„Mogę zaangażować energię w życie klubu” – Kamil Stoch o nowych zadaniach
Kamil Stoch zakończył karierę, ale nie rozstał się ze skokami narciarskimi. Dziś coraz częściej pojawia się na treningach KS Eve-nement Zakopane, pomaga klubowym szkoleniowcom i zdobywa pierwsze doświadczenia po drugiej stronie sportu. Podczas Blachotrapez Pucharu Tatr opowiedział nam o swojej nowej roli, niedoszłym pożegnalnym skoku i tym, czy w przyszłości widzi siebie jako trenera.
Skijumping.pl: Kacper Tomasiak, trzykrotny medalista olimpijski, był jednym z obserwatorów tegorocznej odsłony Pucharu Tatr w Zakopanem. Jest taka fotografia z pierwszej edycji tej imprezy, z 2018 roku. Jedenastoletni Kacper stoi na podium, a ty wręczasz mu nagrody.
Kamil Stoch: Super, że ta historia zatacza koło i tak naprawdę toczy się dalej. Nie zatrzymuje się, bo z wielką przyjemnością tworzymy nową historię. Cieszę się, że mamy tutaj kolejną edycję tych zawodów. Piękna pogoda, zawodnicy dopisują, sponsorzy dopisują, kibice dopisują. Jest dobrze.
W tym roku możesz przeżywać Puchar Tatr zupełnie inaczej niż jeszcze jako czynny zawodnik. Nie musisz już myśleć o kolejnym treningu czy zgrupowaniu.
To prawda. Dzisiaj jestem już w innej roli i zupełnie inaczej mogę te zawody przeżywać. Byłem tutaj jeszcze przed ósmą rano. Cieszę się, że mogę w pełni uczestniczyć w organizacji i dzięki temu jeszcze lepiej przeżyć te zawody.
Jan Galica w rozmowie z kanałem „W Sporcie” powiedział, że zostałeś trenerem KS Eve-nement Zakopane, co obiegło sportowe media w całym kraju. Jaka dokładnie jest dziś twoja rola w klubie?
Nie oglądałem tego wywiadu z Jaśkiem, chociaż nagłówki gdzieś mi się przewinęły. Z doświadczenia wiem, że media czasami lubią do dwóch słów dopowiedzieć trzy zdania. Prawda jest taka, że rzeczywiście pomagam naszym trenerom klubowym podczas treningów. Chętnie jeżdżę, obserwuję i patrzę, jak to wszystko się rozwija. Jeżeli trzeba, wychodzę na wieżę, czy to z najmłodszymi, czy ze starszymi. Wszystko zależy od tego, gdzie akurat potrzeba dodatkowych rąk do pracy.
Nie jestem jeszcze trenerem na pełny etat. Śmieję się, że na razie jestem na bezpłatnym stażu, ale lubię to. Cieszę się, że mogę być bliżej tego wszystkiego, obserwować, jak to funkcjonuje, a przy okazji zdobywać doświadczenie. Znam skoki od podszewki, ale od tej drugiej strony – z perspektywy zawodnika. Bycie organizatorem, trenerem czy opiekunem to dla mnie coś nowego i tego również trzeba się nauczyć.
Wielu z nas myślało, że latem oddasz pożegnalny skok podczas Pucharu Tatr, spinając karierę klamrą. Czy taki scenariusz kiedykolwiek był brany pod uwagę?
Tak, był taki pomysł. To było nawet moje marzenie, żeby zakończyć przygodę ze skokami właśnie podczas Pucharu Tatr. Myślałem sobie, że wystartuję z dzieciakami, nawet jako przedskoczek, i będzie to moje pożegnanie. Później okazało się jednak, że nie wyglądałoby to tak, jak sobie wyobrażałem. Nie byłoby tak, że po prostu przychodzę, skaczę, odpinam narty i mówię: „dziękuję”. Wiązałyby się z tym pewnie inne obowiązki wobec mediów, kibiców i całej otoczki.
Kiedy spojrzeliśmy na to, jak wyglądało moje pożegnanie w Planicy, doszliśmy do wniosku, że nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego zakończenia. Byli tam ludzie, którzy przez lata za mną jeździli, kibicowali mi i chcieli zobaczyć moje ostatnie zmagania w Pucharze Świata. Cała oprawa, atmosfera i emocje, które przeżyłem podczas tamtego konkursu, nie mogłyby się już powtórzyć ani być lepsze. Dlatego zdecydowaliśmy, że tamto zakończenie uznajemy za oficjalne, a Puchar Tatr odbędzie się już bez mojego udziału.
Skoki narciarskie nie są zatem niczym jazda na rowerze? Po kilku miesiącach przerwy powrót na rozbieg nie byłby już czymś, co można zrobić zupełnie spontanicznie?
Trochę tak jest. Przez pierwszy miesiąc czy półtora jeszcze ciągnęło mnie na skocznię, ale im więcej tygodni mijało, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że trzeba byłoby od nowa podjąć trening w tym kierunku. Jestem takim zawodnikiem, że jeżeli mam już iść skakać, to chciałbym zrobić to naprawdę dobrze, daleko i z wielką przyjemnością. Nie interesuje mnie pójście na skocznię tylko po to, żeby zjechać i zrobić to byle jak.
A jeszcze gdyby się okazało, że po kilku miesiącach z marszu skoczyłbym dobrze, to co wtedy <śmiech>? Jeszcze zacząłbym się zastanawiać, po co mi to. Może lepiej już zostawić tak, jak jest <śmiech>… Dobrze mi z tym.
Mimo zakończenia kariery pozostajesz bardzo blisko skoków i wyraźnie przeżywasz to, co dzieje się na skoczni. Jak dziś wygląda twoja relacja z dyscypliną, której podporządkowałeś większą część życia? Czy skoki w pewnym sensie złamały ci serce?
To temat na inny czas, na spokojne podsumowanie tego, co działo się na przestrzeni całej mojej kariery. Nie mogę powiedzieć, że nienawidzę skoków. Kocham ten sport, zawsze go kochałem i pewnie zawsze w jakiś sposób przy nim pozostanę.
Teraz nadal mogę być bardzo blisko skoków i robię to z własnej woli. Nikt mi tego nie każe. Nie jestem nigdzie zatrudniony. Jeżdżę na treningi, bo chcę. Sam wstaję i chcę pojechać, oglądać trening oraz być blisko naszego klubu. Po prostu chcę to robić i dobrze mi z tym.
Kacper Tomasiak wspominał, że już podczas pierwszej edycji Puchar Tatr wyróżniał się tym, co działo się wokół samej rywalizacji. Mam na myśli dodatkowe atrakcje. Na ile od początku zależało wam, żeby stworzyć imprezę wykraczającą poza zwykłe zawody dla dzieci?
To przede wszystkim zasługa organizatorów, którym z całego serca dziękuję. Moim marzeniem było stworzenie zawodów, na które dzieci będą chciały przyjeżdżać i które zachęcą je do uprawiania skoków narciarskich. Chcieliśmy pokazać im ten sport z trochę innej perspektywy – że to nie jest tylko harówa i wyjazdy z domu, ale również piękna przygoda i możliwość świetnego spędzenia czasu.
Zależało nam też na rodzinnej atmosferze, dlatego chcieliśmy stworzyć piknik dla rodziców i całych rodzin. Dzięki sponsorom mamy również różne atrakcje dla dzieci i możliwość spędzenia czasu na wiele sposobów. Fajnie, że może to być taki dzień, który zachęca młodych ludzi do uprawiania skoków narciarskich. O to właśnie chodziło.
Jak z twojej perspektywy rozwija się dziś KS Eve-nement Zakopane? Ostatnie wyniki młodych zawodników, między innymi podczas FIS Cupu w Szczyrku, pokazują, że klub zaczyna być coraz mocniej widoczny także sportowo.
Co będę tutaj bajki opowiadał? Jest super. Naprawdę jestem dumny z tego przedsięwzięcia. Na początku miałem pewne obawy. Nie wiedziałem, jak to wszystko się rozwinie, czy będziemy mieli wystarczająco dużo siły, czasu, energii i możliwości, żeby powstało z tego coś dobrego. Okazało się, że znaleźli się ludzie, którzy chcieli się zaangażować. Trener Andrzej Zarycki wykonał niesamowitą pracę, bo na początku w dużej mierze był z tym wszystkim sam i musiał prowadzić dzieci.
Był też Adam, brat mojej Ewy, który od początku wykonywał ogromną pracę organizacyjną i zajmował się dokumentacją. No i była Ewa, która rzuciła pomysł, napędziła wszystko i dawała mnóstwo energii, żeby podtrzymywać wiarę, że kiedyś uda się to zrealizować.
Ja tak naprawdę przychodzę teraz trochę na gotowe, ale jestem im za to bardzo wdzięczny. Gdybym miał teraz po prostu siedzieć w mieszkaniu i nic nie robić, chyba dostałbym „kota”. Mogę zaangażować swoją energię w życie klubu. To dla mnie naprawdę piękna perspektywa i bardzo się tym cieszę.
Praca z dziećmi wymaga nie tylko wiedzy o skokach, ale też odpowiedniego podejścia. Jak odnajdujesz się w tej części roli trenera?
Trzeba wszystkiego po trochu. Czasami trzeba młodzież zdyscyplinować, czasami poklepać po plecach, zmotywować, a czasami sprowadzić na ziemię. To jest sport i różne rzeczy się w nim dzieją, szczególnie w przypadku dzieci.
Mam jednak tę komfortową sytuację, że nie jestem od razu wrzucony na głęboką wodę. Nie zostałem sam z koniecznością organizowania wszystkiego i uczenia dzieci od podstaw. Mamy świetnych trenerów – Andrzeja, Tomka i Monikę, a ja jestem teraz przede wszystkim do ich pomocy.
Powiedziałem im: „Słuchajcie, jestem tutaj. Mówcie mi, co mam robić”. Będę wykonywał te zadania, a jednocześnie uczył się, obserwował z boku i zdobywał doświadczenie. Może w przyszłości, kiedy oni pójdą do kadr narodowych i będą trenować najlepszych zawodników, ja będę mógł prowadzić klub.
W sporcie dziecięcym trudno przewidzieć, kto za kilka lat będzie osiągał największe sukcesy. Co twoim zdaniem jest najważniejsze, żeby młody zawodnik z potencjałem nie zgubił się po drodze?
Nie mam pojęcia. To pytanie zadaje sobie pewnie większość trenerów i specjalistów: jak sprawić, żeby zawodnik, który już w najmłodszych latach wykazuje pewne predyspozycje, prawidłowo się rozwinął i później osiągał dobre wyniki?
To bardzo złożone. Po pierwsze, sam zawodnik musi wykazywać inicjatywę i wiedzieć, czego chce. Z drugiej strony rodzice nie mogą być przesadnie ambitni, przymuszać go do czegokolwiek czy dokładać kolejnych zajęć, bo szczególnie na początku bardzo łatwo dziecko zniechęcić.
Później dużo zależy też od środowiska, w którym zawodnik się wychowuje i rozwija, oraz od ludzi, których ma wokół siebie. Jest bardzo dużo czynników wpływających na rozwój. Widzę jednak, że wśród tej młodzieży i tych dzieci jest potencjał. Potrzeba też trochę szczęścia, żeby wszystkie te elementy odpowiednio się poukładały.
Patrząc na atmosferę tegorocznej edycji, udało się chyba stworzyć wydarzenie, do którego wszyscy uczestnicy i kibice chcą wracać.
Właśnie o to chodziło. Cieszę się, że mogliśmy stworzyć coś takiego. Miejsce, do którego ludzie będą chcieli przyjeżdżać, wracać i w którym będą się dobrze czuli.
Z Kamilem Stochem – w Zakopanem – rozmawiał Dominik Formela