Czy Kamil Stoch ma już dość? „Są we mnie sprzeczne emocje”
Weekend w Lahti w kontekście wyników był dla Kamila Stocha niczym przejażdżka kolejką górską. W piątek 39-latek zamknął czołową „10” jednoseryjnych zawodów, w sobotę nie awansował do finałowej „30” konkursu indywidualnego, a w niedzielnych zmaganiach duetów skakał powtarzalnie, acz bez oczekiwanego błysku.
Choć trudno w to uwierzyć, niedzielny występ był dla Kamila Stocha pierwszym, a jednocześnie ostatnim konkursem duetów na poziomie Pucharu Świata. Trzykrotny mistrz olimpijski trzykrotnie lądował w okolicy 122. metra na Salpausselce (HS130).
– Nie chodziło to za mną, ale miałem z tyłu, że to są moje pierwsze i ostatnie duety w Pucharze Świata. Życzyłbym sobie zdecydowanie lepszych skoków, ale było to solidne. Myślę, że tragedii nie było. Ja już nie wyciągam wniosków, byle do końca <śmiech>… Starałem się realizować ten sam pomysł, z którym tutaj przyjechałem, który wykonałem już od pierwszego skoku. W sobotnich zawodach był wypadek przy pracy, choć ta moja złośliwa podświadomość i ego podkręcające śrubę mówi, że to piątek był wypadkiem przy pracy i trafiło się jak ślepej kurze ziarno, ale w niedzielę oddałem cztery podobne skoki. Nie twierdzę, że byłbym w najlepszej „10”, ale z takimi skokami bez problemu zdobyłbym punkty – relacjonuje Stoch przed kamerą Skijumping.pl.
Choć w sobotę lepsi od Stocha byli Piotr Żyła i Maciej Kot, trener Maciej Maciusiak postanowił zaufać skoczkowi z Zębu.
– Wiedziałem, kiedy opuszczałem skocznię, że będę startował w niedzielę. Spotkałem się z trenerem Maćkiem i przekazał mi, że wystawi mnie do konkursu duetów. Nie rozmawiałem w sobotę z mediami, bo wydaje mi się, że cały czas mówię to samo. Czy jest źle, czy jest nieźle. Czy jestem w „20”, poza „30” czy poza „50”, to te skoki są bardzo podobne. Scenariusz naszej rozmowy jest cały czas ten sam, nawet dziś rozmawiamy w kółko o tym samym. Czasem nie mam już siły o tym rozmawiać i myślę, że mam do tego prawo, żeby skorzystać właśnie z tego, że udzielanie wywiadów nie jest moim obowiązkiem, ale rozumiem po co i w jakim celu to robimy – mówi trzykrotny zdobywca Złotego Orła.
Stoch na powrót do czołowej „10” Pucharu Świata czekał 1070 dni, a więc blisko trzy lata.
– Uważam, że ten weekend był słodko-gorzki. Ta czołowa „10” super, bo dążyłem do tego przez ostatnie lata. Im bardziej tego chciałem i byłem bliżej, tym bardziej się od tego oddalałem. Tutaj przyjechałem bez konkretnych oczekiwań wynikowych czy wobec skoków. Miałem pewną wizję skoku i to wyszło lepiej lub gorzej. Dało mi to solidne piątkowe skoki, sobotni skok kwalifikacyjny i niedzielne skoki. Nie wiem, na ile to jest stabilność i na ile będę to w stanie powtórzyć w Oslo. W Oslo też jest specyficzna skocznia – zwraca uwagę na najbliższy przystanek Pucharu Świata, którym będzie Holmenkollbakken w stolicy Norwegii.
Dwukrotny zdobywca Kryształowej Kuli nie ukrywa, że wielomiesięczny pościg za światową czołówką wywołuje w nim skrajne emocje.
– Walczą we mnie dwie siły, może nawet trzy. Jedna ta, która była i jest ze mną od początku. Moje prawdziwe „ja”, które zawsze chce walczyć. Być może po miejscu w czołowej „10” uruchomiła się chęć ugrania czegoś więcej, uruchomiły się dodatkowe dopalacze, które zadziałały destrukcyjnie. Są też we mnie sprzeczne emocje, które mówią, że już nie ma o co walczyć, po co się starać? Starałem się przez ostatnie dwa lata i poniosłem pewnego rodzaju fiasko. Jest jeszcze jedna siła we mnie, która mówi, że zostało jeszcze kilka konkursów i a nuż będzie trochę szczęścia, jak w piątek i wydarzy się coś fajnego dla mnie. Takie są teraz we mnie emocje… – wyjaśnia w rozmowie ze Skijumping.pl.
Pomimo braku wynikowych fajerwerków, pod kolejnymi skoczniami Pucharu Świata niezmiennie gromadzą się kibice Kamila Stocha.
– Widzę i słyszę tych ludzi. Odbieram, co do mnie mówią. Pada w moim kierunku dużo dobrych słów. Są to słowa podziękowania za te wszystkie lata. Nikt nie skupia się na tym, co dzieje się teraz. Patrzy się na to całościowo, co się działo do tej pory. Być może też tak zacznę na to patrzeć, ale za jakiś czas. Do końca jestem nastawiony na walkę i rywalizację. Boli mnie, kiedy nie jestem w stanie sprostać oczekiwaniom, które sam sobie nałożyłem i prostym wyzwaniom, które mam na każdy dzień startowy. Taki sobie sport wybrałem i takie jest moje życie. Kiedy było super, wówczas pokazywałem, jak potrafię się z tego cieszyć i ile sprawiało mi to radości. Kiedy jest kiepsko, to nie potrafię tego ukrywać. Daję temu wyraz. Taki już jestem, ale dziękuję za całe wsparcie i kibicowanie. To też trzyma jeszcze moje prawdziwe „ja”, prawdziwego Kamila, który jeszcze chce wygrać – kończy mistrz świata z 2013 roku.
Korespondencja z Lahti, Dominik Formela