachlera

"Skoczek mijający słońce". Ostatni lot Torgeira Brandtzæga


Adrian Dworakowski, źródło: Derstandard.at+Diepresse.com+numerique.banq.qc.ca+Gazeta Krakowska+źródła własne
oglądalność: (498) komentarze: (1)

Komentowanie jest możliwe tylko po zalogowaniu

Zaloguj się

wątki wyłączone

Komentarze

  • Skokownik profesor

    Ciekawy artykuł. Bardzo wiele ciekawych wątków - od nart od Williego Egera, przez przywołanie jako przykład młodego sportowca, któremu trzeba pomóc finansowo, wygrzebanie się z kontuzji do tego stopnia, że wygrał Turniej Czterech Skoczni, praca trenerska w Hiszpanii(bardzo niecodzienny z dzisiejszej perspektywy kierunek) i Kanadzie, a następnie cichy udział w relacjonowaniu światu wydarzeń oraz poznanie Arnolda Schwarzeneggera. Docenić należy także research źródeł - od dotarcia do wspomnień o Willim Egerze, przez stenogramy obrad parlamentu Styrii aż do kanadyjskiej prasy lokalnej. Jest jednak jedna literówka - "A to dla tego, że ważył aż 76 kilogramów...". Dlatego piszemy tutaj razem. To jednak szczegół nieprzekreślający ciężkiej pracy, by powstał interesujący, przeczytany jednym tchem artykuł, do tego rzetelny.

Regulamin komentowania na łamach Skijumping.pl