Predazzo'91 - mistrzostwa niespodzianek i pierwsze złoto dla Słoweńca

  • 2021-03-07 18:30

Mistrzostwa świata w Oberstdorfie rozpoczęliśmy tekstem o triumfie Roka Benkovica, zakończymy artykułem na temat innego słoweńskiego mistrza świata, o tyle wyjątkowego, że pierwszego w historii, choć wtedy jeszcze skaczącego pod flagą Jugosławii. Franci Petek nie był tak wielką sensacją jak Benkovic, niemniej jego zwycięstwo mimo wszystko stanowiło spore zaskoczenie. Ale te mistrzostwa sprzed 30 laty pełne były niespodziewanych zwrotów akcji i z lekka sensacyjnych rozstrzygnięć. 

Wśród kandydatów do złota na mistrzostwach świata w Predazzo w 1991 roku wymieniono najczęściej prowadzącego w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata Andreasa Feldera, który miał w dorobku pięć zwycięstw tamtej zimy, drugiego w generalce, Niemca Dietera Thomę czy jego rodaka Jensa Weissfloga, zwycięzcę Turnieju Czterech Skoczni. Raczej rzadko przewijało się nazwisko Franci Petka, który w PŚ zajmował czwarte miejsce i trzykrotnie stawał na podium poszczególnych zawodów. 10 lutego na skoczni Trampolino Dal Ben, w przeddzień rocznicy jedynego pucharowego zwycięstwa Jugosłowianina odbył się pierwszy konkurs mistrzostw świata.

Już rezultaty po otwierającej konkurs serii stanowiły niespodziankę i zwiastowały nieoczekiwane rozstrzygnięcia. Na półmetku rywalizacji prowadził Japończyk Kazuhiro Higashi, który poza złotym medalem Zimowych Igrzysk Azjatyckich nie miał w swoim dorobku żadnych większych dokonań. Skoczył na odległość 118 metrów i o 2,2 pkt. prowadził przed Franci Petkiem (115,5 m). Na trzeciej pozycji plasował się Weissflog (116,5 m.). Zawiedli faworyci - Felder i Thoma znaleźli się poza czołową dziesiątką. W drugiej serii niespodziewany atak na podium z piątego miejsca przypuścił Norweg Rune Olijnyk, kolejny zawodnik spoza czołówki światowej, bez znaczących sukcesów. 118 metrów wystarczyło, by wyprzedzić Szwajcara Stephana Zuenda i Weissfloga, ale Petek obronił się 117 metrowym skokiem. Pozostało oczekiwanie na to co zrobi Higashi. Ten nie wytrzymał, osiągnął tylko 102 m i faktem stało się zwycięstwo skaczącego pod banderą Jugosławii Słoweńca. W kraju jego złoty medal rozbrzmiał takim echem, że pozwolił mu potem zdobyć tytuł sportowca roku.

Po konkursie drużynowym, w którym nowo mianowany mistrz świata skakał znakomicie, ale jego drużyna w walce o czołowe pozycje zupełnie się nie liczyła, do rozegrania w ramach mistrzostw pozostał jeszcze konkurs, na mniejszej skoczni. Tam Petek zajął dziewiąte miejsce, ale warto wspomnieć o tych zawodach z choćby jednego powodu. Po pierwszej serii znów na czele konkursu znajdował się Higashi, wyprzedzając o blisko cztery punkty Heinza Kuttina. I tym razem Azjata nie poradził sobie z presją. Mimo nie najgorszego skoku w drugiej serii spadł na piątą pozycję. Zwyciężył Kuttin przed kolejną sporą niespodzianką. Srebrny medal wywalczył Kent Johanssen, który w całym sezonie 1990/91 nie zdobył choćby jednego punktu Pucharu Świata. Brąz zdobył, i tu już niespodzianki nie było, Fin Ari-Pekka Nikkola.

 - Wiedziałem po pierwszej serii, że złoto będzie moje - wspominał po latach Petek w rozmowie z portalem Siol.net. - Czułem, że szczęście jest tego dnia po mojej stronie. Nieszczęsny Japończyk nie miał go tyle, skoczył źle, a ja zostałem mistrzem świata. Oczywiście przed imprezą nie mogłem się tego spodziewać, do dziś kiedy wspominam to wydarzenia, cały czas jestem trochę zaskoczony. Ale to piękne i wciąż żywe wspomnienia. Skakałem całkiem dobrze w tamtym sezonie, ale nie wymieniano mnie w gronie ścisłych faworytów. Pojechałem tam z myślą, żeby dać z siebie wszystko.  Ten medal był zastrzykiem motywacji do dalszej pracy. Byłem gotowy na wiele poświęceń i wyrzeczeń, by zajść jeszcze dalej.

Ale kolejnych wielkich sukcesów już nie było. Petek jeszcze dwukrotnie w kolejnych sezonach stanął na podium zawodów Pucharu Świata i to w zasadzie tyle. Powód tego, że tak szybko przepadł nie był ani oryginalny ani wyjątkowy. Dotknął go problem, który stał się udziałem wielu skoczków w tamtym czasie. - Nie poradziłem sobie zbyt dobrze z opanowaniem stylu V. Tak naprawdę nigdy się go nie nauczyłem, przynajmniej w takim stopniu, by móc skakać, będąc spokojnym i pewnym siebie. Doznałem pięciu ciężkich upadków i zwyczajnie zacząłem się bać. Jeśli nie jesteś w stu procentach pewny siebie, stojąc na rozbiegu, nie jesteś w stanie skutecznie rywalizować. W pewnym momencie poczułem, że nadszedł czas, by zająć się czymś innym - opowiadał portalowi Siol.net. 

Gdy kończył karierę, miał niespełna 24 lata. W swoim ostatnim sezonie zajął 20 miejsce podczas mistrzostw świata w Thunder Bay i zdobył srebrny medal Uniwersjady w hiszpańskiej Jace. Dwa lata później wrócił jeszcze na moment na okoliczność kolejnej Uniwersjady, którą tym razem organizowało koreańskie Muju. W konkursie na normalnej skoczni, który wygrał Łukasz Kruczek, zajął 13 miejsce, razem z drużyną wyskakał brązowy medal, choć był najsłabszym ogniwem swojego zespołu.

Po zakończeniu życia skoczka poświęcił się karierze naukowej. Uzyskał tytuł doktora geografii, został również przedszkolnym pedagogiem specjalizującym się w systemie Montessori. Zajęcia te łączył z pracą dziennikarza i prowadzącego program sportowy w nowo powstałej telewizji komercyjnej. W 2007 roku powrócił do skoków, zostając dyrektorem sportowym w Słoweńskim Związku Narciarskim. Od tamtej pory z powodzeniem działa na tej niwie. 


Adrian Dworakowski, źródło: Informacja własna
oglądalność: (4294) komentarze: (2)

Komentowanie jest możliwe tylko po zalogowaniu

Zaloguj się

wątki wyłączone

Komentarze

  • kolec bywalec

    Swoją drogą, ciekawe "życie po życiu" Petka – chyba trudno znaleźć skoczka po pierwsze, z doktoratem, po drugie, który odnalazł się w tak odległych od skoków dziedzinach. PS "Montessori" z dużej litery :)

  • Wojciechowski profesor

    Jeśli dobrze pamiętam, to całkiem spore szanse na zwycięstwo w konkursie na dużej skoczni miał Zünd, ale jakoś tam nieznacznie przeskoczył punkt K. Na nieszczęście Szwajcara, który był wtedy najlepszym z nielicznych wciąż skoczków skaczących stylem V, jury spanikowało i zarządziło powtórkę serii, choć wtedy Zünd był w ścisłej czołówce PŚ.

    Tak bywało nieraz w czasach powolnego upowszechniania się nowego stylu, jury bywało pogubione i przestraszone. Boklöv wydawał się jeszcze w 1990 najlepszym z garstki „odchyleńców”, a gdy sam zaczął tracić formę, stylem V skakali jeszcze co najwyżej przeciętniacy i „oryginały” pokroju Władimira Brejczewa czy Jiřiego Malca. Nawet reszta kadry szwedzkiej olewała styl Boklöva i naprawdę dobre wyniki osiągała „klasykiem”.

    A tu nagle wyskoczył Zünd, skaczący zresztą znacznie ładniej od Boklöva, i stał się nowym naczelnym „problemem” jury. Tak naprawdę dopiero wzięcie się za nowy styl przez Austriaków latem 1991 i fenomenalne wejście Nieminena były przełomem.

Regulamin komentowania na łamach Skijumping.pl