Strona główna • Historia Skoków Narciarskich

"Zostały panu dwa lata życia". Roger Ruud - skoczek po przejściach

Przez lata żył tak, jakby hamulce były stworzone dla innych. Skakał, ścigał się na motocyklach, trafił do więzienia, próbował sił w bobslejach, biznesie i telewizji. Odniósł dziewięć zwycięstw w Pucharze Świata, został jedną z największych gwiazd norweskich skoków lat 80., a później los nie szczędził mu kolejnych ciosów. Stracił majątek, dom i sportowe pamiątki w pożarze, a w 2021 roku usłyszał diagnozę złośliwego nowotworu układu chłonnego.

Maniak prędkości

Roger Ruud urodził się 1 października 1958 roku. Jego ojciec był drwalem i to on podarował czteroletniemu Rogerowi pierwsze narty. Przebrał się za Świętego Mikołaja i przy choince wręczył mu wymarzony sprzęt. Co ciekawe, jeszcze tego samego dnia młokos miał okazję go przetestować. Ruud senior w Wigilię ustawił wielką lampę na szczycie małej górki, stanowiącej prowizoryczną skocznię, i umożliwił synowi oddanie kilku skoków.

Jego idolem w dzieciństwie był znakomity norweski skoczek Torgeir Brandtzæg, który widowiskowo kładł się na nartach, dotykając niemal głową czubków nart. Roger próbował naśladować medalistę olimpijskiego z Innsbrucka, co skończyło się uszkodzeniem zęba.

Od zawsze pasjonowała go prędkość. Nie tylko na skoczni. Już jako siedmiolatek jeździł motorowerem, potem pojawił się gokart. W wieku nastoletnim jeździł już samochodem, często brawurowo i wbrew przepisom, jeszcze zanim zdobył uprawnienia do prowadzenia auta. To zamiłowanie do prędkości zaprowadziło go w końcu za kratki. Przeskoczmy teraz o kilka lat do przodu, uprzedzając pewne fakty.

W 1982 roku, gdy był już gwiazdą skoków, trafił do więzienia za bardzo poważne przekroczenie przepisów drogowych podczas jazdy na motocyklu. Poruszał się z prędkością 220 km/h w strefie ograniczenia do 80 km/h. Co istotne, nie od razu zatrzymał się na żądanie policji, tylko kontynuował jazdę. Spędził za to 30 dni w więzieniu w Ilseng, stracił też oczywiście prawo jazdy, które... bardzo szybko odzyskał. Gdy miał jeden dzień wolnego w odbywaniu kary, wykorzystał go, by ponownie zdać egzamin na „prawko”, po czym przyjechał pod zakład karny swoim samochodem.

Talent czystej wody

Wróćmy jednak do początków kariery Rogera. Jego talent objawił się dość wcześnie. W 1975 roku, mając zaledwie 16 lat, Ruud zdobył brązowy medal podczas juniorskich mistrzostw Europy w fińskim Lieto. W marcu 1976 roku młody skoczek wybrał się aż na samą północ Norwegii, do Sørreisa. Tam, na skoczni Spika, skokiem na 75 metrów ustanowił rekord obiektu. Po latach wspominał, że zatrzymał się u miejscowej rodziny, a na górę skoczni dowożono go skuterem śnieżnym. Nie wiedział jeszcze, że właśnie zapisał się w historii tego miejsca na zawsze. Rekord Ruuda przetrwał aż do końca istnienia skoczni.

W latach 1975-78 zdobył cztery tytuły mistrza Norwegii wśród juniorów. Utalentowanego młodziana nie mogło zabraknąć w składzie na mistrzostwa świata rozgrywane w fińskim Lahti w 1978 roku. 19-letni debiutant spisał się świetnie na mniejszej skoczni, zajmując 9. miejsce.

W 1979 roku zajął drugie miejsce w konkursie w Innsbrucku, rozgrywanym w ramach Turnieju Czterech Skoczni. Na końcowy sukces w TCS nie miał jednak szans, gdyż rozpoczął go od... 67. pozycji w Oberstdorfie. W tym samym sezonie zanotował jeszcze jeden międzynarodowy sukces, zwyciężając w Turnieju Norweskim. Rok później wygrał z kolei Turniej Szwajcarski, rozgrywany już w ramach Pucharu Świata. Było to tuż po igrzyskach w Lake Placid, gdzie osiągnął 6. miejsce na dużej i 13. na mniejszej skoczni. Trzeba podkreślić, że w konkursie na większym obiekcie był tak naprawdę bliski zdobycia olimpijskiego krążka. Łączna długość jego skoków była taka sama jak zdobywcy brązowego medalu, Fina Jariego Puikkonena.

Zasnął na skoczni i przegrał Kryształową Kulę

Prawdziwie przełomowy był dla niego jednak następny sezon, 1980/81, w którym do końca bił się o Kryształową Kulę. – Od dwóch lat jestem w światowej czołówce, ale ten sezon rozpocząłem jak nigdy dotąd, świetnymi wynikami – mówił Ruud w styczniu 1981 roku, cytowany przez polski magazyn „Niedziela”. – Trener Ludvik Zajc nie wprowadził jakichś rewolucyjnych zmian, a jednak latem poprawiłem technikę, dzięki zmianie cyklu treningowego szybciej doszliśmy do formy – wyjaśniał.

Przez pewien czas był liderem Pucharu Świata, a do Planicy na finał sezonu jechał ze stratą jednego punktu do Armina Koglera. Nie udało mu się go odrobić, ale trzeba zaznaczyć, iż po jego stronie nie stały wtedy specyficzne i bardzo skomplikowane zasady obliczania klasyfikacji generalnej. Sam Ruud twierdzi, że finał Pucharu Świata... przespał. Skoczek miał zasnąć na górze skoczni podczas oczekiwania na swój skok i gdy przyszła kolej na oddanie próby, nie był jeszcze do końca sobą. Po drodze do Planicy wygrał m.in. konkurs na Holmenkollen, co dla każdego Norwega ma szczególne znaczenie. Ten akurat konkurs był tym istotniejszy, że stanowił próbę przed zaplanowanymi na kolejny sezon mistrzostwami świata. Tamtej zimy jego łupem padł też kolejny, trzeci już turniej – tym razem był to Turniej Czeski.

Do kompletu pozostał mu jeszcze TCS. I na tę imprezę szczególnie ostrzył sobie zęby w sezonie 1981/82. W Oberstdorfie zajął 9. miejsce, w Garmisch-Partenkirchen wygrał, w Innsbrucku był trzeci i liczył się w grze o wygraną. Święto Trzech Króli nie należało jednak do niego. W Bischofshofen uplasował się dopiero na 19. pozycji i musiał zadowolić się tym razem drugą lokatą w klasyfikacji końcowej. Duży niedosyt pozostawiły też po sobie domowe mistrzostwa świata w Oslo, gdzie zajął 9. miejsce na normalnej skoczni. Winą za to niepowodzenie obarczał sztab szkoleniowy. Twierdził, że przed główną imprezą sezonu był przemęczony i potrzebował odpoczynku, tymczasem trenerzy aplikowali mu kolejne jednostki treningowe. Puchar Świata zakończył jako ósmy zawodnik klasyfikacji generalnej, a potem coś się zacięło.

Po ratunek do Austrii

Kolejna kampania była już znacznie mniej udana, toteż przed sezonem olimpijskim Ruud podjął dość odważną decyzję. Odłączył się od kadry narodowej i przeniósł się do Austrii, która była wówczas największą skokową potęgą. Znalazł się pod skrzydłami trenera Maxa Golsera, który czerpał ze szkoły legendarnego Baldura Preimla. Pozbawiony wsparcia rodzimej federacji znaczną część przygotowań pokrywał z własnej kieszeni. Co ciekawe, jednym z członków austriackiego sztabu był wtedy fizjoterapeuta Walter Hofer. Ruud wspominał, że późniejszy szef Pucharu Świata wykonywał na nim zabiegi akupunktury, których celem było właściwe rozłożenie siły mięśni.

Fakt, że Ruud poszedł własną drogą i związał się z konkurencyjną ekipą, a do tego po jakimś czasie znalazł sobie indywidualnego sponsora, mocno nie spodobał się Norweskiemu Związkowi Narciarskiemu. Rogerowi nie pomagał też jego niewyparzony język i szczere publiczne wypowiedzi na temat federacji. Ostatecznie na igrzyska do Sarajewa nie pojechał, choć o wyjazd walczył do samego końca i to w bardzo niekonwencjonalny sposób. Z pomocą przedsiębiorcy Steina Erika Hagena wydał kasetę zatytułowaną „Je vil åt OL” („Chcę na igrzyska”), która osiągnęła status złotej płyty. Pomiędzy znanymi utworami muzycznymi pojawiał się głos Ruuda, który przekonywał, że jest właściwym kandydatem do udziału w olimpijskich zmaganiach w Jugosławii. Nie pomogło. – Norweski związek był wredny i trudny – powiedział po latach.

Ruud nie odbudował już formy z początków kariery, choć w 1985 roku wygrał jeszcze jeden konkurs Pucharu Świata – w Cortinie d'Ampezzo. Była to jego dziewiąta i ostatnia pucharowa wiktoria. Dzięki niej załapał się do składu Norwegów na mistrzostwa świata w Seefeld, ale tam pełnił tylko rolę statysty. W 1986 roku zanotował jeszcze jeden krajowy sukces, zostając mistrzem Norwegii, ale to już był jego łabędzi śpiew jako skoczka. Karierę zakończył w 1987 roku w wieku 29 lat. W 1990 roku postanowił wrócić, ale fatalne występy w Pucharze Europy sprawiły, że szybko zarzucił te myśli. Ze skokami się jednak nie rozstał. Przez całe lata startował i to z sukcesami w zawodach weteranów.

Życie po sportowym życiu

Po zakończeniu kariery skoczka nadal odczuwał głód adrenaliny, a swoją potrzebę prędkości przeniósł z nart na asfalt. W latach 1987-89 zdobył trzy tytuły mistrza Norwegii w wyścigach roadracingowych. Później zajął się na poważnie bobslejami. Planował nawet wystartować podczas igrzysk olimpijskich w Lillehammer w tej dyscyplinie. Ważną rolę w jego życiu odgrywał też boks, który wykorzystywał jeszcze podczas kariery skoczka jako element treningu i doskonałą bazę przygotowania fizycznego.

Ruud miał co chwilę inny pomysł na siebie, chwytał się różnych zajęć. Pracował m.in. przy utrzymaniu miejskim, jako ogrodnik, obsługiwał koparkę, przez pewien czas sprzedawał mieszkania w Niemczech. Prowadził również własne biznesy – kiosk w Oslo i sklep odzieżowy w Lenie, oba pod nazwą „Roger'n”. Próbował rozwijać własną markę produktów sportowych i odzieżowych – między innymi bokserek, skarpet z bambusa i czapek związanych z Holmenkollen. Brał udział w kilku programach typu reality show, między innymi w norweskiej wersji „Tańca z gwiazdami”. Jeden z programów, „Mesternes mester” („Mistrz mistrzów”), wymagał umiejętności pływania, której tak wszechstronny sportowiec jak Ruud jednak nie posiadał. Musiał więc nadrabiać te zaległości tuż przed rozpoczęciem nagrań.

W połowie lat 90. wpadł w poważne tarapaty finansowe. Ruud pożyczył od swojego banku 1 milion koron norweskich, które zamierzał zainwestować w projekt nieruchomościowy w Tønsberg. Pieniądze przekazał osobie, z którą skontaktował go Rolf Meum. Problem polegał na tym, że pieniądze – jak twierdził Ruud – zamiast trafić do inwestycji nieruchomościowej zostały skierowane do nielegalnej piramidy finansowej, związanej z Ole-Christianem Bachem. Według „Dagbladet” w całym przedsięwzięciu inwestorzy i banki mieli stracić około 40 milionów koron. Ruud został z niczym i przez całe lata odczuwał konsekwencje tej historii. – Tak, to mnie złamało. Wiele lat zajęło mi, żeby się po tym pozbierać – przyznał w rozmowie z „Dagbladet”.

Jedną z reperkusji nieudanego przedsięwzięcia finansowego był wieloletni konflikt z urzędem skarbowym. Podczas jednej z wizyt w budynku instytucji Ruud miał nawet chwycić komputer i roztrzaskać go o podłogę.

Diagnoza jak wyrok

Jego sytuację finansową pogorszyły też dwa pożary domów. W 2009 roku spłonął dom jego syna, a 23 grudnia 2015 roku doszczętnie spalił się jego dom na Toten, w którym mieszkał. Do wydarzenia doszło dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia. Stracił w nim cały dobytek, w tym wszystkie medale, puchary i pamiątki sportowe. Ruud znajdował się wtedy w domu. Zasnął na kanapie, obudził go alarm przeciwpożarowy i wydostał się tylnymi drzwiami z łazienki. Trafił później na kontrolę do szpitala z powodu zadymienia. Pożar jego domu doprowadził do długotrwałego sporu z firmą ubezpieczeniową. – Mam wrażenie, że firmy ubezpieczeniowe wychodzą z założenia, że człowiek jest oszustem – gorzko konstatował Ruud.

A to nie koniec jego problemów. W 2021 roku otrzymał diagnozę, która brzmiała jak wyrok – złośliwy nowotwór układu chłonnego. - Lekarz mnie poinformował: "zostały panu dwa lata życia". Od tego czasu minęło już prawie pięć lat. Da się to leczyć, tak by opóźniać rozwój choroby – tłumaczył były skoczek w styczniu tego roku. – Nigdy nie wiadomo, czy choroba znów nie przyspieszy. Żyję z rakiem, ale lekarzom udało się zatrzymać jego rozwój. Natomiast jako skutek uboczny choroby pojawiło się chroniczne zmęczenie. U mnie rozwinęło się to w chorobę przewlekłą, znacznie gorszą niż sam rak. Aby przetrwać dzień, muszę rozdysponować swoją energię. Uczymy się tego na terapiach i kursach – mówił.

Ruud od kilku lat jest zapraszany przez organizatorów zawodów w Ga-Pa na konkurs Turnieju Czterech Skoczni, gdzie jest traktowany niemal jak król z racji swojego zwycięstwa na tamtejszej skoczni w 1982 roku. – Wyjazdy do Garmisch-Partenkirchen to jedna z rzeczy, które wciąż sprawiają mi przyjemność. To one mnie napędzają. Wiem, że po powrocie do domu będę leżał przez tydzień. Ale i tak warto.

W tym roku miał okazję porozmawiać z Sandro Pertile. – Sandro słucha i jest otwarty. Obiecuje, że przyjrzy się niektórym moim sugestiom. Skoki narciarskie muszą stać się łatwiejsze dla skoczków i widzów. Zobaczymy, czy coś się w tej sprawie zmieni – mówi Norweg.

Ruud ma ogólnie sporo uwag do tego, co aktualnie dzieje się w skokach. – Kontrolerzy sprzętu nie mogą oceniać ludzi na podstawie milimetra czy dwóch w kombinezonie. Zapominamy o przyjemności płynącej ze skoków narciarskich. Skoki narciarskie zostały przyćmione przez wszystko inne, co się dzieje dookoła. Nie o tym ludzie powinni rozmawiać. Powinni rozmawiać o skokach, ocenach stylu i lądowaniach. Nie potrzebujemy tego, co dzieje się teraz – uważa drugi zawodnik drugiej edycji Pucharu Świata.

Czytaj też:

Einar Olsson - skoczek, piłkarz i... listonosz

Potężne odbicie, duże sukcesy i dramat w Lahti. Historia Miki Laitinena

Górnik, który ustanowił rekord świata. Historia Reinholda Bachlera

"Skoczek mijający słońce". Ostatni lot Torgeira Brandtzæga

Zmienił narty na kamerę i został świadkiem historii - "filmowe" życie Williego Puerstla