Krzysztof Biegun: Ludzie rozpoznawali mnie za kierownicą

  • 2019-05-15 13:35

Krzysztof Biegun jeszcze w sierpniu minionego roku reprezentował nasz kraj w zawodach rangi Letniego Grand Prix w Hakubie. Oblany test w Azji poskutkował porzuceniem nart skokowych przez zawodnika, który był pierwszym liderem Pucharu Świata 2013/14. Dziś mieszkaniec Gilowic, który 21 maja skończy 25 lat, opowiada nam o obranej przez siebie ścieżce trenerskiej, realiach po karierze skoczka, a także planach dotyczących jego życia prywatnego.

Krzysztof BiegunKrzysztof Biegun
Krzysztof BiegunKrzysztof Biegun
Krzysztof BiegunKrzysztof Biegun
Krzysztof BiegunKrzysztof Biegun
Krzysztof BiegunKrzysztof Biegun

- Rola trenera wiąże się z tym, że trzeba dopilnować wielu kwestii organizacyjnych. Będąc zawodnikiem wszystkie sprawy są gotowe i podane na tacy, a zadaniem skoczka jest tylko trening i regeneracja. Na głowie szkoleniowca jest trochę więcej, bo musi myśleć o wielu aspektach. Po zakończeniu kariery jest inaczej, a i moja przerwa nie była zbyt długa. Pozostałem w tym sporcie, dzięki czemu jestem na bieżąco ze wszystkim. Nowe wyzwania nie przychodzą mi z trudnością, ponieważ starsi i bardziej doświadczeni trenerzy stale mi pomagają i podpowiadają. Od wszystkich staram się czerpać wiedzę - mówi Biegun, który jesienią został trenerem juniorów w Śląsko-Beskidzkim Związku Narciarskim, współpracującym z kadrą młodzieżową Polskiego Związku Narciarskiego.

Koniec kariery skoczka wiąże się ze zmianą nawyków żywieniowych? - Co jest zabawne, po odłożeniu nart w kąt przestało mnie ciągnąć do słodkiego. Teraz wolę jadać słone dania, ale to prawda. Przybrałem na wadze, co jest normalne. Po pierwsze mniej się ruszam, a po drugie mogę sobie pozwolić na więcej.

Decyzja o zakończeniu kariery oficjalnie została ogłoszona w październiku 2018 roku. Czy spojrzenie na nią zmieniło się od tamtego czasu? - Decyzja została podjęta już wcześniej. Na sierpniowe konkursy do Hakuby poleciałem z zamiarem wykrzesania z siebie maksimum, a jeśli nie wyjdzie? Wówczas zakończę karierę (Biegun w kadłubowo obsadzonych zawodach zajął ostatnie i przedostatnie miejsce - przyp. red.). Nie był to zatem spontaniczny ruch. Mowa o decyzji, która rosła we mnie z biegiem czasu. Wszystko było przemyślane, a do tego byłem po pierwszych rozmowach dotyczących nowej pracy. W przeszłości nie brakowało mi motywacji, ale po dwóch-trzech słabszych sezonach czułem się zmęczony tą sytuacją. Robiłem wszystko, a nie wychodziło. Do tego doszły problemy prywatne, ale z takimi zmaga się każdy z nas. Na pewnym etapie czułem się bezsilny.

W przypadku polskich skoczków pogrążonych w kryzysie wielokrotnie pojawia się aspekt finansowy. Szkoleniowcami tuż po zakończeniu kariery zostali m.in. Przemysław Kantyka czy Jakub Kot. Z życia trenera łatwiej wyżyć w naszym kraju? - Przede wszystkim są regularne wypłaty. Co miesiąc dostaje się pieniądze za wykonaną pracę i to pozwala funkcjonować. Będąc członkiem kadry B skacze się głównie w Pucharze Kontynentalnym, gdzie nie ma kamer i sponsorów. Nie dostaje się pieniędzy czy wypłaty, a nagradzanych jest tylko sześciu czołowych skoczków danego konkursu. Nie są to duże pieniądze, ale dałoby się skakać przy wygrywaniu zawodów drugoligowych. Aktualni kadrowicze nie mają łatwo, czego dobrym przykładem jest Andrzej Stękała, łączący treningi z pracą.

- Byłem w podobnej sytuacji. Godzenie profesjonalnego treningu z pracą jest dużym wyzwaniem. Często na szóstą musiałem stawiać się w pracy, gdzie spędzałem dwie godziny, po czym jechałem na trening. Po zajęciach wracałem do pracy i tak wyglądała moja codzienność, gdy inni po treningach regenerowali się i wypoczywali. Było bardzo ciężko, co również wpłynęło na zakończenie przeze mnie kariery - dodaje drużynowy mistrz świata juniorów z 2014 roku.

Życie kierowcy busów turystycznych i samochodów dostawczych trwa do dziś? - W poprzednich latach jeździłem na Ukrainę czy do Włoch na weekendowe wyjazdy. Nigdy jednak nie chwaliłem się, że jestem skoczkiem, ale zdarzało się, że wożone przeze mnie osoby rozpoznawały mnie. Były to miłe i przyjazne sytuacje, ale nie było łatwo. Wyjeżdżałem w piątek, zbierając ludzi z całej Polski, i kierowałem się w kierunku Livigno. Dojeżdżałem w sobotę, miałem dwie-trzy godziny na zjedzenie czegoś czy przespanie się w busie, a następnie wracałem do Polski z innymi ludźmi, rozwożąc ich po kraju. Ostatnio byłem we Francji, pod Mont Blanc. Pan z biura podróży zaproponował mi taką przejażdżkę. Zgodziłem się, bo mogłem sobie na to pozwolić w weekend. Tym razem miałem kierowcę na zmianę, ale 4000 km w niecałe 30 godzin i tak było próbą. Wybrałem się tam z ciekawości, ponieważ nigdy nie byłem w tym miejscu. Do tego dawno nie zrobiłem żadnego kursu, a ciągnie mnie do tego, bo można poznawać nowe miejsca.

Niełatwe losy byłego lidera Pucharu Świata nie wpływają zniechęcająco na juniorów stawiających pierwsze kroki w profesjonalnym sporcie? - Zgadza się, sport nie jest drogą usłaną różami, ale chłopcy są wystarczająco zmobilizowani. Powiedziałbym, że częściej muszę ich tonować, bo po zakończeniu treningu chcą dalszych aktywności fizycznych. Mówię im jednak, że należy trzymać się przygotowanego planu treningowego. Wieczorami, po dwóch treningach w ciągu dnia, potrafią jeszcze grać w piłkę. Muszę przypominać im o tym, żeby czasem odpoczywali i regenerowali się. Czy patrzą na swoją karierę przez pryzmat mojej historii? Nie wiem. Nigdy nie poruszałem takiego tematu.

Jakim trenerem, na bazie własnych doświadczeń, zamierza być Krzysztof Biegun? - Trener powinien wzbudzać respekt. Zawodnik powinien trochę bać się