Strona główna • Historia Skoków Narciarskich

Przegrał z systemem i popełnił samobójstwo - tragiczna historia amerykańskiego skoczka

11 listopada 1991 roku około godziny 12.00 w południe były skoczek narciarski John Balfanz wszedł do siedziby firmy Wal-Mart w Littleton w stanie Kolorado i poprosił o spotkanie z menedżerem. Następnie wręczył mu sześciostronnicowy list pożegnalny, po czym przyłożył sobie pistolet do skroni i pociągnął za spust. Zginął na miejscu.


Czekając na zawody Pucharu Świata w Lake Placid, zajrzyjmy na chwilę do historii skoków w USA. Gdyby sporządzić listę TOP10 amerykańskich skoczków wszech czasów nie mogłoby na niej zabraknąć urodzonego w 1940 roku Johna Balfanza. Swoje pierwsze zawody wygrał jako siedmiolatek. W latach 1957-59 służył w armii amerykańskiej, a po zakończeniu służby zaczęła się jego prawdziwa kariera. Życiowy sukces zanotował zimą 1962/63, plasując się na czwartym miejscu w klasyfikacji końcowej Turnieju Czterech Skoczni.

W Oberstdorfie zajął siódme miejsce, w Innsbrucku, który był wtedy drugim przystankiem imprezy, szóstą, w Garmisch-Partenkirchen piątą, a podczas finału w Bischofshofen trzecią. Całkiem nieźle poradził sobie rok później, gdy finiszował jako ósmy. Ogółem siedmiokrotnie plasował się w czołowej "10" konkursów TCS.

W Seefeld z kolei w 1964 roku osiągnął swój najlepszy wynik w imprezie rangi mistrzowskiej. Olimpijski konkurs skoków na skoczni normalnej zakończył na 10 miejscu. Warto też odnotować, że rok wcześniej zajął drugie miejsce na królewskiej skoczni Holmenkollen, przez kilka chwil będąc nawet jej współrekordzistą po skoku na 80,5 m. Wygrał niezliczoną liczbę krajowych konkursów, wielokrotnie poprawiał też rekord kraju w długości lotu.

Skoki uprawiał także jego brat bliźniak -  Jim, choć był jednak dużo mniej utalentowany od Johna. Bracia lubili rozgrzewać publiczność przed ważniejszymi konkursami, skacząc w tandemie. Jim po zakończeniu przygody skoczka został działaczem w strukturach amerykańskiej federacji narciarskiej. John z karierą sportowca pożegnał się w 1968 roku po igrzyskach w Grenoble i poszedł w zupełnie innym kierunku. W 1980 roku został wpisany do amerykańskiej Galerii Sław Narciarstwa.

Jego firma, John Balfanz and Associates, będąca producentem odzieży sportowej, nawiązała współpracę z producentem rękawic -  Wells Lamont - świadczącym usługi dla korporacji Wal-Mart. W 1988 roku Balfanz publicznie oskarżył korporację o liczne nadużycia wobec pracowników. Ta wymusiła na Wells Lamont zerwanie umowy z byłym skoczkiem pod groźbą zakończenia współpracy. Rozpoczęła się wielomiesięczna batalia sądowa. Po trzech wyczerpujących latach procesów ława przysięgłych przyznała Balfanzowi 750 000 dolarów rekompensaty. Z tej kwoty nie zobaczył jednak ani centa. Sędzia zarządził nowy proces.

Były skoczek złożył apelację w Sądzie w Kolorado. Wyczerpujący koszmar rozpoczął się na nowo, a walka o sprawiedliwość pochłaniała go bez reszty. Nie miał czasu na prowadzenie swoich interesów, w oczy zaczęła mu zaglądać bieda. Na początku listopada 1991 roku otrzymał informację, że tuż po Bożym Narodzeniu on i jego trzecia żona zostaną eksmitowani z ich wartego 500 tysięcy dolarów domu położonego w Greenwood Village w Kolorado. Był już wtedy w bardzo głębokim stadium depresji. W połowie listopada ogłosił upadłość.

11 listopada 1991 roku 51-letni wtedy Balfanz wszedł do siedziby Wal-Mart w Littleton w stanie Kolorado i poprosił o spotkanie z menedżerem. Ten przyjął go w znajdującej się na jej terenie kawiarni. Balfanz wyjął sześciostronnicowy list. - Przeczytaj to - powiedział. Następnie wyjął pistolet i oddał strzał w skroń. Zmarł na miejscu.

Jego znajomi mówili, że życie Balfanza było klasyczną amerykańską historią sukcesu i klasyczną amerykańską tragedią jednocześnie. - Żył z niesłychaną intensywnością - mówił jeden z nich w rozmowie z lokalną prasą. - Wszystko musiał robić na maximum i na już, bez półśrodków. Kiedy pędząc po autostradzie, prosiliśmy go, by zatrzymał samochód, bo chcieliśmy skorzystać z toalety, odparł, że nie ma takiej możliwości, że musimy jechać dalej. To banalny przykład, ale symbolicznie dobrze oddaje jego osobowość.

Gene Kotlarek, przyjaciel Johna i również świetny skoczek twierdził, że na jego miejscu niemal każdy wycofałby się z wyniszczającej batalii sądowej. Ale akurat Balfanz był człowiekiem, który nigdy nie uciekał z pola walki. - Miał prawdziwą obsesję i to go wyczerpało - mówił.

Czytaj też:

Skoki, alkohol i przedwczesna śmierć - tragiczne losy braci Pietikäinen

Poszedł do lasu i nigdy z niego nie wrócił. Tajemnicza historia dawnego rekordzisty świata

Klaus Tuchscherer - ofiara zamachu na skoczni w Lahti?