24.01.2026 - Podium MŚwL w Oberstdorfie
fot. Tadeusz Mieczyński
Zwycięzca znany od początku, jury zabijające emocje asekuranckim ustawianiem belki i Polacy w roli statystów. Święty Jacku z pierogami, jakie to były nudne wicemistrzostwa. I takimi byśmy je zapamiętali, gdyby nie pozasportowe czynniki, które całlkowicie odmieniły ich obraz w niedzielę.
Różni spece i eksperci w studiach i przed kamerami powtarzają nam, że "sprzęt sam nie skacze". A co na to sprzęt Domena Prevca? "Potrzymaj mi piwo". I rzucił się w szaloną eskapadę. I co Wy na to eksperci, dziennikarze, fachowcy i członkowie sztabów? Głupio Wam?
<div class=" text-center="">
W chwili gdy piszę te słowa, szczegóły sprawy wciąż nie są do końca jasne, a relacje stron nieco sprzeczne. FIS twierdzi, że narty spadły na zeskok, gdyż Domen Prevc był nieostrożny. Mógł oddać narty pracownikowi FIS, ale nie oddał. Zamiast tego oparł je o namiocik do kontroli sprzętu na górze skoczni. Z jakiegoś powodu narty wywróciły się, lub ześliznęły. Uderzyły w nogi siedzącego na belce Mariusa Lindvika, a potem poleciały w dół najazdu i następnie zeskoku, stanowiąc potencjalnie poważne zagrożenie w pierwszej kolejności dla fotoreporterów a potem kibiców. Słoweńcy twierdzą, że wina leży po stronie FIS, gdyż osoba, która zwykle trzymała narty zawodnikom, nie była obecna na swoim posterunku. Ponadto polski przedskoczek im powiedział, że jakiś wolontariusz te narty potrącił. Jeśli mówią o Wiktorze Fickowskim, to w krótkiej relacji, którą zamieściliśmy tutaj, Polak nie wypowiada się tak jednoznacznie. "Nie widziałem dokładnie, bo akurat się odwracałem, ktoś się obrócił, coś tam się wydarzyło, narty poleciały" - tak można to streścić. Osobiście uważam, że nawet gdyby ktoś te narty potrącił, to mistrz świata powinien być ostrożniejszy. Być może powinien poczekać na członka obsługi skoczni który te narty zwykle trzyma, poprosić o potrzymanie kogokolwiek, na przykad przedskoczka, być może położyć narty gdzieś na płask. Przepisy mówią jasno, że zawodnicy podczas zawodów są odpowiedzialni za swój sprzęt. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę, że skoncentrowany na wyniku sportowym, szczególnie podczas zawodów wysokiej rangi skoczek działa rutynowo i tak po ludzku trudno go za to winić. W końcu trenerzy wbijają im do głowy ów słynny automatyzm. Jednak nigdy wcześniej do podobnego przypadku nie doszło. Rozbieg skoczni jest najczęściej miejscem bardzo ciasnym i zatłoczonym postawienie na nim dodatkowej budki, czy namiociku do kontroli dodatkowo komplikuje sytuację. Być może Domen postawił je tak, że wystarczył najmniejszy ruch kogolwiek, by trącić je łokciem, ramieniem, pośladkiem... Gdyby narty podczas kontroli Słoweńca były tam, gdzie powinny, zapewne do niczego takiego by nie doszło. Czy wina jest tylko po stronie Słoweńca, czy ktoś inny faktycznie nie dopełnił swoich obowiązków, dobrze, że skończyło się tylko sportowym skandalem i okazją do tworzenia anegdot, żartów, czy memów. Rozpędzona do ponad 100 km/h ponaddwumetrowa narta, nawet zbudowana z lekkich kompozytów, ma śmiercionośny potencjał. Nietrudno sobie wyobrazić, że mogła uderzyć w głowę stojących tuż przy bandach fotoreporterów, którzy nawet nie mieliby szansy zobaczyć, jak wyskakuje zza buli. Powinno to być przestrogą na przyszłość zarówno dla skoczków, jak i obsługi skoczni. Która ewidetnie była w niedzielę w słabej formie, bo mieliśmy też incydent z Dawidem Kubackim, który już po zapaleniu się zielonego światła, musiał krzyknąć na jedną z osób obsługujących dmuchawę, by zabrała ją z przestrzeni nad torami najazdowymi.
Potem mieliśmy jeszcze zamieszanie z występem/braku występu Domena i Słoweńców. Drużyna starała się jak najszybciej dostarczyć narty na górę skoczni. Telewidzowie byli przekonani, że w takim wypadku Domen dostanie szansę oddania swego skoku w pierwszej serii. Przekonanie to najwyraźniej podzielał sam Domen, a zatem zapewne słoweński sztab. Wygląda jednak na to, że zarówno sam skoczek, jak i trener Hrgota, jak i kibice przed telewizorami, oraz na skoczni (ci to zapewne mieli najgorzej) dowiedzieli się o tym w ostatniej chwili od miejscowego przedstawiciela FIS, który z właściwym swojej nacji taktem i wdziękiem rzucił do zawodnika "finisz!", dodając potem kurtuazyjne "nein, nein, niein, nein, nein, nein!" Zabrakło tylko "Hände hoch!", "Raus!" i coś o "Slowenische Banditen".

W efekcie mieliśmy decyzję Słoweńców, że w takim razie to oni w ogóle nie będą startować w drugiej serii, a wkrótce potem odwołanie tej decyzji. Może to sugerować, że początkowe wycofanie się z konkursu było tylko bluffem, mającym na celu zaszantażowanie jury, by nie odrzucało słoweńskiego protestu. Jakby nie było, nie stawia to i Słoweńców w najlepszym świetle, choć można zrozumieć targające nimi emocje. Kibicom, i to nie tylko słoweńskim, może być żal, że odebrano tak mocnej ekipie szansę walki o medal. Matematyka wskazuje, że raczej by tego medalu nie wyszarpali, rywale byli tej niedzieli zbyt mocni. Ale przecież nigdy nie wiadomo, jakby potoczyły się losy tego konkursu, gdyby reprezentacja Słowenii mogła oddać wszystkie osiem skoków. Swoją drogą, gdy mamy zawody w Niemczech, to wiedz, że będzie jakaś słoweńska imba. Pamiętacie dyskwalifikacje Zajca w Oberstdorfie i Garmisch Partenkirchem podczas Turnieju Czterech Skoczni? Pamiętacie jeszcze, że rok temu podczas pucharu świata na tej samej Heini-Klopfer Schanze w jednym, niedzielnym konkursie zdyskwalifikowano za kombinezon dwóch Słoweńców - Anže Laniška i Lovro Kosa? Pamiętacie, co działo się rok temu w Willingen? Jak sięgać pamięcia, wojenki słoweńsko-FISowskie wybuchają w Niemczech. Co za przypadek.
Przyznać jednak trzeba, że i bez tych zdarzeń losowych końcowa rywalizacja o złoty medal była emocjonująca. Austria i Japonia szły łeb w łeb a przed ostatnim skokiem różnica między tymi dwoma zespołami wynosiła zaledwie 0,4 punktu. 30 cm. Tyle, co nic. Emocje być może byłyby jeszcze większe, gdyby nie fakt, że Andreas Widhölzl do ostatniej grupy wybrał Jana Hörla. Z góry było można zakładać, że Janek ze swoją słabą psychiką nie dowiezie. No i nie dowiózł. Nikaidō huknął jeden z najpiękniejszych skoków konkursu, Hörl skoczył poniżej swoich możliwości. Japonia drużynowym mistrzem świata w lotach! Ekipa z kraju Wschodzącego Słońca była oczywiście w gronie faworytów do medali. Wobec słabszej formy Niemców, wobec prezentowanej tej zimy mizerii w wykonaniu Norwegii, wobec pogłębiajacego się kolejny sezon kryzysu w polskich skokach i biorąc pod uwagę wyniki podopiecznych Kento Sakuyamy, Japończyków spokojnie można było widzieć na podium. Jednak przed mistrzostwami szanse Austriaków i Słoweńców stały wyżej.
Nie dość Wam jeszcze kontrowersji? Komentatorzy Eurosportu w programie "Zimne dranie" odpalili prawdziwą bombę. I aż się dziwię, że jak do tej pory okazała się kapiszonem, który w świecie skoków narciarskich nie rezonował tak, jak powinien. Otóż przeanalizowali oni lądowanie Rena Nikaidō w drugiej serii. Na powtórkach widać wyraźnie, że Japończyk lądując dotknął lewą ręką śniegu. Takie dotknięcie, choćby lekkie, oceniane jest zgodnie z regułami, jako podpórka. W związku z tym sędziowie powinni przyznać mu noty znacznie niższe. Na tyle niskie, że gdyby to wyłapali, złote medale wywalczyliby jednak Austriacy, którzy przegrali z Japonią przecież zaledwie o 9,6 punktu. Jednak sędziowie tego dotknięcia nie zauważyli, bo w śnieżnej zamieci panującej na skoczni faktycznie nie dało się tego zauważyć. Potrzeba było dopiero powtórki w zwolnionym tempie i zbliżeniu. Kolejny przyczynek do dyskusji na temat tego, dlaczego sędziowie w XXi wieku nie mają telewizorków, tylko decydują o złotych medalach, kryształowych pucharach i potencjalnych lukratywnych kontraktach sponsorskich metodami antycznymi.
Co na to Samozwańczy Autorytet? Mam mieszane uczucia. Chociaż nie. Uczucia to ja mam dość jasno określone. Rozum mówi: przepis jest przepis, Austriakom należało się złoto, Japończyk wykonał skok nieprawidłowo i nie zasłużył na tak wysokie oceny. Ale moje uczucia wyraźnie mi mówią — ja z tego złotego medalu się cieszę. Austriacy mają w skokach taką furę medali, ich dominacja w ostatnich dekadach jest tak nudna, tak wkurzająca, tak irytująca, że sprawiedliwie, czy niesprawiedliwie, fajnie że Japonia ma to złoto. Ileż można słuchać tego austriackiego hymnu. Nawet, jeśli ostatnio o na skoczniach najczęściej rozbrzmiewa słoweński. No i trudno nie kibicować takim gościom jak Nikaidō, Nakamura czy Naitō. Skoczkom nienasyconym, głodnym sukcesów, świeżym twarzom na podium. Smok to trochę inna historia, on już się ponawygrywał, jego buźka się już opatrzyła, ale tamta trójka niech się cieszy, niech świętuje, niech ich to natchnie do kolejnych sukcesów. Szczegolnie Naitō. Przyleciał taki koleś w wieku 33 lat zadebiutować na mamucie i wylatuje z tytułem drużynowego mistrza świata. W jeden weekend nauczył się najpierw nie zabić, potem wybijać, potem lecieć, potem lądować a na końcu wygrywać. A przecież oglądając jego pierwsze lądowania człowiek się łapał za głowę z przerażeniem.
Klątwa gospodarzy trwa. Nie żeby Niemcy byli poważnymi kandydatami do mistrzostwa. Jak wspominałem, nie byli. Ale mamy już 11 edycji i jeszcze nigdy gospodarze mistrzostw nie zdobyli medalu w drużynie. Zamiast tego Niemcy już po raz piąty w historii zajęli czwarte miejsce. A Japonia - po raz pierwszy na tej imprezie pojawiła się na podium i od razu ma złoty medal! Trzeba było 22 lat historii tego konkursu, oraz długiej tyrady redaktora TVN i Eurosportu Michała Korościela, który długo i cierpliwie tłumaczył, że jak jakiś naród nie ma w swoim kraju skoczni mamuciej, to nie ma w swoim gronie lotników, i nie ma szans na zdobycie jakiegokolwiek medalu, a co tam dopiero złotego, żeby Japończycy wzięli i to złoto zdobyli.

Można sobie dworować z sympatycznego komentatora, ale przecież ma rację. W tym sensie, że przedstawił wyraźny trend. Na 33 rozdane komplety medali, ten jest dopiero siódmym, w tym pierwszym złotym, który przypadł drużynie, która w swoim kraju nie ma skoczni do lotów. Cztery razy na podium stawali Finowie (trzy srebra, jeden brąz), dwa razy brąz zdobyli Polacy. I teraz wreszcie po raz pierwszy w historii mistrzami świata w lotach zostali przedstawiciele takiego kraju. Pozostałe 26 kompletów medali zawsze przypadało Norwegii, Austrii, Niemcom lub Słowenii. Czyli krajom, które mogą poszczycić się posiadaniem mamuta.
Zanim jednak nastała obfitująca w emocje sportowe, a przede wszystkim pozasportowe, niedziela, były czwartek, piątek i sobota. I były to dni przygnębiające, irytujące, usypiające i nudne jak chińska wieś w południe. Zresztą pod tym względem przecież i niedziela nie była lepsza. To były jakieś antyloty, antyreklama tej dyscypliny. To, co odpierdzielili jurorzy w pierwszej sobotniej serii, żeby obniżyć Domenowi belkę z 22 do 17, to była totalna groteska. A jeszcze swoje dołożył Hrgota, który się połasił na marne 4,3 punktu. I został - razem z Domenem - pokarany za swoje cwaniactwo. Tylko dlatego pierwszy dzień przyniósł może nie tyle emocje, co pewne zaciekawienie, czy Domen od razu odrobi straty, czy zajmie mu to chwilę czasu.
Już mi się tam nie chce dokładnie sprawdzać i liczyć z całego weekendu, ale patrząc tylko na niedzielny konkurs, nie mieliśmy żadnego skoku na lub poza HS. A chyba było więcej przed punktem K, niż za. Norwegia zdobyła brązowy medal, choć Sundal dwukrotnie nie doskoczył do punktu K! A Forfang i Østvold w drugiej serii przeskakiwali go ledwo-ledwo! Punkt K! No żesz bulwa nać! Safety first, takie ich motto, w ząbek czesanych!
Panie kierowniku Pertile! Weźcie te zabójcze mamuty pozamykajcie, wróćcie na skocznie K-80 albo nawet K-60 i każcie zawodnikom kombinezony zamienić na wdzianka z folii bąbelkowej. A najlepiej to niech skoczkowie z progu po drabinie schodzą i skaczą z ostatniego szczebelka. A armia kontrolerów i sto kamer niech pilnuje, czy ktoś przypadkiem nie oszukuje i z przedostatniego nie skacze, wariat i samobójca bez krztyny instynktu samozachowawczego.
I jeszcze geniusze będą łgać w żywe oczy, że najlepszym życiowym wynikiem Ryōyū Kobayashi są 252 metry. Bo jeszcze by ludzie sobie przypomnieli, że da się polecieć na nartach 291 i sam pęd powietrza człowieka nie zabije, albo że skoczek nie dostanie od tak długiego lotu gruźlicy i nie umrze gdzieś w przytułku będąc obleczonym w łachmany i żałującym w swym ostatnim tchnieniu, że udało się komuś go namówić na islandzką eskapadę. Nie, skoki w Akureyi pokazujące, że można skakać pod 300 metrów, należy wymazać z ludzkiej pamięci. A że właśnie ktoś tu się ośmielił skoczyć 220, to cyk 4 belki w dół. Dla Pana Panie Domenku jest 206 metrów.
Gdzie te czasy, gdy na mistrzostwach świata w lotach mieliśmy kilkanaście lotów za rozmiar skoczni? Ech, kiedyś to było...

Domen Prevc idzie jak przecinak. Dziesięć lat po swoim starszym bracie wygrał Turniej Czterech Skoczni, został mistrzem świata w lotach i pewnie lideruje w pucharze świata. Historia lubi się powtarzać. Różnica jest taka, że Peter w swoim mistrzowskim sezonie nie miał po drodze Igrzysk Olimpijskich a Domen i owszem. Dlatego Domen ma szansę skompletować Wielkiego Szlema w skokach w sposób absolutnie spektakularny - w ciągu dwóch sezonów. W zeszłym mistrzostwo świata w skokach, a w tym pozostałe cztery składowe. To byłby wyczyn na miarę zdobycia Korony Himalajów i Karakorum jednej zimy. Przypomnijmy, że jedynemu zdobywcy wielkiego szlema - Mattiemu Nykänenowi - skompletowanie Szlema zajęło 3 sezony. A mówimy przecież o geniuszu skoków narciarskich. Ale powoli. Na razie Słoweniec ma 3/5 i jest niemal pewnego czwartego elementu. Natomiast przed nim ten - może nie najtrudniejszy w sensie mistrzostwa sportowego, ale - najrzadszy. Najtrudniejszy w tym sensie, że trzeba trafić w formą na ten przypadający raz na cztery lata sezon olimpijski i jeszcze na konkretny moment tego sezonu. A potem wytrzymać psychicznie i trafić z formą dnia na jeden z dwóch najważniejszych, konkretnych konkursów. Czy on jest w stanie to zrobić? Jasne, że jest. Domenator jest w tym sezonie w takim gazie, że może tego dokonać.

Nie da się uciec od tematu występu polskich skoczków na tych mistrzostwach. Chciałby człowiek, ale nie może. Czy to była komptomitacja? Biorąc pod uwagę poziom, jaki kadra A prezentuje tej zimy, dorzucając nieobecność Kacpra Tomasiaka, dostaliśmy w sumie taki występ, jakiego należałoby się spodziewać. Piotr Żyła indywidualnie spisał się wręcz powyżej oczekiwań. Skończył mistrzostwa dokładnie na tym samym miejscu, co 4 lata temu w Vikersund. A lepszym, niż w 2018 roku na tej samej skoczni. A przecież był wtedy w znacznie lepszej formie. To były zimy, gdzie na innych skoczniach potrafił stawać na podium.
Co do reszty naszych Orłów - żal o tym pisać. Strasznie smutno się ogląda konkurs z tylko jednym Polakiem w drugiej serii. Gdyby to jeszcze było tak, jak za Małysza, że jest tylko jeden, ale za to gwarantujący walkę o zwycięstwo, ale gdzie tam... Wiedziałem, że będzie słabo, ale Polski przegrywającej w drużynówce o prawie 200 punktów z Finlandią i 150 ze Szwajcarią - tego w najczarniejszych wizjach nie przewidziałem. Po 7 skokach mieliśmy mniej punktów, niż Finowie po 6. Tak sobie myślę, że ta zagubiona, bezpańska narta Domenatora, którą na ekranach telewizorów widzieliśmy, jak wylądowała na buli, pędziła w dół zeskoku zupełnie niekontrolowana, potem siłą inercji sunęła coraz wolniej w górę przeciwstoku, by zatrzymać się i znów zacząć się smętnie zsuwać z powrotem, bez celu, bez kierunku, bez sensu, ta smutna, samotna narta zagubiona wśród śnieżnej zamieci to piękna metafora naszej kadry tej zimy. Wszyscy patrzą na nią zdziwieni i pytają "co tu się odwala?". Mówią: "tak być nie powinno". Mówią: "o, to jest zepsute". Myślą: "oj, ale roztrzaskana, poobijana, chyba już po niej, chyba do niczego się już nada". Też Wam się tak wydaje?
Do tego dochodzi gorycz związana z tym, jak potraktowany został Maciej Kot. Jeszcze nie do końca przetrawiliśmy emocje związane z olimpijskimi powołaniami, a tu dostajemy informację, że Maciej Kot nie wystąpi ani w konkursie indywidualnym, ani w drużynowym. Czy taka decyzja się broni? W jednym z treningów Kot minimalnie wygrał z Kubackim, w drugim trochę więcej z nim przegrał. W sytuacji, gdy trzech wybrańców trenera na konkurs indywidualny nie wchodzi do drugiej serii, naturalnym by było wystawić w drużynówce Macieja Kota za Dawida Kubackiego - najsłabszego w konkursie i najsłabszego (poza Kotem i nieobecnym już Joniakiem) w treningach. To, że tak powiem, standardowa procedura na imprezach mistrzowskich. Najsłabszy z konkursu ustępuje miejsca odrzuconemu rezerwowemu z treningów. No, chyba żeby różnica sportowa między nimi była duża, wyraźna. Ale tu nic takiego nie miało miejsca. Oczywiście przy tej formie biało-czerwonych nie chodzi o wynik sportowy, Kot pewnie żadnej różnicy by nie zrobił. I tak byśmy dostali lanie od Suomi i Helwetów. Natomiast chodzi o równe traktowanie zawodników, o to, by trener pokazywał, że nie ma ulubieńców, że każdy może dostać szansę. Tak samo było w przypadku braku powołania Kamila Stocha przez Thomasa Thurnbichlera na mistrzostwa świata w Trondheim. Wszyscy wiedzieli, że Kamil sportowo by tam różnicy nie zrobił. Większość czuła, że został skrzywdzony, bo kryteria były niejasne, lub wręcz sklecone tak, by mieć pretekst, by go nie zabrać. Na początku sezonu selekcja na zawody była jedynym aspektem pracy Macieja Maciusiaka, który mógłby się bronić. Teraz już nawet tego nie ma. Traktowanie Maćka Kota jak piątego koła u wozu staje się coraz bardziej widoczne.

Irytacja kibiców została spotęgowana niezrozumiałą szopką z trybem tych powołań. Przecież po zawodach w Zakopanem trener Maciusiak przytaknął w odpowiedzi na pytanie reportera Kacpra Merka "czy Paweł Wąsek stracił szansę na wyjazd na Igrzyska". Dziś wiemy, że decyzja o składzie została podjęta już zaraz po tych zakopiańskich zawodach. I zakomunikowana skoczkom. Jednocześnie dostali oni prikaz, by nie zdradzać tej informacji opinii publicznej. Kibice sądzili, że w Sapporo Maciej Kot i Dawid Kubacki będą rywalizować o jedno a może nawet dwa miejsca w olimpijskiej reprezentacji. Nic bardziej mylnego. Kibice nie lubią, jak robi się z nich głupków. I w imię czego? Cóż by szkodziło ogłosić skład na Cortinę po weekendzie w Zakopanem? Cóż by szkodziło powiedzieć: "tych skoczków wybieram, oni teraz się będą przygotowywać do imprezy sezonu, dlatego Paweł nie leci ani do Sapporo, ani Oberstdorfu, Kacper też odpuszcza loty, i wchodzimy w bezpośredni czas przygotowań". Tylko te machinacje też w sumie są trochę bez sensu. Każdy z trójki wybranych ma inny tor przygotowań. Paweł odpuścił już dwa weekendy, Kacper jeden, a Kamil żadnego. Zero spójności. Zobowiązania sponsorskie? To powiedzcie "zobowiązania sponsorskie". Kibice nie są dziećmi, wiedzą, jak działa ten świat. Są jakieś inne powody? Aż tak tajne, że nikt nie może wiedzieć? Ujawnienie ich wywołałoby gorszy efekt, niż snucie niekończących się teorii, niektórych z nich spiskowych? Mam wrażenie, że najlepszy efekt PR trener uzyskałby w tej chwili mówiąc "słuchajcie, nie będę owijał w bawełnę, zawaliliśmy okres przygotowawczy, jesteśmy w czarnej dziurze, więc teraz mam taki a taki plan, by jak najlepiej przygotować wytypowanych przeze mnie skoczków do Igrzysk, plan wygląda tak a tak, dlatego ten startuje tu, a ten trenuje tam".
Tymczasem niemal każda wypowiedź Macieja Maciusiaka potęguje chaos, buduje niechęć, budzi nieufność, wzmaga falę szyderstwa. Nie bronię oczywistego hejtu, ale normalna, kulturalna krytyka jest słuszna, zasłużona i nie tyle oczywista, co potrzebna w tych okolicznościach.
Cytat zupełnie na temat:
"Michał Korościel: Uniwersalny Kraft. Normalna skocznia - proszę bardzo. Duża - nie ma problemu. Loty? Jestem.
Igor Błachut: I tylko Garmisch nie pasuje."
Cytat zupełnie nie na temat:
"Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko?"
Albert Einstein
No i tak XXIX Mistrzostwa Świata w Lotach Oberstdorf 2026 przeszły do historii. Za tydzień wracamy do pucharu świata a zawody będą w Willingen. A w Willingen... ło, panie, w Willingen to można się spodziewać takich emocji, że te z Oberstdorfu zbledną. No bo zerknijmy sobie na wybrane lata w Willingen. 2001 - magiczny skok Małysza 151,5 metra. 2021 - Murańka skacze 153 metry (rekord skoczni), a Stękała 152. 2022 - afera z z butami Polaków i bardzo wietrzne zawody tuż przed Igrzyskami w Pekinie. 2023 - Timi Zajc leci 161,5 metra, ale z upadkiem. 2024 - afera z rozmywanymi przez deszcz torami najazdowymi i znów wielki wpływ wiatru na zwody. 2025 - kabaret z dyskwalifikacją Zajca, wojenka między Słoweńcami a FIS i komunikat, który zniknął. Jak chcecie sobie odświerzyć pamięć, to znajdziecie artykuły na ten temat w archiwum, mogą być newsy, mogą być moje felietony. W każdym razie może być grubo. No chyba, że koniunkcje gwiazd, fluidy i inne takie sprawiły, że wszystkie emocje, skandale i niezwykłe historie wyładowały się już w Oberstdorfie i na Willingen nic już nie zostanie. Oby nie. Wiadomo, że Polacy w rezerwowym składzie emocji nam raczej nie przysporzą, to niech choć się dzieje coś, co będzie godne zapamiętania. Bis bald!
Ceterum autem censeo notas artifices esse delendas.
***
Felieton jest z założenia tekstem subiektywnym i wyraża osobistą opinię autora, nie stanowiąc oficjalnego stanowiska redakcji. Przed przeczytaniem tekstu zapoznaj się z treścią oświadczenia dołączonego do artykułu, bądź skonsultuj się ze słownikiem i satyrykiem, gdyż teksty z cyklu "Okiem Samozwańczego Autorytetu" stosowane bez poczucia humoru zagrażają Twojemu życiu lub zdrowiu. Podmiot odpowiedzialny - Marcin Hetnał, skijumping.pl. Przeciwwskazania - nadwrażliwość na stosowanie językowych ozdobników i żartowanie sobie z innych lub siebie. Nieumiejętność odczytywania ironii. Nadkwasota. Zrzędliwość. Złośliwość. Przewlekłe ponuractwo. Funkcjonalny i wtórny analfabetyzm. Działania niepożądane: głupie komentarze i wytykanie literówek. Działania pożądane - mądre komentarze, wytykanie błędów merytorycznych i podawanie ciekawostek zainspirowanych tekstem. Kamil Stoch ostrzega - nieczytanie felietonów Samozwańczego Autorytetu grozi poważnymi brakami wiedzy powszechnej jak i szczegółowej o skokach.
P.S. Kochani, nie karmcie mi tu trolli. Ja też się będę starał.
-
Kolos profesor
Co do Nikaido nawet na powtórce i zwolnieniu sprawa nie jest aż tak jednoznaczna i tym bardziej było to nie do wychwycenia przez sędziów.
Po za tym Nikaido dostał noty 17-17,5 pkt. Żeby przegrać z Austrią musiałby dostać noty poniżej 14-14,5 pkt. Aż tak mało nie dostałby nawet za podpórkę (zwłaszcza, że w najlepszym razie minimalną).
Zresztą Austriacy mają notorycznie zawyżane noty, wczoraj też więc tematu nie ma.
-
Kolos profesor
Autor artykułu niczym Pertile demonizuje narty zsuwające się z najazdu twierdząc jakoby stanowiły jakieś śmiertelne niebezpieczeństwo. Otóż aż tak strasznie nie było.
Po prostu zjechały z najazdu i tyle. Spadły z progu i nie mogły raczej wystrzelić po za bandy.
Zeskok jest na szczęście dość szeroki, a próg skoczni jest centralnie na jego środku usytuowany, bandy nie są takie niskie, prędkość w porównaniu do nart z przypiętym do niego skoczkiem o wiele mniejsza itd.
Oczywiście potencjalnie niebezpieczna sytuacja. Ale nie przesadzajmy. -
Kornuty doświadczony
Nasze orły zgodnie z oczekiwaniami. Nikt o zdrowych zmysłach nie spodziewał się cudu. A mrzonka MM o szóstym miejscu to już norma bełkotu. Teraz czekamy na medale w Predazzo. Cyrk !
-
Kornuty doświadczony
Domen został skrzywdzony a z nim Słoweńcy. Pertile do dymisji.
-
Kornuty doświadczony
Nie widziałem czy była ręka. Jeśli była Austria powinna protestować.
-
TAMM profesor
Ręka Nikaidō a FIS
Z regulaminu:
431.2.3 Outrun
[…]
Point Deductions
− Maximum point deduction for the entire group of faults 7.0 pts
− unsteadiness and /or not correct body
position throughout the transition curve
until passing the fall line 0.5 to 3.0 pts
− passing through the transition curve with
both hands back and/or posterior of the body
touching the ski/snow/mats. This will also be
applied for passing the fall line in this position 4.0 to 5.0 pts
− fall before crossing or on the fall line 7.0 pts
I z wytycznych dla sędziów:
Max. 7.0 Outrun Deduction
[…]
3.0 Major Faults – Large deficiencies during the outrun phase: unsteadiness and/or the risk
of a fall either before or at the fall line including touching the surface/ski(s) with one hand
during the landing or the outrun phase.
[…] -
Arturion profesor
Co do Nikaido... Ręka sręka! Po co drążyć? Komu to służy? ;-D
(może to znów była Ręka Boga?)
Regulamin komentowania na łamach Skijumping.pl
Regulamin komentowania na łamach Skijumping.pl
- Zanim zadasz pytanie na forum - zobacz czy poniżej ktoś już nie dał na nie odpowiedzi.
- Redakcja serwisu Skijumping.pl zastrzega sobie prawo do usuwania oraz modyfikowania komentarzy łamiących regulamin - nie związanych z tematem newsa, zawierających obraźliwe treści, atakujących osoby publiczne (a w szczególności zawodników, trenerów, działaczy, polityków), napisanych wulgarnym językiem, spamu, powielania treści newsa itp.
- Zabrania się reklamowania innych stron, blogów itp.
- Forum to miejsce na przemyślane wypowiedzi i opinie. Komentarze o zerowej wartości merytorycznej typu "Ammann Słabo, Stoch - 125m, co tu tak cicho, czemu nie skaczą" - również będą usuwane.
- Komentarze powinny być rzeczowe, napisane poprawnie językowo i bez rażących błędów ortograficznych.
- Zapytania, opinie i uwagi skierowane do redaktorów serwisu Skijumping.pl, prosimy przesyłać na nasz adres email. Nasi redaktorzy nie czytają wszystkich komentarzy, często mogą więc wcale nie odpowiedzieć. Zapytania, opinie i uwagi skierowane do moderatorów forum Skijumping.pl, prosimy przesyłać na nasz adres admin@skijumping.pl. na forum będą one kasowane.
- Wszystkich użytkowników forum, prosimy o kulturalną dyskusję. Do rozwiązywania wszelkich sporów i kłótni służy email lub inne środki komunikacji.
- Aby uniknąć bałaganu i nieporozumień, zabrania się tworzenia i korzystania użytkownikom z więcej niż jednego konta/nicka oraz podszywania się pod innych użytkowników, poprzez tworzenie bardzo podobnych nazw/nicków. W przypadku wykrycia takiego działania, konta będą kasowane, a w skrajnym przypadku (nagminne tworzenie kolejnych kont), użytkownik banowany.
- Wszelkie komentarze, atakujące bezpośrednio poszczególnych użytkowników (w tym także oskarżenia o pisanie pod wieloma nickami), moderatorów lub redaktorów, będą bezzwłocznie usuwane, podobnie jak spory między użytkownikami, nie mające nic wspólnego z tematem artykułu. Konta użytkowników, którzy obrażają moderatorów, administratorów, bądź atakują Redakcję Skijumping.pl, mogą być blokowane.
- Wszelkie narzekania na to, że komentarze są "bezpodstawnie" usuwane, będą również kasowane. Jeśli ktoś uważa, że jego komentarz był zgodny z regulaminem, a mimo to został usunięty, prosimy o kontakt emailowy na adres admin@skijumping.pl.
- Jeśli uważasz, że dany użytkownik nagminne łamie regulamin, wywołuje kłótnie i utrudnia dyskusję w komentarzach, prosimy o kontakt emailowy na adres admin@skijumping.pl.
- Redakcja zastrzega sobie prawo do usuwania wpisów bądź blokowania użytkowników, którzy używają niecenzuralnego języka, nagminnie wywołują konflikty, spory oraz prowokują innych uczestników forum do kłótni.
- Redakcja zastrzega sobie prawo do usuwania kont użytkowników, których pseudonimy zawierają wulgaryzmy lub brzmią podobnie do niecenzuralnych słów.
- Redakcja nie ponosi odpowiedzialności, w przypadku, gdy adres IP zablokowanej osoby, jest adresem całej sieci lokalnej. Ewentualne cofnięcie blokady może nastąpić jedynie w przypadku, gdy winny użytkownik zaprzestanie szkodliwych działań na forum.
- Redakcja nie odpowiada za treści i opinie prezentowane przez użytkowników forum. Jeśli wypowiedzi naruszają prawo, ich autorzy mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.
- W przypadku "bana" użytkownika, zabronione jest tworzenie nowego konta, przez 7 dni od momentu blokady konta.
- W przypadku nagminnego łamania regulaminu forum oraz ogólnych zasad dobrego wychowania, Redakcja zastrzega sobie prawo do powiadomienia odpowiednich służb, wraz ze wszystkimi posiadanymi danymi użytkownika (adres IP, logi, dane kontaktowe).

















Komentowanie jest możliwe tylko po zalogowaniu
Zaloguj się